czwartek, 5 grudnia 2013

Dzień jak z bajki

A na 10.30 w kalendarzu jak byk zapisana była wizyta u dentysty. Oj, ciężki temat....Rok nie byliśmy z Antkiem u dentysty, ja się bałam po ostatniej wizycie...A i Antek te jedne drzwi w Fundacji omijał szerokim łukiem. No ale mus to mus. Kontrola uzębienia rzecz ważna.
Temat został solidnie przepracowany, wyjaśnione na piktosach, potrenowane na lalkach Hani, otwieranie paszczy na akord wytrenowane...
A i tak miałam kluchę w gardle jak wchodziliśmy.
Kompletnie nie potrzebnie!!!
Wizyta trwała 5 minut, uśmiech z twarzy Antulka nie znikał, w sekundę zęby pokazał jak najlepszy koń na targu...
Zęby zalakierowane, uzębienie pani doktor sprawdzone ( bo i chciał zostać doktorem). Dostał foczkę w nagrodę, to furrorę zrobiła taką , że auto z oczami porzucił (!!!). I pochwała, za najzdrowsze ząbki jakie pani doktor widziała wśród trzylatków (hm....11 szczoteczek miesięcznie, kilkadziesiąt myć na dobę to muszą być zdrowe!!!).
A potem, z tymi piktosami w łapce, i ciągle ząbki pokazując zażądał odwiedzin u Tatki w pracy. To poszliśmy, za rączkę, po schodach, uśmiechnięci. Minęliśmy Pepco z wystawą autek, matce się nogi ugięły, ale spokojnie dało się wytłumaczyć, że nie wchodzimy bo przecież Mikołaj przyniesie auto. U Taty cały w pąsach relacjonował zębową przygodę a potem pięknie się pożegnał i poszliśmy...

Nikt tak dziecku nie dokopie jak własna matka. Bo matka stwierdziła, że skoro syn ma " dobry dzień" a do terapii SI ( w tej samej Fundacji) mamy jeszcze 2 godziny to śmigamy do fryzjera. No wiecie...fryzjer to jest dla Antka porównywalne z dentystą doświadczenie. I to tak z partyzanta, bez planu aktywności , bez przygotowywania. Ot, spontan.

Z auta zapomnieliśmy autka. Matka struchlała. Ale wytłumaczyła synkowi , że wrócimy po auto PO fryzjerze. To idziemy dalej, murek , kwiatek , zamarznięta kałuża. Spokojnie sobie synek ogląda , pokazuje , zagaduje. Przed fryzjerem przystanął, przyjrzał się  i powiedział " TO TU"...No tu , synku, tu nasz "fryzjer dla opornych". 15 minut! Tyle trwało strzyżenie, a zarost był dorodny. Fakt faktem, panie są tam mega sprawne i mają cudowne podejście. I tak pani dokonywała postrzyżyn, a Antek układał sobie budowle z kolorowych wałków do trwałej:)To już drugie strzyżenie bez ogłupiającego mini-telewizorka z bajką, w którą Antek wpatrywał się jak gekon w muchę. A pierwsze bez ani jednego sprzeciwu!!!

Potem pojechaliśmy po nakrętki. Dla mnie wyjątkowa chwila, bo do Liceum matka kiedyś pracowała. Matka belfrem nie jest już od lat, ale kiedyś przy wypakowywaniu nakrętek na podwórku matki chrzestnej matkę upatrzyła p. Kasia Leks, polonistka i w czasach kiedy matka belfrowała. I od słowa , do słowa zaproponowała, że pokombinuje co da się zrobić w Liceum. I co pokombinowała?Któregoś dnia zainteresowało mnie skąd tyle wejść na bloga ze stronki Liceum. Szybko się okazało skąd:


Bardzo dziękujemy I PLO im. M. Kopernika w Opolu  za dołączenie do Drużyny Szlachetnej Nakrętki i p. Kasi Leks za tyle okazanego serca.
A jak było dziś w szkole?
Haaaaaa, podjechaliśmy po " trochę' nakrętek a zobaczyliśmy z Antkiem pół piwnicy. Boska Clio załadowana po każdy centymetr a i tak mnóstwo zostało do odebrania. Ale...najlepszy był Antoś w szkole. Wszedł bo biblioteki, pięknie się przywitał i wyściskał z p. Kasią, pomachał do dawnej wychowawczyni Antosiowego Taty i grzecznie czekał. Tylko jak zobaczyła na komputerze jednej dziewczyny " kucyka" to od razu wołał " niania, niania" i głaskał się po brzuchu( że lubi). Zszedł z nami do piwnicy, chwycił jeden worek i dzielnie taszczył. Pomógł wrzucać do bagażnika i pożegnał się z p. Kasią. Anioł- nie dziecko!!!!

Na terapii SI miodzio, poezja, nawet udało się Pani Gosi wytłumaczyć Antkowi, że nie wolno skalpować schodzącego paznokcia.

A popołudniu matka jak przygrzmociła nogą w skrzynkę ze słoikami to się mało z bólu nie posikała. Zwinęła się matka w kłębuszek i soczyście, acz cichuteńko klęła pod nosem. Hania podeszła, popatrzyła na pozwijaną matkę i zapytała czy dam jej pić (...).

Ojciec jak zobaczył matkę kontuzjowaną to tylko pytał czy będzie gips. Nie będzie, bo pęknięty paluszek- nie gipsują. Eeeee, to jak nie zagipsują to nic ci nie będzie....

Hanka ponownie wyraziła swoją troskę poprzez natychmiastowe żądanie omleta na kolację oraz nowy sezon kucyków...

A Antoś podszedł, schylił się, łepek przekrzywił...popatrzył i zaczął dmuchać na nogę.
Ten jeden jedyny członek familii. Ten z autyzmem. I podobno zablokowaną empatią z automatu...

Bajka, bajeczka, bajkowo. No sielanka cudna....Mimo spuchniętego palucha, to był wyjątkowy dzień.

3 komentarze:

  1. Oby więcej takich dni bajkowych dni :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Spieszę dońieść!!! Empatia nie była jednorazowym wybrykiem. Dziś w przedszkolu skacząc z krzasła uderzył brodą Gosię w kolano. Otrzepal się, podszedł do kolana Gosi i pogłaskał. To działa:)))))

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...