niedziela, 1 grudnia 2013

Telewizyjna relacja!

No i tak to z matką jest. Jak się matka nie weźmie w karby i mimo zmęczenia nie zmobilizuje od razu to potem w ciągu tygodnia, pełniąc zaszczytną funkcję szofera matka słowa nie skrobnie. Przepraszam.
Jak matka wyjechała do Warszawy w piątek o 5 rano tak matka z Warszawy wróciła w sobotę o 5.
I w niedzielę odsypiała. A od poniedziałku od 8 logopeda , przedszkole, SI etc, etc, etc.

A należy Wam się relacja z Warszawy. Jak pamiętacie matka pojechała do Polsatu z dwoma zadaniami. I to drugie udało się matce całkiem nieźle zrealizować. Bo TV Polsat wystosował już zapytanie do Pani Radomskiej czy weźmie udział w dyskusji z fachowcem. Wprawdzie odpowiedź jeszcze nie napłynęła( i jak mniemam nie napłynie) ale telewizja jest zainteresowana podjęciem tematyki autyzmu w oparciu o kluczowe słowo- zaburzenie. Profesor Gałkowski z którym ucięłam sobie ponad godzinną rozmowę na temat autyzmu również obiecał poruszenie kwestii alternatywnych metod " leczenia" autyzmu, co biorąc pod uwagę dorobek Pana prof. w KTA oraz sejmowej komisji do spraw autyzmu może mieć duże znaczenie. Zresztą profesor starał się i w trakcie nagrania przestrzec rodziców przed pochopnym zaufaniem niesprawdzonym metodom za co jestem mu ogromnie wdzięczna.

A teraz o samym nagraniu...Przybyłam na miejsce nagrania wymęczona( od 5 rano w drodze a była godzina 16) i mokra jak szczur od deszczu- bo kto by na taką daleką wyprawę brał dodatkowy balast w postaci parasola?:)
Jak mnie zobaczyła pani charakteryzatorka to jej ręce opadły, 25 minut tapetowała mi facjatę usiłując doprowadzić mnie do stanu względnego człowieczeństwa i co rusz pod nosem szeptała " tych cieni pod oczami nie da się zakryć". Gdy wpadła realizatorka programu , p. Monika od razu poczułyśmy do siebie bio-łącze! Fantastyczna kobieta o ogromnym sercu i wulkan energii. Panowie kamerzyści rozkładali ten swój super poważny sprzęt a my trajkotałyśmy jak przekupki na bazarze i od razu zapowiedziałyśmy że zaraz po nagraniu koniecznie wspólna kawa!
A potem przyjechał Pan Piotr Pawłowski i zrobiło się poważnie. Konwencja programu jest taka, że goście programu siedzą na wózkach inwalidzkich. I powiem Wam szczerze, że czułam się bardzo nieswojo. Nigdy nie miałam żadnego problemu z zachowaniem wobec osób które spotkałam na wózku, nie przypominam sobie bym strzeliła jakiś nietakt( choć tego to akurat nigdy nie można być pewnym). A jednak siedząc na tym wózku czułam że to nie moje miejsce. Nawet nie wiem z czego to wynikało...Bo nie chodzi o to, żebym miała jakieś problemy z okazaniem solidarności osobom niepełnosprawnym. No skąd! Sama siebie uważam za reprezentanta niepełnosprawnej rodziny. Ale właśnie...nie wydaje mi się bym siedząc na wózku mogła wejść " w skórę"osoby niesprawnej ruchowo.
Ale gdy już usadowiłam się na tym wózku to nagle osaczył mnie pan z mikroportem i zrobiło się wesoło. Najpierw zostałam zbesztana jaką to ja bluzkę założyłam, takiej się do telewizji nie zakłada!!! Totalna konsternacja...
Musiałam mieć niezłą minę bo cała ekipa nagle wybuchnęła śmiechem i wytłumaczyła mi, że teraz to mnie striptiz czeka żeby podpiąć mikroport. No to już chyba w ogóle wyglądałam jak dziecko które się zaraz rozpłacze bo pan podszedł, pogłaskał po główce i powiedział : " A teraz sobie dzieciątko wsadzi ten kabelek pod bluzkę bo mnie nie wypada". Hehehe, trzydziestoletnie dzieciątko  z nadwagą:)

A potem zaczęliśmy już rozmawiać i kabelkowe nerwy puściły. No...nie spodziewałam się, że przyjdzie mi bronić blogów, że pan profesor będzie je traktował jako narzędzie szatana. To sprawiło , że cała rozmowa poszła nie w tym kierunku w którym chciałam by poszła. nie wiem co zmontuje Pan Montażysta. Nie wiem też do końca  co mówiłam. Pamiętam tylko, że podkreślałam jak ważne dla nas jest wsparcie czytających naszego bloga, ile dla mnie znaczą więzi zawarte w ramach blogosfery, jacy jesteśmy sobie bliscy z innymi rodzicami , z niektórymi czytającymi z którymi poznaliśmy się naprawdę. I z tymi dziećmi, bo mamy ich już kilka których rodzice trafili na naszego bloga gdy byli zaniepokojeni a dziś są rodzicami dzieci z autyzmem. To też trochę nasze dzieci, są nam bliskie i z uwagą śledzimy ich postępy. W pewnym momencie Pan Piotr zapytał mnie ilu mamy hejterów. A mnie zatkało. Podobno blog który nie ma hejterów nie jest popularny. Uświadomiłam sobie, że przez ten ponad rok nie spotkaliśmy się z ani jednym objawem niechęci czy nienawiści wobec Antosia. Widać nie jesteśmy popularni:) Ale tak naprawdę to myślę sobie, że to akurat zasługa Antosia, jego uroku, szelmowskiego spojrzenia i przygód bez liku naszego ZOO. Chyba to sprawia, że wchodzi tu specyficzna grupa odbiorców. Dobrzy ludzie. Dziękujemy:)
Oczywiście na koniec palnęłam gafę. No bo jakże by matka mogła tak godzinę gadać bez gafy?
Bo podziękowałam Gosi i Marlenie za opiekę nad Bąblami w czasie nagrania. Bo i było za co dziękować, dziewczyny z dobrego serca wykazały się ogromną odwagą. Gosia odebrała Hanię z przedszkola i całą drogę do domu biegała z Czepiakiem. A wiecie, Czepiak w biegach wyniki ma olimpijskie. Marlena zgarnęła Antulka z przedszkola i dostarczyła autobusem do domu. Rozumiecie? Autobusem!!!! niby prościutkie?
Aha, po pierwsze Marlena nie jest rodowitą Opolanką i nie do końca wiedziała z którego przystanku należy wyruszyć i na którym wysiąść. Po drugie Antoni wolnobieżny to mały struś pędziwiatr. A Antoni i [pojazdy mechaniczne ( autobus!!!!) to już w ogóle żywioł. Z relacji telefonicznej wynikało , że Marlena użyła wszystkich swoich pokładów cierpliwości i kreatywności żeby wytłumaczyć Antosiowi , że nie mogą wsiadać do każdego autobusu który nadjeżdża, że muszą czekać na ten z cyferką 3. Marlena nie tylko wytłumaczyła, przeżyła, dowiozła do domu dziecię w stanie nienaruszonym i nie uszkodzonym ale też tak wpłynęła pozytywnie na Antośka, że ilekroć widzi teraz przejeżdżające autobusy pokazuje znak " czerwony" ( to tajemny kryptonim Marleny) i gest jeszcze. Najdzielniejsze z dzielnych dziewczyn na świecie są nasze wolontariuszki!!!!!
To gdzie ta gafa?
Ano własnie...po nagraniu, i po kawie z Moniką dzwonię do domu jak tam sytuacja na froncie, bo wiedziałam , że Tatko już przejął wartę. No i słyszę że wszystko bardzo dobrze, Gosia i Pan Piotr do zadań specjalnych już poszli a dzieci się kąpią. Że co???????????/ Pan Piotr????????No więc właśnie, tu składam publiczne przeprosiny, że Człowiekowi do zadań specjalnych nie podziękowałam za opiekę nad maluchami. Li tylko dlatego, że nawet nie przypuszczałam , że z własnej woli i chęci pomocy dziewczynom po prostu przyjdzie!!!!
Wyobrażacie sobie? Ktoś poświęca wolny piątek, żeby siedzieć z dwójką rozbrykanych maluchów bo matce zachciało się szlajać po stolycy!!!!Magia!!!

O 22.50 wsiadłam w pociąg wymęczona zupełnie ale szczęśliwa. To był dobry dzień. Wiele rzeczy się udało. Poznałam fantastycznych ludzi ( o panu od Żaby następnym razem) a i parę ludzi poznało Antośka. Upewniłam się, że otaczają nas mądrzy, dobrzy i wrażliwi ludzie dla których nasze dzieci są ważne. To jest dopiero kapitał na życie!!!!

W sobotę o 5.30 wsiadłam w boską Clio, która jakimś cudem stała pod dworcem na niezablokowanych kołach. Bo oczywiście zaspałam na pociąg do Warszawy, oczywiście w popłochu dojechałam do dworca i oczywiście pod groźbą kary zostawiłam auto " byle gdzie" by tylko zdążyć na pociąg. Znowu miałam szczęście, strażnicy miejscy nie zainteresowali się boską, choć zwykle pod dworcem mandaty się sypią na potęgę.
Więc w sobotę dojechałam do domu. Weszłam, maluchy już nie spały (a jakże!) i powitały mnie najgłośniejszym " Mammmmmmooooo!!!!" jakie można usłyszeć. Antek się wtulił mocno a Hania opowiadała co jej się śniło.
Fajnie było w stolycy, fajnie było na 24 godziny się wyrwać i pomyśleć o czymś innym niż koniki, Złomek i soczek. Ale jeszcze fajnie jest wrócić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...