wtorek, 25 listopada 2014

Truizmy i banały.

Stało się!
Od pewnego czasu się na to zbierało.
Najpierw Antoś zaczął nosić spodnie rurki z niemiłosiernie wąskimi nogawkami. Bo przy jego chudości przynajmniej nie wyglądał w nich jak Alladyn.
Potem zaczął nosić koszule, bo uznał , że jest " piękny" w koszulach.
Następnie zaczął z szacunkiem odnosić się do koloru różowego ( zgubny wpływ starszej siostry).
Aż w końcu różową koszulę w gwiazdki połączył z zieloną motocyklową " skórzaną" kurtką.
Gust dość specyficzny, ale co zrobić?
Do kompletu brakowało kujonek na oczętach.
I oto są.
I oto Antoś stał się hipsterem!

Jestem piękny, Mamo??


Z okularami to w ogóle był szał ciał. Przyjęliśmy , że skoro syn dołączył do zaszczytnego grona okularników to pierwsze " bryle" wybiera sobie sam. Żeby mu się absolutnie podobały i nie było potem larum z noszeniem.
I usiadł Antonio na krzesełku u optyka, a trzy panie koło niego biegały," ochując" i "achując" nad nim w ilościach nieprzyzwoitych. Radża siedział, a panie podawały kolejne oprawki.
Matka tylko zasugerowała żeby były możliwie najbardziej pancerne i wtrząsoodporne jakie mają.
I choć Matka prosiła, błagała, żeby może jakieś bardziej stonowane, dyskretne...syn wybrał.
Motywując , że ma  być " moc". No to jest , bez dwóch zdań.



Problemów z zaakceptowaniem okularów nie było w ogóle. Antoś czuje się wyróżniony, że może mieć oprawki na nosie ( od razu wymienił mi najlepszych którzy noszą: Gosia, Marlena, Babcia Beata, Tata). A jak jeszcze dostał etui w kształcie garbusa w rażącym kolorze czerwonym to już w ogóle poczuł się jak ktoś zupełnie wyjątkowy. 
Zresztą do noszenia okularów był przygotowywany dwa tygodnie. " Było sobie życie" o oku obejrzane, działanie oka, okularów przerobione, rozrysowane i w ogóle wiedza taka, że młody może rozpoczynać staż u optyka:)
A jednak szok zaliczyliśmy. To znaczy Matka zaliczyła.
Bo co tu nie gadać denka od słoików Antoś ma konkretne:(
Niestety, astygmatyzm i dość poważna wada wzroku.
Już dla nas w ogóle nie jest zastanawiające dlaczego rysunki Antosia są bardzo..nikiforowe i nijak koła czy auta nie przedstawiają, choć autor upiera się , że tak jest.
No i właśnie po kilku godzinach noszenia okularów Matka zapytała czy Antoś lepiej widzi, niż bez okularów.
Odpowiedział, że dużo...
No w sumie nic dziwnego.
I Matka, nim pomyślała wystrzeliła najgłupszym pytaniem na świecie.
" Antosiu, a dlaczego nam nie powiedziałeś, że słabo widzisz?".
Na co Antoś pokręcił się niespokojnie na krzesełku, zadumał, widać było, że brakuje mu słów oddających myśli i takoż Matkę zastrzelił:
" Ja nie wiedziałem że mam popsute oczy".

No jasne. Matka zbłaźniła się zupełnie.
Bo w zasadzie skąd on miał wiedzieć, że można widzieć inaczej?
Że istnieje inna perspektywa, optyka?
No skąd , skoro tego nie doświadczył?

I tak sobie Matka pomyślała ile razy sądziła, jak w przypadku rysunków, że Antosiowi nie chce się, jest leń , nie potrafi się starannie przyłożyć???
A ile razy Antoś stanął w sytuacji w której jego deficyt ( jakikolwiek) utrudniał mu wykonanie jakiegoś zadania, czynności i nawet nie wiedział, że ten deficyt ma???
Antoś jest jeszcze maleńki, wiele dostrzega, wiele widzi ale nie ogarnia jeszcze mechanizmów dlaczego rówieśnikom coś przychodzi łatwiej niż jemu. Bo skąd ma wiedzieć, że oni mają np " zdrowe oczy"?

Truizm, prawda? A Matkę te okulary olśniły w kwestii samoświadomości Antosia, nie tylko na płaszczyźnie optycznej, ale właśnie bardziej tej autyzmowej.

Bo wczoraj Matka wyszła z psem na wieczorny spacer. Banał taki.
A bo właśnie , mamy psa, uroczego Aldiego.



No więc idzie Matka nocą z tym psem po schodach, ciemno jak diabli i nagle pies zaczyna bardzo szczekać. Jakby się czegoś wystraszył. Matka wzrokiem powiodła gdzie pies ujadał i okazało się , że psina szczeka na własne odbicie w lustrze.
Matka w śmiech, bo tylko nasz - Aldi the brave- może bać się samego siebie.
Bo z naszego psa to prawdziwa dzielniacha, Dał się pobić jeżowi na działce, zwiał przed kotem i wyskoczył na 1,5 metra wzwyż na widok kupki liści wiatrem poruszanej.
Więc Matka się tak śmiała i śmiała z psiny , aż do Matki jej własna głupota nie dotarła.
A w zasadzie to skąd taki kundelek śliczny miał wiedzieć , że to jest jego własne odbicie a nie jakiś inny pies wieczorową porą się wałęsający a więc potencjalny agresor???
W domu lustra w zasięgu wzroku psiny nie ma, przecież ponad dwa lata temu zostały zdjęte gdy Antoś tak strasznie płakał gdy je widział i natychmiast uderzał główką w podłogę lub lustro.
Jezus Maria!!!
Nagle Matkę olśniło.
A skąd miał to wiedzieć Antoś???? Że to on w lustrze???
Bo mu mówiliśmy???
Wielkie rzeczy, mnóstwo rzeczy mu mówiliśmy, a on przecież wówczas nawet własnego imienia nie ogarniał. Mowa płynęła do niego jak kakofonia dźwięków z której przecież nic nie rozumiał. Bo mu pokazywaliśmy paluszkiem?
No i?
Ciekawe czy faktycznie to wyłapał, czy strach wywołany obcą osobą w domu ( własnym odbiciem) nie zatarł zupełnie kontaktu z otoczeniem.
A zresztą skąd mam wiedzieć co naprawdę widział Antoś w lustrze???
Przecież to , że ma wadę wzroku wiemy dziś. Może postać w lustrze była straszna bo rozmyta, krzywa?
Jeśli widział siebie płaczącego to mina tego kogoś po drugiej stronie mogła przerazić. Zwłaszcza dziecko które nie ogarnia emocji ( również swoich), nie radziło sobie z interpretacją mimiki.
To co wówczas wydawało nam się bzdurą, kolejnym wymysłem Antosia mogło być realnym problemem dla niego. Lustro mogło go przerażać. W sposób namacalny, rzeczywisty i uzasadniony.
Tylko my wtedy o tym nie mieliśmy pojęcia.
Tak jak pies nie wiedział, że to jego odbicie...

Intuicyjnie pozdejmowaliśmy wtedy lustra ze ścian. Bynajmniej nie rozumiejąc tego strachu, dla nas był irracjonalny i tak bardzo " autystyczny", że pewnie chętnie zwalczalibyśmy go. Tylko strach Antka był tak silny, na wielu płaszczyznach , że po prostu nie mieliśmy siły walczyć z nim kilkadziesiąt razy na dobę z powodu lustra. Więc zdjęliśmy dla świętego spokoju.
Ale tak naprawdę w zrozumieniu potrzeb Antosia wówczas byliśmy rodzicami okrutnymi.
No dobra, może nie okrutnymi z wyboru a z nieświadomości.
A jakie to miało znaczenie dla Antosia?
Żadne.
Za strachami, lękami, autoagresją, krzykiem, płaczem i " histeriami" zawsze stoją prawdziwe powody u dziecka z autyzmem. Ono nie zachowuje się tak z wyboru tylko ponieważ tylko taką ma możliwość reakcji i komunikacji na coś co go przerasta.
Nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć. Do nas pewne rzeczy docierają teraz, po 2,5 roku. A o ilu nie mamy nawet bladego pojęcia?
Natomiast zawsze można potraktować je serio i próbować znaleźć rozwiązanie. Choćby poprzez likwidację czynnika wywołującego lęk, gdy nie jesteśmy w stanie tego jakoś zracjonalizować, rozłożyć problemu na czynniki pierwsze.
Dziecko wie czemu się boi. Nie ma tylko żadnej możliwości by nam to przekazać. I nie ogarnia dlaczego my się nie boimy. Bo przecież nie wie, że można inaczej.
Bo skąd ma wiedzieć, że inni widzą wyraźniej?


niedziela, 2 listopada 2014

Nic się nie stało

Nie, nie. Tytuł nie nawiązuje do mojej dotychczasowej absencji na blogu. Bo stało się na pewno. zniknęłam bez uprzedzenia w kwietniu i słowem nie napisałam dlaczego.
Trochę zadziałał w tej kwestii Antoś, uśmiercając Matce komputer, który dopiero teraz Matka odzyskała.
Ale tez trzeba było przemyśleć wiele spraw, poukładać sobie w głowie, zastanowić się jak ma wyglądać ten blog w przyszłości. I po co ma być.
Odpoczynek też był nam bardzo potrzebny.
Ale życie Bajek przez te pół roku toczyło się dalej. Jak to u Bajek dość żywiołowo o czym pisałam na naszej stronie na facebooku -->Bajki Sp ZOO.

Blog będzie się zmieniał. Pierwsze zmiany już są widoczne, lojalnie uprzedzam to nie koniec.
Bo bardzo zmienił się Antoś, Hania , nasza rodzina. Matka też wie, że nic nie jest dane raz na zawsze i blog będzie przyjmował bardziej osobistą formę pamiętnika, który mam nadzieję za kilka lat dzieci przeczytają jak swoisty list od Matki.

Ale jednak dziś chciałabym zastanowić się , czy faktycznie nic się nie stało.
Dzień dziś był wyjątkowo piękny, pewnie ostatni z takich tej jesieni więc postanowiliśmy go spędzić aktywnie.
Najpierw rolki, rower i deskorolki w naszej ukochanej Labie.






A wracając szatańska myśl, że to może ostatni moment przed zimą, żeby jeszcze dotknąć gór.
I Matka wrzuciła lewy kierunkowskaz , zamiast do domu kierując się do Jarnołtówka.
Krótki spacer między jesienną ferią barw i obowiązkowy punkt programu: połów ryb.
Mamy takie swoje ukochane łowisko w Pokrzywnej, gdzie góry dookoła i najlepsze pstrągi w okolicy. I dzieciaki uwielbiają łowić ryby z Tatą.
Więc o zmroku łowiliśmy ryby. Tym razem poszczędziło się Antosiowi, Hania niestety nic nie złowiła.



Z rybnym łupem udaliśmy się do smażalni na obiadokolację.
I Antoś , jak to Antoś, mimo upomnień wiercił się przy stole, żartował , żywo gestykulował.
I stłukł szklankę z sokiem.
Matka natychmiast wyszła z Antosiem, Tato ogarnął zniszczenia.
Antos przestraszony, zapłakany, z poczuciem winy.
Rozmawiamy.
Matka tłumaczy dlaczego się tak stało.
Uspokaja.
Ale w jednym jest nieugięta. Trzeba iść i przeprosić.
Antoś w panice, nie chce, boi się , że pani kelnerka będzie się gniewać.
Tłumaczę, że nawet jeśli to ma prawo. Ale jeśli się przyzna i przeprosi i zaproponuje pomoc w sprzątaniu gniew będzie znacznie mniejszy.
Po jakichś 10 minutach udało się uspokoić i idziemy  z przeprosinami.
Antoś smutny ale dzielny. Podchodzi, przeprasza za stłuczoną szklankę, mówi  że to jego wina bo się wygłupiał i prosi o ścierkę do wytarcia stołu.
A pani kelnerka uśmiecha się promieniście i mówi, że nic się nie stało.
Nosz jasna cholera!!!!

Identyczna sytuacja była jakiś czas temu w kawiarni gdy Antoś wylał kawę. Matka musiała wręcz stanowczo prosić kelnera o ścierkę, podkreślając że to jest dla niej ważne, a pół sali patrzyło na Matkę jak na największą jędzę po tej stronie globu.

Dokładnie to samo było gdy w bibliotece Matka na sekundę spuściła syna z oka i powybierał on kamyczki z wielkiej donicy. Matka kazała synowi natychmiast posprzątać , a pani pracująca w bibliotece, zgięta przy podłodze nad tymi kamykami zapewniała że absolutnie nie trzeba, bo to jej praca.
Czyżby???

Ja oczywiście rozumiem, że to taki zwrot grzecznościowy " nic się nie stało". Rozumiem też, że w zakres pracy obsługi lokali wchodzi i sprzątanie po niesfornych klientach. Pracowałam jako studentka w różnych punktach to pamiętam . Ale...
Nie, to nie jest tak , że praca pani bibliotekarki polega na sprzątaniu po rozwydrzonym bachorku, który zdemolował kwiatka. Przynajmniej nie powinna. Powinna pilnować go matka, a jeśli nie dała rady to matka z tym dzieckiem powinna posprzątać. Żeby dzieciak wiedział , że ludzka praca jest cenna i nie należy jej niszczyć
Kelner oczywiście pościera wylaną kawę, ale delikwent rozlewający powinien choć wykazać minimum skruchy i chęci pomocy.
Bo ja myślę, że mimo wszystko, mimo nastawienia " klient nasz pan" to jest kwestia kultury.
Nie jest łatwo dziecko nauczyć kultury. Każde.
Nie jest łatwo przepraszać. Każdemu.
Ale czasem trzeba.
A już w ogóle nie jest łatwo tego nauczyć dziecko z autyzmem.
Wyjaśnienie Antosiowi w smażalni ryb co się stało, dlaczego i co należny teraz zrobić zajęło mi 10 minut z długopisem i kartką w ręku.
I nie, nie jest tak, że nic się nie stało.
Doceniam dobre serduszko pani tam pracującej ale nie ułatwia sprawy. Takie sytuacje pokazują Antkowi, że można olać, można pójść dalej i do tego pokazują, że mam " ględzi" bez powodu, bo przecież pani się nie gniewa.
Nie musi się gniewać, to jasne.
Rozumiem, że widok skruszonego czterolatka może poruszać serce.
Ale może dać choć częściowo ponieść konsekwencje czynu mojemu dziecku.
Bo jeśli posprząta, pomoże posprzątać czy zapłaci ze swojego kieszonkowego za stłuczony słoik w sklepie to zapamięta , że sklep czy kawiarnia nie jest miejscem na wygłupy. Bo wiąże się to z poniesieniem konsekwencji bezpośrednio przez niego.
Rzecz dotyczy i drugiej strony. Rodzice też powinni się czasem zastanowić dokąd zmierzają.
Rozumiem permanentne zmęczenie i to, że można przywyknąć do zachowań własnego dziecka na tyle, że się go już nie dostrzega.
No rozumiem naprawdę.
Ale...tłumaczenie autyzmem dziecka, które nie jest pobudzone tylko z nudów w poczekalni przed zajęciami kopie sobie uroczo białą ścianę, jest słabe.
Autyzm, srautyzm chciało by się w tym momencie powiedzieć. A co to ma do rzeczy?
Jakby synuś z mamusią wzięli białą farbę i pomalowali ścianę to motoryka by u młodego została poćwiczona, a mama zrozumiała by że nic na świecie nie usprawiedliwia demolki.
Ja oczywiście zdaje sobie sprawę z tego,  że zdarza się że nasze dzieciaki z różnych powodów zachowują się bardzo niestandardowo i czasem wynikają z tego materialne konsekwencje ale zwykła przyzwoitość wymaga, żeby choć zapytać czy można jakoś naprawić szkodę.
Ciekawe czy mama z synkiem tak radośnie i beztrosko powitali by traktowanie w ten sposób ścian  w swoim domu.
Albo czy pani kelnerka chciałaby Antosia zaprosić do swojego domu?
Dziś Antoś ma 4 latka i wiele uchodzi mu płazem ze względu na wiek i śliczne niebieskie oczka. Za 10 lat w najlepszym wypadku spotka się z nieprzychylnymi pod jego adresem komentarzami.
A autyzm zmienia tutaj jedynie tyle, że trudniej nauka konwenansów przychodzi wobec czego trzeba i wcześniej zacząć i intensywniej ten trening prowadzić.
Bo taryfa ulgowa nawet jeśli jest ( kłóciłabym się) to niebawem zniknie.
Więc, nie, wcale się nic nie stało.
Stało się i proszę, błagam i zaklinam, dajcie i dzieciom szansę ponieść konsekwencje i spróbować naprawić wyrządzoną szkodę.
Dziś na szklance, z czasem na poważniejszych sprawach.


Synku, masz wredną matkę, ale może będziesz szanował czyjąś pracę czy mienie w przyszłości. Chciałabym. I żebyś Ty szanował, i żeby Twoją pracę szanowano.