wtorek, 9 grudnia 2014

Mikołajki

Jak zapowiedzieliśmy tak się stało.
Choć serducho się ściskało na wszystkie strony.
Antoś prezentów na mikołajki nie dostał.

Upewniłam się , że gdziekolwiek nie pójdziemy tam co najwyżej dostanie słodycze.
Rodzina uprzedzona, że w przypadku niezaakceptowania rodzice dokonają konfiskaty mienia prezentowego. Ciotki postawione na nogi, w przedszkolu też rozmawiałam i na ile dało się uzyskać informację to zaplanowane były głównie słodycze.
Dzień przed mikołajkami w przedszkolu Antosiowi hardość puściła i się złamał.
Przeprosił i obiecał , że już nigdy nie skrzywdzi żadnego zwierzęcia.
Dziś już wiemy, że choć pewnie była to szczera obietnica z głębi Antosiowego serduszka to przywiązywać się do niej nie możemy , bo Antoś nie do końca może za siebie w tej kwestii odpowiadać( a tym za chwilę).







Z Olą, nową asystentką Antosia mikołajki w przedszkolu zostały omówione. Uprzedziłam , że to może być dla Antosia trudne doświadczenie, bo przecież generalnie dzieci mogą się bać Mikołaja, a już gdy Antoś ma " kaca moralnego" i wie że nie był do końca grzeczny może się bać.
Zresztą rok temu, w warunkach przedszkolnych znacznie bardziej cieplarnianych mimo, że cieszył się ogromnie nie dał rady przetworzyć wszystkich bodźców, za dużo i emocji i wrażeń świetlno- dźwiękowych. I Ola wiedziała, że ta zabawa integracyjna wszystkich grup przedszkolnych według planu może w praktyce okazać się króciutka w wykonaniu Antosia.

Ale rzeczywistość nas jednak zaskoczyła.
Już na samo hasło, że idzie Mikołaj Antoś schował się pod stolik i nie chciał wyjść. Bał się. To jesteśmy w stanie zrozumieć.
Ola wzniosła się na wyżyny negocjatorskie i Antoś do Mikołaja wyszedł. Chwała niech będzie asystentom!:)
Potem emocje, radość z prezentu ( głównie słodycze), wspólna fotka z Mikołajem.
Gdy emocji i bodźców było za dużo Antoś z Olą po prostu wychodzili do małej sali obok, wyciszali się i wracali. I to było fajne.
Taki jest sposób radzenia sobie gdy sytuacja zaczyna Antosia przerastać.



Ale potem przerosła za bardzo.
Fotograf w przedszkolu a wraz z nim roszady grupowo-salowe.
W sali obok umiejscowiono " studio fotograficzne" dla wszystkich grup, więc dzieciaczki z tej sali dołączyły do grupy Antka. I to już było dużo, za dużo dzieci na metr kwadratowy dla Antosia. Zwłaszcza po wcześniejszych emocjach.
A potem jeszcze była zabawa integracyjna z Mikołajem dla wszystkich grup przy muzyce i choć Antos próbę podjął to po 15 minutach błagał Olę, żeby go zabrała, bo miał już dość. I pokazywał oraz mówił, że za głośno, że ma już dość...
Jacy my jesteśmy losowi i terapeutom wdzięczni że w tym roku Antoś ma już środki by poprosić o pomoc, zgłosić problem i pomóc samemu sobie.



Do wieczora w domu Antoś był płaczliwy , podkręcony, emocje i nadmiar bodźców go rozsadzały. Mimo oczywistej radości ze spotkania Mikołaja, tego " plawdziwego" -jak mówił. I tego prezentu, może nie takiego jaki sobie do końca wymarzył, ale jednak.

Panie wychowawczynie zgłaszały mi, że Antoś ciężko zniósł mikołajki. Ola oczywiście też szybciutko zdała raport z działań na froncie.
Myślałam więc, że może skoro panie na własne oczy zobaczyły jak dużym obciążeniem dla Antosia jest chaos, nadmiar bodźców i brak przewidywalności to...wyciągną wnioski i będą chciały jakoś pomóc Maluszkowi.

Jakież było moje zdziwienie gdy w piątek, dzień po mikołajkach przywiozłam Antka do przedszkola.
O dziwo domofonu w grupie Antka nikt nie odebrał. Odruchowo popatrzyłam na zegarek...no nie! Nie spóźniliśmy się , jesteśmy o czasie, zresztą w zeszycie korespondencji nie było żadnego słowa o wyjściu dzieci.
No to ki diabeł?
Otworzono nam z grupy maluszków.Gdy przebieraliśmy się  w szatni pani wyszła i powiedziała że zaprasza do grupy maluszków, bo na wizytę pana leśnika grupy są połączone.
" cio to jest lećnik?"- zapytał natychmiast Antoś, zresztą bardzo słusznie.
Tylko Matka, jak  to odstawiając dziecię na szybko do przedszkola, zostawiła torebkę w samochodzie.
Nie było jak synkowi rozrysować sytuacji, osoby leśnika.
W panice Matka zaczęła się odwoływać do powrotu z wycieczki w górach na pace straży leśnej, pokazała zdjęcie z telefonu i...szyła na szybko z tłumaczeniami o funkcji leśnika.

Tylko, że to za nic na świecie nie ma prawa tak wyglądać. To nie jest zgodne z orzeczeniem o kształceniu specjalnym i podstawową zasadą szczęśliwej egzystencji Antosia- w miarę możliwości nie zaskakiwać.

I tego już nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiem. Bo to nie pierwsza taka sytuacja. Żadna z pań wychowawczyń oddając dziecię dnia poprzedniego nie zająknęła się o panu leśniku. Ola też nie wiedziała. W zeszycie korespondencji cisza. Na tablicy ogłoszeń...no pusto, nic, absolutnie nic.
A wystarczyło dzień wcześniej powiedzieć, nawet przy kolacji szybko rozrysowałabym Antosiowi kto to leśnik. A jeśli wizyta była spontaniczna( eeee???? znaczy się leśnik przechodził koło przedszkola i postanowił wdepnąć???) to przecież panie, mając mój numer telefonu mogły mi wysłać smsa.W samochodzie pod przedszkolem bym rozrysowała. Może i weszlibyśmy 5 minut po czasie ale za to w zdecydowanie lepszym samopoczuciu Antosia.

A przecież można inaczej.
Tuż przed spotkaniem z leśnikiem Antoś był na cotygodniowych zajęciach z SI w Fundacji Dom. I do sali wszedł Mikołaj.
Ale w środowisku bezpiecznym, gdzie Antoś czuje się dobrze problemu nie było. Chętnie do Mikołaja podszedł  z własnej woli, zagadywał, wypytywał , z przyjemnością ( no ba!) odebrał cukierka. A gdy mu się znudziło powiedział p. Gosi że chce wracać do zajęć.
Akurat panie były wtajemniczone i szepnęły Mikołajowi na ucho coś o Antosiu.
A Mikołaj porozmawiał z Antosiem , powiedział że słyszał że ostatnio z grzecznością no ten teges baldzo niebaldzo. I powiedział że się nie gniewa, ale musi mu obiecać że będzie kochał zwierzątka to to nasi przyjaciele.
Można? Można! Nawet wymiar edukacyjny był.



Spoglądam na zdjęcia z Hani mikołajków w przedszkolu.
Też zupełnie inaczej.
I konfrontuję to wszystko z rozmową z p. Dominiką w piątek, chwilę po " leśniku".
Bo kruca bomba nie jest dobrze. No nie.
Na wielu płaszczyznach nie jest.
Antoś jest kompletnie rozsypany sensorycznie, ma duże problemy z poczuciem bezpieczeństwa, Gubi się w rzeczywistości, nie potrafi wyłapać stałości a bardzo jej potrzebuje.Przyczyn jest wiele:
- na pewno niedomagania przedszkola. Brak tej stałości , informowania o zmianach. Komunikowanie się z Antosiem jedynie werbalnie, gdy w sytuacji w której nastąpi już przeciążenie, strach, panika, czy histeria taka mowa kompletnie do niego nie dociera. Potrzebne są wspomagacze, rysowane obrazki, piktogramy , gesty...Ola oczywiście o to zadba teraz ze zdwojoną siła...ale Ola jest 4 godziny a Antoś w przedszkolu czasem i 7:( A zmiany, zmiany, zmiany kumulują się na niwie przedszkolno- terapeutycznej od września. Aż się przelało, Antoś po prostu sobie z nimi nie radzi. To w końcu chłopczyk który ma 4 lata, i zaburzenie które ma i mieć będzie ma tu gigantyczny wpływ.
- okulary. Nawet nie podejrzewałam jak silna to może być dla Antosia rewolucja. Sam fakt, że widzi teraz wyraźnie może być porcją bodźców wzrokowych która Antosia przerasta. Patrzenie raz przez okulary a raz ponad nimi funduje Antosiowi huśtawkę obrazu. Matka pamięta, a ma potężną wadę wzroku, że bywało iż jej się wówczas w głowie kręciło. A Antoś dopiero uczy się funkcjonować z okularami, to musi potrwać jeszcze...
- niedawna choroba. Bo choroba zawsze znacznie pogarsza funkcjonowanie Antośka. To zdrowotne szybko wraca do normy, zostaje rozbicie sensoryczne i psychiczne. I tak powitaliśmy od dawna zapomnianą silną nadwrażliwość dźwiękową, stymulacje, mega pobudzenie, kręcenie się, wspinanie po meblach, dociskanie. Z dotykiem to w sumie najbardziej się popsuło. Antoś sam sobie funduje baaaardzo mocny dotyk i w taki sam sposób traktuje innych. Bo chce czuć. Kompletnie nie zdając sobie sprawy, że sprawia ból. Bo dla niego jest to przyjemne, solidnie ściśnięty wreszcie czuje.
- zmiany, zmiany, zmiany. Przetoczyło się ich od września mnóstwo na płaszczyźnie przedszkolnej i terapeutycznej. To nie tylko nowe miejsca, rozkłady dnia, otoczenia i osoby. To również tęsknota za " starym". Bo Antoś nieprawdopodobnie mocno tęskni. Za starym przedszkolem. Za Gosią i Marleną, za p. Anią. Przez cały weekend prosił by choć zadzwonić do Marli, bo on tak bardzo chce  z nią porozmawiać. Wczoraj się udało i od razu podniosło się u Małego morale.Ale tęsknoty wszelakie odczuwa Antoś intensywnie i bardzo brakuje mu znanych dotąd ludzi wokół niego.

Plan naprawczy, jak to zawsze wyjściu z Prodeste  jest.
Podzielony na etapy i strefy.
Na już i  teraz idzie do " naprawy sensoryka".Pilnie. Nowa sekwencja będzie dziś.
Tu nie panikujemy. Wiemy co mamy robić. Zresztą nie z takich opresji sensorycznych udawało się już Antosia wyciągnąć. Wiemy, że to jest możliwe, potrzebny jest jedynie czas i sporo pracy. Ale wiemy , że sukces- stabilizacja w której Antoś dobrze się czuje- jest możliwy.
Ciapkę trudniej będzie ze sferą psychiczną. Bo jak to w autyzmie jest to sięć misternie ze sobą powiązana. Gdzie bodziec wcale niekoniecznie wiąże się z natychmiastową reakcją a przyczyna, przebieg i skutek bywają ze sobą pozornie nie powiązane.
Tu niezbędna będzie współpraca wszystkich środowisk w których Antoś przebywa, jedna linia postępowania.
O środowisko terapeutyczne nie drżę. Od lat otaczają nas Ci sami ludzie, którzy nas wspierają, doradzają i okazują gotowość i czujność na potrzeby Antosia.
To brygada do działań specjalnych, zawsze daje radę.
Nie bylibyśmy w tym miejscu w którym jesteśmy gdyby nie oni.
W środowisku domowym z grubsza też znamy zasady. Przecież przerabialiśmy je. Owszem, Antoś rośnie a wraz z jego dojrzałością i metody postępowania się zmieniają, są inne niż dwa lata temu, czy nawet rok temu. Ale w zasadzie trzon ideowy jest ten sam, trzeba tylko ciut innych forteli w działaniu. Gdyby się rodzice pogubili to nad nimi czuwają terapeuci. A oni- jak wyżej- zawsze kierunkują w najlepszym interesie Antosia.
Pozostaje jeszcze środowisko przedszkolne. W którym Antoś de facto spędza lwią część swojego dnia.
I tu Matka skłamała by gdyby powiedziała, że tchórz ją nie obleciał...

Sztab kryzysowy znów w gotowości, działania taktyczne są wprowadzane, trwają rozmowy, ustalenia, narady bojowe. Słowem dzieje się.
Co z tego wyjdzie czas pokaże.
A tymczasem wracamy do dobrze nam znanego schematu. Cicho-ciasno- ciemno- ciepło. Zamykamy się w domku, zmykamy do gawry i chronimy Antosia przed nadmierną porcją bodźców której na ten moment nie jest w stanie przetworzyć. Unikamy wyjść które mogą " dołożyć" do pieca i tak rozhuśtanemu układowi neologicznemu Antośka. Musimy przeczekać, postawić Malucha na nogi a potem stopniowo zwiększać porcję bodźców i " atrakcji".
Miejmy tylko nadzieję, że wyjdziemy z gawry przed wiosną.
Jest jednak coś, co odróżnia ten znany nam schemat od jego wydań w " trudniejszych" latach.
Antoś jest starszy, bardziej świadomy, bardziej komunikatywny. I wcale chować się nie chce. Chce uczestniczyć w wydarzeniach, atrakcjach, wyjściach, tylko...nie potrafi. Ma tego świadomość, widzi że coś się z nim dzieje i choć nie rozumie co, boleśnie nam to artykułuje.
" Nie chcę być popsuty, napraw mnie".
" Ja nie chcę nie potrafić".
" Nie chcę mieć muzyki w głowie, wyciągnij ją".
" Ja chcę robić duże bańki, tylko coś mi przeszkadza".

Jarmark bożonarodzeniowy we Wrocławiu był ostatnią " dużą" imprezą w tym roku. To tam boleśnie przekonaliśmy się , że choć Antoś chce bardzo i niezaprzeczalnie cieszy go udział to jednak sensorycznie przeżywa piekło i nie potrafi tego ogarnąć. Na razie stop. 


Żadnego z tych określeń nigdy nie użyliśmy w stosunku do Antosia. To jego własna próba zwerbalizowania tego co czuje. Są i dosadniejsze ale przytoczenie ich byłoby mocnym naruszeniem intymności Antosia.
Z jednej strony cieszymy się. Antoś zaczyna dostrzegać samego siebie i ma narzędzia oraz wolę komunikować swoje odczucia. To jest milowy krok, cud o którym rok temu nawet byśmy nie pomyśleli. I cudowny znak na przyszłość.
Ale ...tak po ludzku...
Jak mama...
To boli, cholernie boli patrzeć jak się dziecko męczy i tylko próbować, trochę po omacku mu pomóc.
Nie jest łatwo.
Naprawdę, nie jest łatwo.
Mocy! Przybywaj!

3 komentarze:

  1. Mocy, przybywaj:) Sił, sił i jeszcze raz sił:)

    OdpowiedzUsuń
  2. skąd ja to znam? Mateo miał układać codziennie plan dnia, nie układa, bo powiedział paniom ze on wie co sie bedzie działo i ze nie trzeba, panie..uwierzyły na słowo..

    OdpowiedzUsuń
  3. Nim nasze dziecko zostało zdiagnozowane już przeczuwałam, że zamieszanie w przedszkolu może mieć wpływ na dziecko. Grupy łączone są rano, gdy dzieci przybywają do przedszkola, potem po południu też, i pewnie w ciągu dnia też, gdy jest ciepło i idą na podwórko. Nasze dziecko nie radzi sobie z tym. Teraz rozumiem dlaczego nasz synek jest roześmiany, gdy odbieramy go z przedszkola nim grupy się połączą i dlaczego widzieliśmy go wycofanym latem, gdy wszystkie dzieci były na placu zabaw, bieganina, harmider, a nasz synek z boku, najczęściej siedzący w piaskownicy przesypujący piasek przez palce. Nigdy nie widziałam go bawiącego się w grupie, będącego częścią grupy. Ale właśnie inaczej jest, gdy jest w swojej sali w małej grupie dzieci ze swoją ulubioną panią. Nie wiem, czy orzeczenie może cokolwiek zmienić, czy przedszkola są w stanie aż tak bardzo dostosować się do potrzeb naszych dzieci, ale mam nadzieję, że jednak będzie to możliwe. Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...