wtorek, 31 grudnia 2013

Ahoj 2014!!!



A Bajki jak zwykle na przekór, zawsze w kontrze. Ten 2013 rok to miał być podobno pechowy. Kataklizmy i w ogóle samo zło. No i nie powiem, na płaszczyźnie finansowej to faktycznie lej po bombie a nie stan konta. Ale to jedyna płaszczyzna która nie była bajkowa w tym roku.
Dla nas to był wielki rok. Przełomowy. Kompletnie wyjątkowy i obfitujący w cuda.
Podsumowanie zrobię za kilka dni, na spokojnie. Ale dwie zmiany są widoczne gołym okiem bez zastanawiania. Po pierwsze mamy fajnego syna: wesołego ,mądrego,  pogodnego łobuziaka, który uwielbia się bawić , szaleć , przytulać i który pokazuje nam że jesteśmy dla niego ważni. Tego nie było. To zmienia wszystko.


Po drugie, i tu matce trochę czasu zejdzie nim się z ta zmianą oswoi...nie wypada już o Antku wspominać " dziecko" niemówiące. Antek mówi, jeszcze niedoskonale, jeszcze nie zawsze zrozumiale dla innych ale mówi. Po matce mówi dużo, wpada w słowotoki i kłóci się na potęgę. I to jest ...dziwne. Matka się tak zafiksowała na wcześniejszym stanie rzeczy że nie dowierza. Nie umie się odnaleźć, mimo, że prawie jest pijana ze szczęścia.

Matka myśli o tym 2014 roku. Trudno go będzie dla nas przebić. Zresztą...wcale nie musi być lepszy. niech nie będzie gorszy.
Niech i dla Was pełny będzie radosnych chwil.
Zdumień i zaskoczeń.
Niech wokół Was będą ludzie którzy mają pozytywne iskierki w oczach.



Aby 2014 rok był mądrą bajką z morałem!!
Tego serdecznie życzą Wam Bajki!!!

Rybka lubi pływać.

Na życzenia świąteczne nie zdążyłam wpaść na bloga- taki był harmider. To chociaż opiszę co to się w te Święta działo i może na noworoczne zdążę:)

Przed Świętami dzieci dla odmiany...chorowały. A potem ...chorowały. A jak miały chwilową ( oj naprawdę krótką) przerwę w chorowaniu to nasza prababcia miała operację i trzeba to było wszystko jakoś logistycznie zgrać ze Świętami. Jako, że prababcia to opoka Świąt i zawsze ona przygotowywała świąteczne smakołyki trzeba było w tym roku rozdzielić zadania. i matce między innymi przypadła kwestia rybna. Nie, nie przyrządzenie, prababcia doskonale wie, że gdyby matka miała przygotować rybkę w galarecie był by to co najwyżej karp zalany galaretką Winiary:D
Ale matka miała nabyć odpowiednie ryby. I było to zadanie trudne.
Albowiem matka ma traumę karpia. Matka za czasów pacholęcia gadała do merdających płetwą w wannie, polewała ich wodą, zaprzyjaźniała się z karpikami. I potem matka- dziecię jeszcze nieopierzone, zobaczyła jak babcia idzie do łazienki z pałką do ziemniaków i nożem ...i potem zrobiło się czerwono. I matka płakała. I od 20 lat karpia nie je, ni nie kupuje ni nawet tej pierońskiej tradycji nie popiera. Więc się matce słabo zrobiło jak matka te karpie miała kupić.
Na szczęście Adaś, matki kolega z bloga łyżka-widelec-nożyczki zadzwonił i powiedział że ma dla nas talon ( ha, ha , jak w czasach matki wczesnego dzieciństwa) na karpia i czy chcę. Po konsultacji z teściową okazało się że chcę i to bardzo i pobiegłam po ryby. Tylko zamiast ślicznie pokrojonych dzwonków były żywe, merdające ogonem  łypiące na mnie okiem. Już matka myślała, że nie da rady, że prababcia się jednak smakiem po karpiu obejdzie ale matka pomyślała o tej wannie  i dzieciach. Wróciła się po wiaderko i zabrała trzech przedstawicieli karpiowego rodu.
I mimo, że matka wiedziała co karpie czeka był to pomysł dla dzieci wspaniały.

Antulek oszalał na punkcie ryby, wyginał rączkę w geście " ryba" z prędkością światła. Hani tez się podobały, głaskała je po łusce. Dzieci bawiły się z płetwiastymi, karmiły je chlebem a nawet Antulek chciał nieborakom pomóc, bo skoro są w wannie to trzeba je namydlić i umyć.







Tyle, że ryby czekał taki los jaki czekał i z wanny zniknąć musiały. O ile Hani bez problemu wytłumaczyłam kwestie rybołówstwa na przestrzeni wieków a tyle z Antkiem takich szans nie było.A przynajmniej tak z góry założyłam.  Doskonale wiedziałam, że byłaby straszna histeria gdy okazało się że ryby nie żyją i w najlepszy wypadku Antek z uporem maniaka kazał by nam ryby poskładać w jeden pływający kawałek i naprawić.
Rodzice więc wymyślili bzdurę absolutną, jedną z tych którą wciska się dzieciom gdy się nie ma odwagi powiedzieć prawdy a coś powiedzieć trzeba...Otóż Antek od wielu tygodni  fascynuje się rurami i hydrauliką na skutek jednego z odcinków " Ciekawskiego Georga", któremu to podczas zabawy w wannie gumowa kaczuszka uciekła wraz z wodą odpływem od wanny. I takiż kit pocisnęliśmy Antulkowi gdy następnego dnia wszedł od razu do łazienki prababci i szukał ryb. No i nas za głupotę pokarało!!!!
Naturalnie Antoni natychmiast pokazał rury, zawory i domagał się wezwania pana od naprawy by a) rury przepchać b) ryby uwolnić. Oj strasznie płakał, że ryby są w rurach i trzeba je wypuścić. No cóż, kłamstwo ma krótkie nóżki. Ale matka oczywiście nie powiedziała w wigilijny wieczór dziecku prawdy, a skądże ! postanowiła brnąć dalej w głupocie i wymyśliła , że pan nam nie może pomóc bo ryby już popłynęły rurami aż do stawu i teraz pływają sobie w jeziorze, daleko, daleko...
No to Antek w mig przyniósł buty i kurtkę i pokazał że trzeba iść szukać. No super!!!!
Akurat pora była zasiadać do Wigilii. Jakoś udało się odwrócić uwagę, że nieeeeee, no jak? Przecież zaraz będą prezenty to jak iść szukać ryb. i faktycznie wydawało się , że jakoś nam się upiekło.
Aha, a gdzież tam!!!!
Dokładnie co 10 minut Antek pokazywał, że musi skorzystać z toalety A po wejściu zaczynał się ten sam schemat ; ryba, rura, zawód, woda, szukać i pływać. I tak przez bite 4 dni, co 10 minut!!!!
Oszaleć można!!!
Ale sami sobie winni jesteśmy. Pocisnęliśmy dziecku bzdurę na resorach z góry zakładając, że prawdy nie ogarnie to mieliśmy za swoje. A jeszcze przy tym zapomnieliśmy jak szybko w autyzmie utrwalają się schematy i fiksacje i jak potrafi to być dokuczliwe dla dziecka i otoczenia. Matka naturalnie karpia przy stole nie tknęła, dzieci też. Prababcia mówiła , że pyszny. Mnie tam ościami wychodzi w z każdego boku i mam traumę karpiową jeszcze silniejszą niż 20 lat temu.

Ostatecznie kryzys został zażegnany po obietnicy , że kupimy Antkowi rybkę i wstawimy do pokoju. Ja jeszcze nie wiem jak wytłumaczyć, że to będzie co najwyżej bojownik w małej kuli a nie karp pływający w wannie( jakiej wannie?! my brodzik prysznicowy mamy!!!). Ale słowo się rzekło ryba niebawem będzie.
W końcu jak Bajki spółka ZOO to ZOO. A prawdziwe ZOO szczyci się wieloma gatunkami:D

I tak np w ramach samopomocy koleżeńskiej przygarnęliśmy pod dach Kefira- chomika przecudnej urody, który zawładnął sercem dzieci okrutnie:) Dzieci na punkcie chomika totalnie sfiksowały, żeby tylko dzieci:D Nawet Antosiowy Tatko, z wszystkich zwierząt domowych szanujący jedynie labradory i golden retrivery na punkcie Kefira stracił głowę. Dość powiedzieć, że gdy prawowita właścicielka chomika, Patrycja zadzwoniła by uzgodnić termin obioru gryzońka w słuchawce słychać było tylko ogromny płacz Antosia. I tak, następnego dnia Kefir został odebrany z przytuliska Bajki, ale dzięki cioci Patrycji zamieszkało z nami niemowlę. Chomicze niemowlę, które zostało ochrzczone Krecik( jak się okaże że to jednak jest Krecia to dopiero będzie się działo).




A jakie jeszcze były święta? Takie jaki być powinny, spokojne, z ukochanymi Dziadkami, trafionymi prezentami i wizytą w żywej szopce w Szczepanowicach. Były momenty w których naturalny harmider Antosia przerastał, wtedy albo przyjmował pozycję " na leniwca" i mentalnie się odcinał na chwilę, albo wychodził do drugiego pokoju, zamykał drzwi i wyciszał, by po chwili wrócić radosnym i skorym do zabawy. W pierwszy dzień świąt Hania rozłożyła się chorobowo, ale i tak mamy ogromny progres bo tym razem nie została podana 13 tradycyjna potrawa wigilijna - inhalator. Dzieci wlazły Dziadkowi na głowę, okręciły babcię dookoła paluszków, wyściskały i wycałowały. Takie...normalne święta:)













sobota, 7 grudnia 2013

Podaruj dzieciom z autyzmem Spokojne Święta

I gdy tak pławię się tym naszym uroczym Mikołajkowym dniem nie sposób jednak odgonić wspomnień. Jak wyglądały Mikołajki niegdyś???
Te w ubiegłym roku były już wspaniałe, niepowtarzalne i radosne: tutaj.
A poprzednie?Hmmmm, różnie bywało. Hania, choć generalnie łatwo adaptująca się do nowych sytutacji do 4 r.z. panicznie...bała się prezentów. To było straszne, bo i jej lęk był dla nas niepojęty i sytuacje bywały dość trudne. Bo jak wytłumaczyć babci, która miała tyle radości z kupowania wnuczce prezentów, że nie, dziecko wcale nie jest niewdzięczne, i nie- prezent nie jest nietrafiony. Po prostu Hania nie mogła dostać prezentu przy ludziach( jakichkolwiek, najlepiej było położyć gdzieś w kącie i czekać aż sama znajdzie), broń Boże zapakowanego i absolutnie bez tej całej otoczki " prezentu", czyli niespodzianki, emocji, napięcia. I reakcji ludzi. To nie było fajne. Ani dla niej ( mnóstwo stresujących sytuacji) ani dla otoczenia. Minęło...

Z Antosiem to w ogóle Święta to był trudny temat. Pierwszych nie pamiętam w ogóle. To znaczy były, na pewno były, ale nie kojarzę by jakoś wyjątkowo zapisały w pamięci, choć oczywiście były dla nas bardzo ważne, bo przecież był już z nami Antoś!Ale...te pierwsze to porostu wył. No żadna nowość bo przez pierwsze 5 miesięcy swojego życia Antoś płakał nieustannie. Dom/spacer, wózek/rączki/łóżeczko/chusta. Najedzony i po jedzeniu. Ciągle. W Święta też. To znaczy nie płakał jak jadł, więc często jadł. Ale próbując znaleźć jakieś " ładne" zdjęcie z pierwszych Świąt Antka okazuje się że na wszystkich miał grymas płaczu.
Wtedy nie wiedzieliśmy dlaczego, ot, trafił nam się " trudniejszy egzemplarz", po jakby nie patrzeć, mało wymagającej Hani...

A Święta dwa lata temu? Tu już dołączył się do nas Kolega A. Autyzm , jak sie okazało byl z nami dokładnie tyle samo czasu ile Antoś, ale właśnie tuz przed Świętami odebraliśmy diagnozę i zaczęliśmy naszą mniej lub bardziej świadomą przyjemność z Kolegą A. I co? I mimo, że zdecydowaliśmy ten jeden jedyny raz nie spędzać Świąt z Dziadkami, rodziną, tylko zagwarantować Antosiowi spokój...było co najmniej średnio.
Antoś był wówczas " poza kontaktem", napady złości i furii( i histerii) wybuchały non stop a my dość bezradnie próbowaliśmy domyślić się przyczyny. A w tym absolutnym braku kontaktów " z bazą" Antek był hipermobilny, mimo, że dopiero co nauczył się chodzić. Tamte święta wspominamy jako próbę ocalenia krztyny tradycji dla Hani za cenę najbardziej absurdalnych pomysłów. Biały obrus? Przybijaliśmy gwoździami do stołu. Jemioła? Szybko zdjęliśmy, jednak nie jest jadalna. Opłatek? Zdążyliśmy położyć na stole, ale życzeń nie było, trzeba było ratować stół przed świeczką. No więc świeczek też nie było. Choinka była wysoko, poza zasięgiem rąk. Jego, ale też niestety Hani dla której była cudowną, acz nienamacalną atrakcją. Tradycyjne wyjście do " żywej szopki"? A gdzie tam!!!Zabarykadowaliśmy się na 3 dni w domu z prostą misją: przetrwać."Kolację" podaliśmy o godzinie 15, wiedząc że do 17-18 Antek będzie już senny. A śpiący Antoś to bylo zło. Prezenty nie cieszyły się zbytnim uznaniem, wszystkiego owszem dotknął nawet 5 minut pobawił się w basenie z kulkami, ale właśnie...5 minut. A potem gnał po domu znów wszystko napotkane na swojej drodze wywalając.I ten nieustanny i nieposkromiony płacz. Wszędzie płacz, którego za nic nie rozumieliśmy....
Wtedy wydawało nam się, że najgorsze to było doświadczenie dla Hani.Bo ona miała " dziwne Święta". Do tego, że Antek podczas świątecznej, a więc wyjątkowej atmosfery musiał naprawdę cierpieć musieliśmy dojść później. Że dla niego to za dużo bodźców, wrażeń. Że dotychczasowy rytm został zburzony, a wraz z nim poczucie bezpieczeństwa Antka.
Dziś to w sumie wydaje się bardzo odległa kwestia, to było " dawno" i dziś nic nie wskazuje by choć część tych problemów mogła nas dotyczyć za dwa tygodnie.
Ale wystarczająco dobrze pamiętam jak to jest , gdy dla dziecka Święta są niewyobrażalnym stresem. I , jak to w autyzmie bywa, nie mogę stuprocentowo powiedzieć " było, minęło". Było tak, na razie minęło- owszem, a czy nie wróci? A któż to może wiedzieć.

Dlatego akcja Fundacji JiM jest mi bliskim pomysłem. Rozumiem jej przesłanie, choć oczywiście jest nieco przerysowane i uogólniające, a takie prawo kampanii " w sprawach". Natomiast tak, jestem w stanie sobie wyobrazić, że ze dwa tygodnie, gdy zjadą ciocie, babcie i szwagierki dla wielu dzieci i również ich rodzin  Święta to będzie męczarnia.



I choć nie można w tym czasie zgasić wszystkich rażących lampek i iluminacji, nie da się powyłączać wszystkich kolęd dookoła dziecka to jednak można temu dziecku podarować choć prezent, z którego naprawdę będzie się cieszyło.
A to rzeczywisty problem. Dopiero teraz wiemy co Antkowi naprawdę sprawi przyjemność( lego duplo już zachomikowane na szafie wspólnymi siłami Dziadków i nas). Wcześniej to była poniekąd " zgaduj zgadula". I to dołujące poczucie, że nie umie się nawet sprawić przyjemności własnemu dziecku.... Grrrr

Możesz zostać Pomocnikiem Świętego Mikołaja. Możesz pomóc. Możesz kupić Na stronie Fundacji JiM zabawkę dla dzieci, właśnie taką która choć trochę przyniesie radość maluchom w tym trudnym dla nich czasie. A możesz się po prostu dorzucić do prezentu. Tyle ile możesz, złotówkę, 5, 10...

To jest też jakby osobna kwestia...Święta Świętami a rodziny osób z autyzmem często są " permanentnie pod kreską". Jakoś nikt w grudniu nie chce obniżać opłat za rachunki czy faktur za terapię. A to jest wysiłek finansowy ponoszony nieustannie,latami, terapia kosztuje. Kosztuje niemało. Stale.
Jak co roku , gdyby nie Dziadkowie to Mikołaj dzieci byłby nieprzyzwoicie skromniutki. Ale naszym dzieciom pomagają Dziadkowi, jak potrafią. A nie każdy ma taką możliwość. Często problemem jest nie tylko co kupić dziecku z autyzmem ale też za co kupić.

Jeśli możesz...zajrzyj. Może jedna czekolada mniej, może 10 dkg szynki mniej na świątecznym stole...To nie dużo, a dla tych dzieci to bardzo ważne.

Mikołajkowo
















Zaczęło się już wczoraj. Gdy przygotowywaliśmy pierniczki i mleko dla Mikołaja w Czepiaka wstąpił Grinch. Palnęła przemowę, że Mikołaj nie przyjdzie bo jest umarły i z nieba nie da się przynieść prezentów...No nie powiem, rąbnęło mnie nieźle. Pamiętam, że ja miała znacznie więcej lat niż 5 gdy mama mi w kuchni ( mam oczywiście scenkę do dziś przed oczami) powiedziała że Mikołaj nie istnieje. Nienawidziłam wówczas całego świata, a  na mamę i Mikołaja jeszcze wiele dni pomstowałam.
A tu smarkata, lat 5 i kawałek z uśmiechem na twarzy informuje swojego wyczekującego prezentów braciszka, że nie , nie przyjdzie, bo umarły. No to możecie sobie tylko wyobrazić jak lamentował Antulek. Jakoś udało się sytuację załagodzić i poszły spać. Rano minkę Czepiak miał nietęgą gdy zobaczył brak pierniczków, upite mleko i po jednym prezencie na pościeli.
Ziarno niepokoju zostało zasiane!!!
A w przedszkolu u Czepiaka oczywiście był Mikołaj i na szczęście zburzyło jej to światopogląd o " umarłym". A przynajmniej częściowo, bo choć Mikołaj był fajny i długo się z dziećmi bawił to po przedszkolu Hanka palnęła tyradę, że już wszystko wie!!!
Mikołaj owszem, jest umarły, ale...jak powszechnie wiadomo jak się nie żyje to jest się duchem i to właśnie duch Mikołaja przyleciał z nieba, był głodny( bo w niebie nie ma slodyczy) to sobie zjadł i chcąć się odwdzięczyć dał prezent ( ze sklepu zabawkowego, jak Casper). Super. Logika Czepiakowa!!! Połączyła Wszystkich Świętych z Dziadami i Mikołajem. To się nazywa eklektyzm.

Na szczęście Antoniemu owa logika jest obca i prostu cieszył się prezentem. A tym pościelowym był wyczekiwany od kilku miesięcy plecak z Zygzakiem. Pękałam z dumy gdy szedł do przedszkola z plecaczkiem, i wszystkie swoje autka- te które zawsze miał w dłoniach i notorycznie upuszczał - miał pięknie zapakowane w plecaczek. Zuch chłopak!!!

A w przedszkolu u Antka oczywiście tez był Mikołaj. Choć nie, w zasadzie to...było ich trzech. Antoni został oddelegowany do otworzenia drzwi od sali i kiedy wszedł Mikołaj i dwóch pomocników( w czerwonych szatkach) popatrzył ze zdumieniem na Gosię i w kompletnym szoku zapytał " tsi????" uruchamiając trzy paluszki w dłoni.


Na kolana Mikołajowi Antoś wszedł na chwilkę, i od razu zlazł wrzucając wsteczny bieg do Gosi. Zawstydzony był bardzo. Ale prezent zabrał z wielką radością.





 I prezent spodobał mu się bardzo, tak bardzo , że do końca pobytu nie rozstawał się już z ciastolinowym autem i nawet na drzemce spał z autem.
Dla Antosia to było duże przeżycie, choć znam tylko z relacji Gosi, nagranego przez nią filmiku( jak Tatko będzie miał chwilę to przytnie stosowne kawałki) i opowiadania p. Ani wiem, że to było COŚ. Gdy przyszłam od razu pokazał mi prezent( tak , moje dziecko się chwali, pochwalił się mnie i kolegom z grupy), OPOWIEDZIAŁ(!!!) i cały był w pąsach. Od Gosi wiem , że to była też ogromna porcja bodźców, jednak niemały harmider, duża sala, połączone grupy...w połowie imprezy Antek sam poprosił Gosię by pójść do " ich " sali. No jednak pomimo ogromnej otwartości, wyczekiwania Mikołaja  i wielkiej frajdy z atrakcji to nadal jest dziecko z autyzmem, dla którego taka dawka bodźców jest ogromnym wysiłkiem.

Tym bardziej trafiony był pomysł Dziewczyn. Dziewczyn, czyli Gosi i Marleny, naszych wolontariuszek, 5 i 6 domownika. Dziewcztny już kilka dni temu rozczułiły mnie ogromnie i rozłożyły na łopatki...bo postanowiły pomóc świetemu Mikolajowi w obdarowywaniu dzieci. Po pierwsze to dla mnie szok, że i w ogóle wpadlo do głowy kombinowac prezenty dla dzieci. To one tyle dla nas robią, że my powinniśmy obsypywac je prezentami. Więc oczywiście protestowałam. Ba, udałam się do instancji wyżej, p. Moniki, ale zostałam " zgaszona " w sekundę, słusznie zresztą bo " czy mogę im zabronić okazywania uczuć???". Nie mogę...i nie chcę. Zwłaszcza , że Dziewczyny wymyśliły taaaaakie prezenty!!! I to nie dla Antka, dla Hani też!Dziewczyny, jak to psycholożki , poczytały w pragnieniach dzieci i moich myślach i postanowiły dzieciakom dać po ptaszysku. Angry Birds!!!! Nasza aktualna fascynacja( prawie całej rodziny, tylko Tatko się dotąd opanował). I wyobrażacie sobie, że one poświeciły wczorajszy wieczór latając po Tesco żeby młodym sprawić radość???????
Ale to nie koniec, nie, nie. Gosia przytachała strój świętego i słusznie zauważyła, że jak się Tatko przebierze to przecież Antek się w sekundę połapie( wybacz synu, mam nadzieję, że trafisz tu na bloga gdy już nie będziesz wierzył w Laponię i renifery). I tak Gosia została Mikołajem a Marlena Dzielnym pomocnikiem.

Akrobacji było trochę by...ten no...utrzymać wiarę w świętego...Ale gdy Mikołaj wszedł do naszego  Antka zamurowało.Hania zaś od razu włączyła tryb " Grinch" i poinformowała mnie , że to nie jest żaden Mikołaj tylko Gosia! na ucho szeptałam , że jednak Mikołaj. "To czemu ma moją czapkę???????"Wrrrrr!!!
Cóż, nie było czasu na siłę przekonywania, syknęłam więc do ucha" A prezenty chcesz?". Chciała. " To ani słowa o tym Antkowi". Tak, wiem , niemoralne, i w ogóle fuj...ale skuteczne:)
Więc Grinch przełączył się na tryb " wstydzę się szalenie" i za nic nie chciał zaśpiewać piosenki. Antoś zaś był tak oszołomiony, że z wrażenia może 3 gesty piosenki pokazał, resztę śpiewała Marlena:)


A potem Mikołaj z worka wyciągnął ptaszyska i wszystkie lody już puściły!!!









Gdy Mikołaj już poszedł a odwiedziła nas Gosia( hehe) szaleństwom nie było końca. Dzieci i rzucały się się pluszowymi ptaszyskami i grały w Angry Birds. Razem z Gosią i Marleną biegały po całym domu, ujeżdżały renifera...

refirerkowe zdjęcie prawie rodzinne(3/4 składu)


a matka godzinę ponad składała walec, bo instrukcji przecież nie było ( no po godzinie okazało się, że jednak była:)


Antoś sprawdzał jak wielka jest słodycz Mikołaja


A Czepiak wariował na potęgę:)
Padły wymęczone istotki grubo po 21. Teraz każde śpi tuląc swoje ptaszysko. A na jutro już mam zapowiedziany miting z grą i klockami. I chyba nawet Grinch Hanna  uległ atmosferze św. Mikołaja, bo nie pamiętam kiedy była taka radosna i spokojna.

piątek, 6 grudnia 2013

Kto pyta- nie błądzi

Rozstąpiło się niebo, chóry anielskie się rozśpiewały, słońce na chwile błysnęło!
A było to pod rzedszkolem Hani. Antoś rozjerzał się, pokręcił głową i orzekł, że nie ma. Ale czego nie ma ???
Tuf tuf.
Aha, no tak, nie ma traktorów i koparki( parking przed przedszkolem Hani był w ostatnim czasie uciążliwie remontowany).
No tak Antosiu , nie ma, chodź, bo Hania czeka.
Antoś jeszcze raz się rozjerzał, poklepał dwa razy prawą dłonią o lewą( gest " dlaczego") i spytał
" a temu???".
Eeeeee nie, no, jak? Niemożliwe!
Więc udaję glupią, że nic nie kumam, nic nie rozumiem i w ogóle nielotna jestem.
" temu nie ma tuf tuf???".

Osz  ja gwiżdżę!!!!

Antosiu, bo droga już jest skończona i koparki i traktory już nie są potrzbne.
" acha" i poszedł po Hanię na schody przedszkola.

A ja kuśtykałam za nim w niemym zachwycie....

" co to?"  było już z nami od dawna . " kto to?" Pojawiło się niedawno, może z miesiąc temu. Gestem pyta " gdzie?". A dziś doszło " czemu?"

Mój syn zadaje pytania!!! On pyta! Naprawdę!!!
I znowu dostałam przepiękny prezent na Mikołaja..., to już chyba taka nasza tradycja(

czwartek, 5 grudnia 2013

Dzień jak z bajki

A na 10.30 w kalendarzu jak byk zapisana była wizyta u dentysty. Oj, ciężki temat....Rok nie byliśmy z Antkiem u dentysty, ja się bałam po ostatniej wizycie...A i Antek te jedne drzwi w Fundacji omijał szerokim łukiem. No ale mus to mus. Kontrola uzębienia rzecz ważna.
Temat został solidnie przepracowany, wyjaśnione na piktosach, potrenowane na lalkach Hani, otwieranie paszczy na akord wytrenowane...
A i tak miałam kluchę w gardle jak wchodziliśmy.
Kompletnie nie potrzebnie!!!
Wizyta trwała 5 minut, uśmiech z twarzy Antulka nie znikał, w sekundę zęby pokazał jak najlepszy koń na targu...
Zęby zalakierowane, uzębienie pani doktor sprawdzone ( bo i chciał zostać doktorem). Dostał foczkę w nagrodę, to furrorę zrobiła taką , że auto z oczami porzucił (!!!). I pochwała, za najzdrowsze ząbki jakie pani doktor widziała wśród trzylatków (hm....11 szczoteczek miesięcznie, kilkadziesiąt myć na dobę to muszą być zdrowe!!!).
A potem, z tymi piktosami w łapce, i ciągle ząbki pokazując zażądał odwiedzin u Tatki w pracy. To poszliśmy, za rączkę, po schodach, uśmiechnięci. Minęliśmy Pepco z wystawą autek, matce się nogi ugięły, ale spokojnie dało się wytłumaczyć, że nie wchodzimy bo przecież Mikołaj przyniesie auto. U Taty cały w pąsach relacjonował zębową przygodę a potem pięknie się pożegnał i poszliśmy...

Nikt tak dziecku nie dokopie jak własna matka. Bo matka stwierdziła, że skoro syn ma " dobry dzień" a do terapii SI ( w tej samej Fundacji) mamy jeszcze 2 godziny to śmigamy do fryzjera. No wiecie...fryzjer to jest dla Antka porównywalne z dentystą doświadczenie. I to tak z partyzanta, bez planu aktywności , bez przygotowywania. Ot, spontan.

Z auta zapomnieliśmy autka. Matka struchlała. Ale wytłumaczyła synkowi , że wrócimy po auto PO fryzjerze. To idziemy dalej, murek , kwiatek , zamarznięta kałuża. Spokojnie sobie synek ogląda , pokazuje , zagaduje. Przed fryzjerem przystanął, przyjrzał się  i powiedział " TO TU"...No tu , synku, tu nasz "fryzjer dla opornych". 15 minut! Tyle trwało strzyżenie, a zarost był dorodny. Fakt faktem, panie są tam mega sprawne i mają cudowne podejście. I tak pani dokonywała postrzyżyn, a Antek układał sobie budowle z kolorowych wałków do trwałej:)To już drugie strzyżenie bez ogłupiającego mini-telewizorka z bajką, w którą Antek wpatrywał się jak gekon w muchę. A pierwsze bez ani jednego sprzeciwu!!!

Potem pojechaliśmy po nakrętki. Dla mnie wyjątkowa chwila, bo do Liceum matka kiedyś pracowała. Matka belfrem nie jest już od lat, ale kiedyś przy wypakowywaniu nakrętek na podwórku matki chrzestnej matkę upatrzyła p. Kasia Leks, polonistka i w czasach kiedy matka belfrowała. I od słowa , do słowa zaproponowała, że pokombinuje co da się zrobić w Liceum. I co pokombinowała?Któregoś dnia zainteresowało mnie skąd tyle wejść na bloga ze stronki Liceum. Szybko się okazało skąd:


Bardzo dziękujemy I PLO im. M. Kopernika w Opolu  za dołączenie do Drużyny Szlachetnej Nakrętki i p. Kasi Leks za tyle okazanego serca.
A jak było dziś w szkole?
Haaaaaa, podjechaliśmy po " trochę' nakrętek a zobaczyliśmy z Antkiem pół piwnicy. Boska Clio załadowana po każdy centymetr a i tak mnóstwo zostało do odebrania. Ale...najlepszy był Antoś w szkole. Wszedł bo biblioteki, pięknie się przywitał i wyściskał z p. Kasią, pomachał do dawnej wychowawczyni Antosiowego Taty i grzecznie czekał. Tylko jak zobaczyła na komputerze jednej dziewczyny " kucyka" to od razu wołał " niania, niania" i głaskał się po brzuchu( że lubi). Zszedł z nami do piwnicy, chwycił jeden worek i dzielnie taszczył. Pomógł wrzucać do bagażnika i pożegnał się z p. Kasią. Anioł- nie dziecko!!!!

Na terapii SI miodzio, poezja, nawet udało się Pani Gosi wytłumaczyć Antkowi, że nie wolno skalpować schodzącego paznokcia.

A popołudniu matka jak przygrzmociła nogą w skrzynkę ze słoikami to się mało z bólu nie posikała. Zwinęła się matka w kłębuszek i soczyście, acz cichuteńko klęła pod nosem. Hania podeszła, popatrzyła na pozwijaną matkę i zapytała czy dam jej pić (...).

Ojciec jak zobaczył matkę kontuzjowaną to tylko pytał czy będzie gips. Nie będzie, bo pęknięty paluszek- nie gipsują. Eeeee, to jak nie zagipsują to nic ci nie będzie....

Hanka ponownie wyraziła swoją troskę poprzez natychmiastowe żądanie omleta na kolację oraz nowy sezon kucyków...

A Antoś podszedł, schylił się, łepek przekrzywił...popatrzył i zaczął dmuchać na nogę.
Ten jeden jedyny członek familii. Ten z autyzmem. I podobno zablokowaną empatią z automatu...

Bajka, bajeczka, bajkowo. No sielanka cudna....Mimo spuchniętego palucha, to był wyjątkowy dzień.

niedziela, 1 grudnia 2013

Europejski Tydzień Autyzmu

Już jutro zaczyna się Europejski Tydzień Autyzmu. Tym razem nie zapalamy lampek na niebiesko, nie puszczamy niebieskich baloników. Edukujemy. Informujemy na czym polega istota autyzmu. Ile( wcale niewiele) trzeba by osoby z autyzmem mogły całkiem dobrze funkcjonować w społeczeństwie. Zwłaszcza teraz, w dobie " leczenia autyzmu" taka akcja informacyjna jest arcyważna. 

W ramach protestu przeciwko Wiecie Czemu powstała fajna inicjatywa plakatów. Zapoczątkowała ją Grażyna Ulman, a rozszerzyła akcję Joasia Ławicka z Prodeste. Na fanpagu PRODESTE możecie zobaczyć wszystkie , unikatowe plakaty, każdy o zupełnie innym dziecku. Po co?

Prezentujemy kilka plakatów prezentujących różne sytuacje osób z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Część historii opiera się na faktach, część powstało jako prezentacja możliwości i potencjału tkwiącego w człowieku. Autyzmu nie można wyleczyć. Z autyzmem można żyć szczęśliwie. 

Plakaty nie przedstawiają "diagnostycznych" objawów autyzmu, nie służą do autodiagnozy. Wręcz przeciwnie - pokazują, jak wiele łączy osoby z autyzmem z ich otoczeniem. Są antidotum na myślenie o "wyleczeniu z autyzmu". Można realizować się w życiu, można być bardzo podobnym do sąsiada i mieć autyzm. Czasem taki, którego nie widać "gołym okiem". Ale to nie oznacza, że jest się z autyzmu wyleczonym. 

W opisach plakatów użyliśmy świadomie słowa "autyzm" nie różnicując, czy mamy do czynienia z autyzmem dziecięcym, Zespołem Aspergera, czy innymi klinicznymi zaburzeniami ze spektrum autyzmu. To naprawdę bez znaczenia - wszystkie osoby z całościowymi zaburzeniami rozwoju borykają się z tymi samymi trudnościami wynikającymi z innego wzorca rozwoju komunikacji, percepcji i relacji z otoczeniem." ( Fundacja Prodeste).


Pokazałam kilka plakatów przyjaciołom. Stwierdzili, że na nich znajduje się zupełnie normalny " typ' i gdyby nie podpisu dołu " mam autyzm" , nigdy by tego nie pomyśleli. Ano właśnie. Przy minimum dobrej woli, poszanowania i zrozumienia osoby z autyzmem mogą świetnie funkcjonować w grupach i być szczęśliwe.

Z wiadomych względów trzy plakaty są dla mnie najważniejsze:

Antulek dwa lata temu...


Antulek dziś


Czepiaczek


Bo na nich odnalazłam moje dzieci. Ale równie dobrze mogą to być inne dzieciaczki,a jeśli zasłonić podpis na dole i te neurotypowe.  Autyzm, to wcale nie diabelski ogon , rogi, szalone spojrzenie i dzika furia. Autyzm naprawdę bywa niezauważalny. 


Druga fajna inicjatywa to prezentacja Bogdana Krzemińskiego. Bogdan zebrał zdjęcia JiMowych dzieci i za pomocą prezentacji pokazał , że autyzm nie jest synonimem tragedii i płaczu. Jestem bardzo szczęśliwa, że Antulek i Czepiak mogą również swoimi uśmiechami pokazywać, że autyzm to nie jest koniec świata. 
JiMowe dzieciaczki ( niektóre już całkiem dojrzałe) możecie zobaczyć tutaj: Dzieci JiMowe.


I trzecia inicjatywa. Wcale nie nowa, ale jakże ważna! Wznawiamy akcję " Miejsce Przyjazne Osobie z autyzmem"!. Dlaczego?

Niech odpowie Ania, mama K. : 
  • cześć Gosia.Musze ci podziękować za pomoc - namiar na fryzjera na rondzie był w 100% trafiony.Dzisiaj po kilku "podchodach" udało się bez najmniejszych problemów obciąć K. włosy.Panie fryzjerki są rewelacyjne, mają świetne podejście do dzieci.Oczywiście będziemy tam chodzić, K. stwierdził że to jest już "jego fryzjer" Dzięki jeszcze raz.Pozdrawiam"


No więc własnie dlatego!!!Osoby z autyzmem potrzebują tylko( albo AŻ) minimum wiedzy o autyzmie, ciut wrażliwości i elastyczności i dwie krople zrozumienia. To wcale nie jest tak dużo, a jednak bez tych elementów osobom z autyzmem bardzo trudno jest funkcjonować w przestrzeni publicznej. Od zwykłej wizyty u fryzjera( która zaręczam, wcale łatwa nie jest) po zakupy w sklepie. Dlatego takie ważne jest, że już niedługo Gazeta Wyborcza opublikuje ciekawy artykuł o " Miejscu". Bo bardzo potrzebujemy kolejnych lokali, sklepów, bibliotek w których nasze dzieciaki będą mogły swobodnie zmierzać się ze swoimi ograniczeniami i uczyć się samodzielności. A dorosłe osoby z autyzmem będą po prostu czuły się komfortowo. Dlatego zachęcamy do zgłaszania się do plebiscytu  i to czytania O akcji

Się toczy:)

A od poniedziałku , jak to mawia moja koleżanka bawiąca niemowlę ' kupki, zupki, dupki"- czyli zwykła codzienność. Zwykła? A Antosiem i Czepiakiem nic nigdy nie jest zwykłe!

Taki jestem przedszkolaczek!!! Pierwsza sesja z fotografem w przedszkolu zaliczona! Model Antoni może liczyć na kolejny kontrakt:)




Po  pierwsze to śnieg. Taki sobie zwykły śnieg spadł w poniedziałek. Jak to w Opolu długo nie poleżał , ale ta chwila wystarczyła by Antośka wbić w niemy zachwyt. I by się chłopina zmobilizował i w tym zachwycie powiedział " sneeee, sneeee".Pisałam już o tym na fejsie... Właśnie, kto pragnie regularnej porcji przygód Antosia tego zapraszam na Bajki sp ZOO, gdzie jak na matkę przystało względnie na bieżąco umieszcza newsy z życia ZOO.
No więc ze śniegiem mamy problem. Rzekłabym, że nawet poważny, a nawet egzystencjonalny. I taki światopoglądowy! Bo mały cwaniaczek jak tylko zobaczył śnieg zaczął się domagać Mikołaja!!!! Mea culpa! Sama sobie bicz ukręciłam tłumacząc Antulkowi, że Mikołaj przyniesie prezenty jak będzie śnieg. Na szybko w aucie tłumaczyłam Antosiowi za pomocą rysunków, że jednak musi być dużo śniegu żeby był Mikołaj i  że jeszcze 14 dni. Łyknął, policzył jak umiał na paluszkach i łyknął wersję wydarzeń. A matka ma w głowie wielką PANIKĘ!!! Bo śnieg w Opolu bywa, rzadko i na chwilę. Więc...czy ktoś z Pań lub Panów może nam pożyczyć agregat śnieżny na 6 grudnia????Tu się o wiarę w Mikołaja toczy sprawa!!!!!

A jak już odskrobaliśmy auto pojechaliśmy do naszej p. Ani, logopedki. I mimo, że to co tygodniowy rytuał było wyjątkowo. Bo oto nagle, pod niemal roku terapii z p. Anią, a praktycznie dwóch w sumie terapii logopedycznej Antek dorósł. Dorósł do prawdziwej terapii logopedycznej. Dopiero teraz jest gotowy na powtarzanie sylab,układanie buźki w odpowiedni sposób, na lustro logopedyczne, na gimnastyki buzi i języka. Za co jesteśmy bardzo wdzięczni naszej Pani ani niezmordowanej, bo przez rok stawała na rzęsach i osiągała Kilimandżaro kreatywności by treści logopedyczne w zabawie " w garaż " i " w dom" przemycić. Dla mnie niewiarygodne. Naprawdę nie sądziłam, że tak szybko uda nam się dojść do poziomu w którym Antoś chętnie będzie próbował powtarzać sylaby i budować słowa. Zwłaszcza, że przyprowadziłam przecież rok temu p. Ani dziecko z traumą logopedyczną, które jak widziało lub słyszało zwierzątka to było gotowe rozwalić sobie głowę o kaloryfer by tylko nie wałkować zwierzątek.
i jeszcze jedna nauczka dla nas. Niby to wiemy, ale takie sytuacje nam przypominają, że klucz do Antosia nie jest szablonowy, w pełni przewidywalny i od wzorca. Antoś rogatą ma duszę, sporo też różnych doświadczeń mimo młodego wieku i metody postępowania z Antkiem muszą być skrojone na miarę, dopasowane konkretnie do niego. Szablonik nie działa, wręcz przynosi straty.

We wtorek pognaliśmy do Prodeste na muzykoterapię. Matka miała żołądek pozwijany na supełek , bo była pewna że znowu będą protesty. Bo Antek, mimo, że ostatnio polubił muzykę i instrumenty to jednak muzykoterapii nie polubił. Nawet Pani Oli nadał pseudonim roboczy " Ola bleeee". Nie, nie tak w ogóle. Bo w ogóle to Antek p. Olę lubi, czysto towarzysko i w oderwaniu od szarej podłogi Prodeste nawet się z nią bawi i rechocze ze śmiechu. Ale " Ola bleee" i instrumenty to zło. Do zeszłego tygodnia, bo jak tylko wparował i zobaczył " Ola bleee" to zapomniał że ma mamę i siostrę i od razu zaczął się bawić na zajęciach. A my z Hanią  w sali obok odkryliśmy Aspika Jaśka z rodzinką i dzieciaki zaczęły wspólnie szaleć. W czym dużą zasługę miała Panna Czepiak, bo jakoś przed jej wkroczeniem towarzystwo Siutków było grzeczniutkie i spokojne a po....biegało w kółko i dziko się śmiało szerząc niemały zamęt w Prodeste. No i echo radar Antosia wyłapał te radosne dźwięki, pod pretekstem toalety zwiał z sali i jak zobaczył rozbrykane towarzystwo i jeszcze Angry Birdsy w użyciu to już " Ola bleee" mogła zapomnieć o ponownym zagonieniu do instrumentów. Na szczęście była to już końcówka zajęć i tak rebelia została zaakceptowana. Młodzieży rozsadzała śmiechem Pordeste jeszcze z dobre pół godziny a p. Ewa i Martyna- wolontariuszki pełniące pieczę na Siutkami zostały w pełni oblezione przez Czepiaka.

Patrzyłam jak ta żywa czwóreczka biega, szaleje, cieszy się sobą i nie mogłam się nadziwić. Na 4 dzieci w sali wszystkie mają mniej lub bardziej skopane relacje społeczne. No bo takie zaburzenie. A ja widziała 4 szczęśliwych, rozochoconych dzieciaków w niemałej różnicy wieku (3,4,5,8 lat)...które bawią się razem!!!
Ja wiem, że to tylko urywki, chwile takie...po 10 minutach towarzystwo rozlazło się w podgrupy i dziewczyny dalej szalały, zaś chłopcy ujawnili swoje pasje indywidualnie. Jaśko czytał książkę na sławetnej prodestańskiej kanapie a Antek wydzierał się do p. Martyny że to jego Angry Birds. " Mojeeeeeeeeeeee"....
Ale te chwile są fajne, naprawdę. I pokazują , że nasze dzieciaki naprawdę wiele potrafią.

Środa to kolejne zdziwienie. Wpadamy na terapię SI. Biorę się za rozbieranie Antka do zajęć. Mały patrzy na kolegę obok, który przebierał się w strój gimnastyczny....patrzy, patrzy i pyta " A ja?". Zatkało mnie. Pani Gosia zagoniła Antka do zajęć, ja wyszłam przed salę i ciężko sapałam. Cholera jasna! On ma rację!!!
Jakim cudem umknęło mi, że Antoś już nie jest dzisiusiem który w pieluszce ćwiczy nieporadnie na rękach rehabilitantki????? Z jednej strony cały czas pracujemy nad usamodzielnieniem Antka a z drugiej traktujemy go ciągle jak to samo dziecko które przyprowadziłam dwa lata temu pierwszy raz na zajęcia. Ato już trzylatek, przedszkolak, bez pieluchy, bez wózka, bez butelki. Nie wypada mu ćwiczyć w majteczkach. Pora na strój gimnastyczny. To był taki cios w głowę, jaki Antek już jest duży, potrzebny cios.Pora przestawić w głowie moje myślenie o Antku. Zarchiwizować obraz 13 miesięcznego dzidziusia na terapii. Zaktualizować dane. I wyciągnąć krótkie spodenki i koszulkę. To już przedszkolaczek!!!!!

Czwartek to Prodeste. A Prodeste to Prodeste. Godzina ładowania akumulatorów. Tu też zmiana. W tym tygodniu mieliśmy przekazanie nowej sekwencji do ćwiczeń w domu i w przedszkolu. I to są te jedne jedyne zajęcia w miesiącu których Antek nie lubi. A raczej ni lubił dotąd. Bo teraz rozpłaszczył się na podłodze i gestem arcyksięciunia podawał kończyny do masażu, grzeczny jak anioł!!!!
To zasługa Gosi i Marleny. To one odczarowały sekwencje robiąc je w przedszkolu.  Ja, głupia, od początku wprowadziłam sekwencje jako codzienny obowiązek, mus. A Antek to duch przekory, nie toleruje żadnego bata nad sobą. Więc sekwencje stymulacyjne nie raz i nie dwa razy odbywały się na zasadzie " siła razy gwałt" i masujemy tę kończynę którą uda nam się złapać. A Gosia i Marlena pokazały Antkowi , że to jest zabawa, że jest przyjemna i Antek dziś sam doprasza się masowania. Nie tylko w przedszkolu, w domu też. Zupełnie inaczej się pracuje bez wrzasków. I Antoś jest spokojniejszy i ja mniej znerwicowana. Takie cuda wyprawiają z nami nasze wolontariuszki kochane!!!

Pani Monika przebąknęła delikatnie , że to już rok prawie Antek z nią pracuje, że za jakiś czas pora na zmianę. Krew mi odpłynęła z wszystkich kończyn. Nie!!!! Nie zgadzam się!!! Może Antek jakoś przyszłą zmianę zaakceptuje. Ja nie!
Ja potrzebuję balkonu prodestańskiego zakraplanego moimi łzami ( o mateńko , ile razy ja się tam spłakałam ja bóbr). Ja potrzebuję cierpliwego tłumaczenia każdej strony medalu przez p. Monikę. Ja nie dam rady z kolejną zmianą , dużo ich przecież było wcześniej. Ja, żeby móc pomóc Antkowi i Hani muszę wszystko rozumieć, każdy punkcik, muszę mieć wytłumaczone jak chłop krowie na rowie. Ja wiem, że jestem trudny rodzic, absorbujący, wiecznie pytający. Ale ja sobie na razie nie dam rady bez wsparcia p. Moniki. Mowy nie ma!!!! Nie godzę się i już. A ponadto mam dodatkową kartę przetargową:)
Kto Antulka migowego zaczął uczyć migowego? Kto z nim miga? Kto nas mobilizuje ciągle do nowych gestów i dokładniejszego układania ręki? Kto nas na korytarzu odpytuje z gestów? I co? I teraz Antek się rozgada w migowym , będzie budował zdania wielokrotnie złożone . I co? I koniec? No przecież tak się nie da!!!! No jak?!!! Pani Moniko!!!!
Proszę mnie tu wakacjami nie straszyć , bo wbrew własnej naturze będę stała pod blokiem i śnieg zaklinała. Bo mam teraz podwójną motywację!!!1 Jestem za wiecznym zlodowaceniem!!!!!

Czwartek to był tez dzień rur. A w zasadzie w czwartek rury się zaczęły i trwają nadal. Bo w czwartek raniutko antek obejrzał któryś tam z kolei odcinek ukochanego " Ciekawskiego Georga", tym razem o powodzi w mieszkaniu i hydrauliku. No i Antek generalizować próbuje ( a właśnie Pani Moniko, śmiem dyskretnie zauważyć, że pojęcie generalizacji to ja wreszcie załapała tylko dzięki Pani, więc proszę mi szansy na dalszy rozwój nie odbierać). Chodzi, rozgląda się i rury pokazuje opowiadając po kolei , że małpka, że pan i że naprawić trzeba. I pokazuje jak kluczem francuskim trzeba dokręcać. I Antek śledzi drogę wody. Od zaworu do kranu. Z tej fascynacji migusiem gest " woda " opanował. I pokazuje, że " pan" jest fajny, i bawi się w hydraulika. Tylko czekać aż zaleje dom jak Ciekawski George:)


W piątek Przedszkolaczek bawił się z przedszkolu z Panią Nutką. Pani Nutka to takie wielkie i kolorowe ptaszysko, którym zarządza pani Ewa, muzykoterapeutka i arteterapeutka grupy Antosia w przedszkolu. To one wespół przekonały już jakiś czas temu Antosia , że muzyka wcale ni musi boleć a tańczenie jest fajne. Z p. Ewą miałam urocze spotkanie. Siedzę kiedyś u Pani dyrektor przedszkola, rozmawiamy o subwencji i innych śmiertelnie poważnych kwestiach gdy nagle drzwi sie z impetem otwierają i wpada mała kobieta z wielką torbą. I w takim wielkim podescytowaniu nawija do pani dyrektor " nie uwierzysz, mały autysta mi się rozpłynął!!!Normalnie się rozpłynął!!! Położył mi się na kolanach, Pani Nutka go masowała a on pomrukiwał w zadowoleniu i prawie zasnął z uśmiechem na twarzy. Ale odjazd!!!!!".
Pani dyrektor ma konsternację na twarzy, ja próbuję namierzyć moją szczękę na podłodze. Pani dyrektor wstaje i wskazuje ręką na mnie " To jest właśnie mama Antosia...". Pani Ewa zamiera na chwilę...
Ja wstaję " Malgorzata Dziew...Cholera, jak Pani to zrobiła"- wyrwało mi się, ale szok był ogromny więc nie skontrolowałam moich odruchów nietaktu. Pani Ewa wybuchnęła gromkim śmiechem i wyciągnęła z z torby Panią Nutkę. Najbardziej jaskrawą papugę jaką kiedykolwiek widziałam. Tym bardziej patrzyłam się zdumiona na rękę Pani Ewy i zachodziła w łeb jakim cudem Antek czegoś tak krzykliwego się nie wystraszył i jeszcze dał sie dotknąć???!!! To pacynka- powiedziała Pani Ewa...
Pacynka!!!
Wszystko jasne!!!
Od pół roku Antek przeżywa dziką fascynację pacynkami a ja biegam po lumpeksach i co rusz dokupuję asortyment. Bawimy się więc już w rybkę, myszkę, kaczkę, lwa, lekarza, krowę żabkę....
Tak, kolorowa papuga na pewno zrobiła wrażenie i tak Pani Ewa kupiła sobie Antka i powoli oswajała go z dźwiękami.
Cóż...najdziwniejszy pomysł bywa najskuteczniejszym jeśli chodzi o Antka.
Więc w piątek Antek romansował z Panią Nutką a po przedszkolu mi o tym opowiedział. To jest dopiero magia. Dziecko - jakby nie było formalnie nie mówiące- opowiada mi co fajnego robiło w przedszkolu, gdy chwilę później złotousta Panna Hanna, dziewczynka mająca taki zasób słów że nawet ja się dziwię( a milczkiem nie jestem) odpowiada jak codziennie od trzech lat , że w przedszkolu było fajnie i mam już jej dać spokój z tym pytaniem....
Hm.....No można i tak...

A po przedszkolu pojechaliśmy do Jaśka i Moni w odwiedziny. Jako, że matce się pierwotnie wszystko z tą telewizją pokiełbasiło i oczywiście najpierw zaklepała opiekę u dzieci nie na ten piątek co trzeba u mamy Jasia i Moni...
Słowo się rzekło, dzieci czekały ( niezależnie od pokićkanego kalendarza matki) i wizyta odbyć się musiała.
I znów się matka zdziwiła. To, że Antek od kilku tygodni jest Pierwszym Kontruktorem Rzeczypospilitej to matka wiedziała. W końcu trzęsie się na sam widok znaczka LEGO DUPLO. Z tegoż powodu list do świętego Mikołaja został wzbogacony o niezbędny, klockowy element, a babcie postanowiły ulżyć trochę biednemu Mikołajowi i wysznupać na allegro zestawik dla młodego( swoją drogą to skandal żeby kawałki plastiku kosztowały tule co dwie wsie i młyn!!!!!!!!!).
Ale że Antek dorwawszy się do niemałych zapasów klockowych Jaśka spędzi trzy godziny w spokoju i opanowaniu w obcym domu na zabawie to bym nie uwierzyła , jakbym nie zobaczyła!!!! Składał, układał, jeździł, karmił plastikowe zwierzątka , zapraszał Monię i Jaśka do zabawy....
No bajka!!!!!
Matka postanowiła sprzedać nerkę i wysznupać na allegro jakieś używane zestawy dla młodego konstruktora( bo używane to kosztują tylko jedną wieś i pół młyna).  i kuc żelazo póki gorące. Póki zabawa tematyczna klockami trwa!!!!!!

I taki to tydzień nam minął. Zwykły, prawda?



Telewizyjna relacja!

No i tak to z matką jest. Jak się matka nie weźmie w karby i mimo zmęczenia nie zmobilizuje od razu to potem w ciągu tygodnia, pełniąc zaszczytną funkcję szofera matka słowa nie skrobnie. Przepraszam.
Jak matka wyjechała do Warszawy w piątek o 5 rano tak matka z Warszawy wróciła w sobotę o 5.
I w niedzielę odsypiała. A od poniedziałku od 8 logopeda , przedszkole, SI etc, etc, etc.

A należy Wam się relacja z Warszawy. Jak pamiętacie matka pojechała do Polsatu z dwoma zadaniami. I to drugie udało się matce całkiem nieźle zrealizować. Bo TV Polsat wystosował już zapytanie do Pani Radomskiej czy weźmie udział w dyskusji z fachowcem. Wprawdzie odpowiedź jeszcze nie napłynęła( i jak mniemam nie napłynie) ale telewizja jest zainteresowana podjęciem tematyki autyzmu w oparciu o kluczowe słowo- zaburzenie. Profesor Gałkowski z którym ucięłam sobie ponad godzinną rozmowę na temat autyzmu również obiecał poruszenie kwestii alternatywnych metod " leczenia" autyzmu, co biorąc pod uwagę dorobek Pana prof. w KTA oraz sejmowej komisji do spraw autyzmu może mieć duże znaczenie. Zresztą profesor starał się i w trakcie nagrania przestrzec rodziców przed pochopnym zaufaniem niesprawdzonym metodom za co jestem mu ogromnie wdzięczna.

A teraz o samym nagraniu...Przybyłam na miejsce nagrania wymęczona( od 5 rano w drodze a była godzina 16) i mokra jak szczur od deszczu- bo kto by na taką daleką wyprawę brał dodatkowy balast w postaci parasola?:)
Jak mnie zobaczyła pani charakteryzatorka to jej ręce opadły, 25 minut tapetowała mi facjatę usiłując doprowadzić mnie do stanu względnego człowieczeństwa i co rusz pod nosem szeptała " tych cieni pod oczami nie da się zakryć". Gdy wpadła realizatorka programu , p. Monika od razu poczułyśmy do siebie bio-łącze! Fantastyczna kobieta o ogromnym sercu i wulkan energii. Panowie kamerzyści rozkładali ten swój super poważny sprzęt a my trajkotałyśmy jak przekupki na bazarze i od razu zapowiedziałyśmy że zaraz po nagraniu koniecznie wspólna kawa!
A potem przyjechał Pan Piotr Pawłowski i zrobiło się poważnie. Konwencja programu jest taka, że goście programu siedzą na wózkach inwalidzkich. I powiem Wam szczerze, że czułam się bardzo nieswojo. Nigdy nie miałam żadnego problemu z zachowaniem wobec osób które spotkałam na wózku, nie przypominam sobie bym strzeliła jakiś nietakt( choć tego to akurat nigdy nie można być pewnym). A jednak siedząc na tym wózku czułam że to nie moje miejsce. Nawet nie wiem z czego to wynikało...Bo nie chodzi o to, żebym miała jakieś problemy z okazaniem solidarności osobom niepełnosprawnym. No skąd! Sama siebie uważam za reprezentanta niepełnosprawnej rodziny. Ale właśnie...nie wydaje mi się bym siedząc na wózku mogła wejść " w skórę"osoby niesprawnej ruchowo.
Ale gdy już usadowiłam się na tym wózku to nagle osaczył mnie pan z mikroportem i zrobiło się wesoło. Najpierw zostałam zbesztana jaką to ja bluzkę założyłam, takiej się do telewizji nie zakłada!!! Totalna konsternacja...
Musiałam mieć niezłą minę bo cała ekipa nagle wybuchnęła śmiechem i wytłumaczyła mi, że teraz to mnie striptiz czeka żeby podpiąć mikroport. No to już chyba w ogóle wyglądałam jak dziecko które się zaraz rozpłacze bo pan podszedł, pogłaskał po główce i powiedział : " A teraz sobie dzieciątko wsadzi ten kabelek pod bluzkę bo mnie nie wypada". Hehehe, trzydziestoletnie dzieciątko  z nadwagą:)

A potem zaczęliśmy już rozmawiać i kabelkowe nerwy puściły. No...nie spodziewałam się, że przyjdzie mi bronić blogów, że pan profesor będzie je traktował jako narzędzie szatana. To sprawiło , że cała rozmowa poszła nie w tym kierunku w którym chciałam by poszła. nie wiem co zmontuje Pan Montażysta. Nie wiem też do końca  co mówiłam. Pamiętam tylko, że podkreślałam jak ważne dla nas jest wsparcie czytających naszego bloga, ile dla mnie znaczą więzi zawarte w ramach blogosfery, jacy jesteśmy sobie bliscy z innymi rodzicami , z niektórymi czytającymi z którymi poznaliśmy się naprawdę. I z tymi dziećmi, bo mamy ich już kilka których rodzice trafili na naszego bloga gdy byli zaniepokojeni a dziś są rodzicami dzieci z autyzmem. To też trochę nasze dzieci, są nam bliskie i z uwagą śledzimy ich postępy. W pewnym momencie Pan Piotr zapytał mnie ilu mamy hejterów. A mnie zatkało. Podobno blog który nie ma hejterów nie jest popularny. Uświadomiłam sobie, że przez ten ponad rok nie spotkaliśmy się z ani jednym objawem niechęci czy nienawiści wobec Antosia. Widać nie jesteśmy popularni:) Ale tak naprawdę to myślę sobie, że to akurat zasługa Antosia, jego uroku, szelmowskiego spojrzenia i przygód bez liku naszego ZOO. Chyba to sprawia, że wchodzi tu specyficzna grupa odbiorców. Dobrzy ludzie. Dziękujemy:)
Oczywiście na koniec palnęłam gafę. No bo jakże by matka mogła tak godzinę gadać bez gafy?
Bo podziękowałam Gosi i Marlenie za opiekę nad Bąblami w czasie nagrania. Bo i było za co dziękować, dziewczyny z dobrego serca wykazały się ogromną odwagą. Gosia odebrała Hanię z przedszkola i całą drogę do domu biegała z Czepiakiem. A wiecie, Czepiak w biegach wyniki ma olimpijskie. Marlena zgarnęła Antulka z przedszkola i dostarczyła autobusem do domu. Rozumiecie? Autobusem!!!! niby prościutkie?
Aha, po pierwsze Marlena nie jest rodowitą Opolanką i nie do końca wiedziała z którego przystanku należy wyruszyć i na którym wysiąść. Po drugie Antoni wolnobieżny to mały struś pędziwiatr. A Antoni i [pojazdy mechaniczne ( autobus!!!!) to już w ogóle żywioł. Z relacji telefonicznej wynikało , że Marlena użyła wszystkich swoich pokładów cierpliwości i kreatywności żeby wytłumaczyć Antosiowi , że nie mogą wsiadać do każdego autobusu który nadjeżdża, że muszą czekać na ten z cyferką 3. Marlena nie tylko wytłumaczyła, przeżyła, dowiozła do domu dziecię w stanie nienaruszonym i nie uszkodzonym ale też tak wpłynęła pozytywnie na Antośka, że ilekroć widzi teraz przejeżdżające autobusy pokazuje znak " czerwony" ( to tajemny kryptonim Marleny) i gest jeszcze. Najdzielniejsze z dzielnych dziewczyn na świecie są nasze wolontariuszki!!!!!
To gdzie ta gafa?
Ano własnie...po nagraniu, i po kawie z Moniką dzwonię do domu jak tam sytuacja na froncie, bo wiedziałam , że Tatko już przejął wartę. No i słyszę że wszystko bardzo dobrze, Gosia i Pan Piotr do zadań specjalnych już poszli a dzieci się kąpią. Że co???????????/ Pan Piotr????????No więc właśnie, tu składam publiczne przeprosiny, że Człowiekowi do zadań specjalnych nie podziękowałam za opiekę nad maluchami. Li tylko dlatego, że nawet nie przypuszczałam , że z własnej woli i chęci pomocy dziewczynom po prostu przyjdzie!!!!
Wyobrażacie sobie? Ktoś poświęca wolny piątek, żeby siedzieć z dwójką rozbrykanych maluchów bo matce zachciało się szlajać po stolycy!!!!Magia!!!

O 22.50 wsiadłam w pociąg wymęczona zupełnie ale szczęśliwa. To był dobry dzień. Wiele rzeczy się udało. Poznałam fantastycznych ludzi ( o panu od Żaby następnym razem) a i parę ludzi poznało Antośka. Upewniłam się, że otaczają nas mądrzy, dobrzy i wrażliwi ludzie dla których nasze dzieci są ważne. To jest dopiero kapitał na życie!!!!

W sobotę o 5.30 wsiadłam w boską Clio, która jakimś cudem stała pod dworcem na niezablokowanych kołach. Bo oczywiście zaspałam na pociąg do Warszawy, oczywiście w popłochu dojechałam do dworca i oczywiście pod groźbą kary zostawiłam auto " byle gdzie" by tylko zdążyć na pociąg. Znowu miałam szczęście, strażnicy miejscy nie zainteresowali się boską, choć zwykle pod dworcem mandaty się sypią na potęgę.
Więc w sobotę dojechałam do domu. Weszłam, maluchy już nie spały (a jakże!) i powitały mnie najgłośniejszym " Mammmmmmooooo!!!!" jakie można usłyszeć. Antek się wtulił mocno a Hania opowiadała co jej się śniło.
Fajnie było w stolycy, fajnie było na 24 godziny się wyrwać i pomyśleć o czymś innym niż koniki, Złomek i soczek. Ale jeszcze fajnie jest wrócić.