czwartek, 14 listopada 2013

Wielka erupcja

Jeszcze nie opadły emocje po wymianie kół w boskiej Clio ( o których to opisywałam na naszej stronie na facebooku- tu). Jeszcze dziś rano Antoś pod przedszkolem oglądał każdą oponę i pokazywał że " pan" i ' zepsute" i " się kręci". Jeszcze w południe w drodze na Si w swoim foteliku majstrował przy oponach zabawkowego motoru i ostro go " naprawiał".
A tu trach...bum...bang. I znowu coś.
Zaczęło się niepozornie. Między przedszkolem a SI mieliśmy godzinę wolnego, zbyt mało by wykonać kurs do domu a Antoś zażądał " jeść". To z duszą na ramieniu weszłam z Antulkiem do pobliskiej pizzerii na frytki.
Antoni rozebrał się , usiadl grzecznie przy stoliku i pokazał gest " czekać". No to czekamy. Podchodzi kelner, więc zamawiam dwa razy frytki i kawę.
" Nieeee, jeszcze " gest czerwony"!!!"
A tak, jedne frytki z keczupem poproszę.
"EEEEEE, i pić, sooooooo"
I jeszcze sok jabłkowy proszę, tylko nie z lodówki.
O to chodziło Antosiu?
" taaaaaaaa!!!!!"
I czekamy.
z 15 minut czekamy.
W międzyczasie pan numer dwa kręci pizze dla kogoś, pan kurier podjeżdża skuterem, pani odbiera telefon. Jak w pizzerii. Antoś wypytuje, co rusz pada " co to" lub już gestem " kto?". To opowiadam, Antoś grzecznie słucha i się przygląda. W pewnym momencie prosi by go posadzić na kontuarze bo chce popatrzeć. No to sadzam. Patrzy na pana robiącego pizzę i komentuje. Ubawił całą ekipę pizzerii, ale zaangażowany jest w proces powstawania pizzy jakby to był nabór do Master Chefa.
Antoś wszystko wie, że trzeba z ciasta zrobić placek, że trzeba go posmarować " czerwonym" , że potrzebny ser ( do głośno dodaje że dułty- pewnie, że żółty), że ta zielona papryka się przyda. Wie, bo przecież bawił się na tablecie w " Pizzerię" i teraz wykorzystuje nabytą wiedzę:)
W końcu podano frytki. Byłam pewna, że teraz to się dopiero zacznie. Zedrze obrus, spadnie keczup, frytki wsmaruje w ścianę a widelec będzie mu spadał ochnaście razy.
Bynajmniej, było tak:

Kolejna zaleta migowego: można mieć pełną paszczękę i gadać!

Elegancik i widelec


Jedz mama a nie foty pstrykaj!!!

Kiedy musieliśmy już iść poprosił tylko o frytki na wynos, pożegnał się ładnie i poszliśmy...
Bez Rejtana w progu, bez nowej dyscypliny olimpijskiej czyli rzutu frytką na odległość. No jak? No kiedy to się tak zmieniło???

Na SI też zgodnie i współpracująco, nawet proponował p. Gosi zabawę w robienie min:)

W domu to już w sumie do wieczora praktycznie nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Ot, jak matka była zła to podszedł do matki, połaskotał ją i poprosił by się usmiechnęła( gest " ty"+ " proszę " + " uśmiechnięty"). No to matka od razu zarechotała jak żaba. To się synek z radości przytulił....
A matka miała gniewną minę bo prócz niezaprzeczalnych radości z obcowania z naszymi aniołeczkami jest też jeden " drobny " szkopuł. Leją się. Strasznie i okrutnie się biją, matka nie nadąża z rozdzielaniem. To już trwa jakiś czas, parę tygodni będzie i matka jak słyszy płacz to nie ma żadnych matczynych odruchów współczucia tylko oczami szuka taśmy klejącej. Bo ryk jest co krok. Zaczęło się od tego, że Antoś nauczył się wyraźnie mówić " moje". Wraz za tą sztuką nastąpiła całkowita nacjonalizacja mienia. Wszelkiego. Teraz wszystko jest Antosia, a gdy się choćby delikatnie zaprzeczy to jest ryk i próba obrony " własności". W przypadku Hani siłą. Bo co jak co, ale " moje" to zawsze w naszym domu była wartość nienaruszalna i Hanka " mojego" też bronić potrafi. Więc się leją z materialistycznych pobódek. Ale też o władzę i priorytety. Pech chciał, że gdy u Antosia wybuchnęło poczucie własności u Hani obudził sie " WÓDZ". Nagle, ni z gruszki ni z pietruszki przypomniała sobie że jest straszą siostrą i zaczęła Antkowi rozkazywać. Żeby mu chociaż tłumaczyła. Nie. Hanna 17 kilo ma, postawę eterycznej blondynki ale zacięcie po mamusi. Więc wydziera się po Antku tak że uszy puchną i rozstawia go po kątach z nakazem " masz mnie słuchać". Pół biedy jak tylko nie słucha, wtedy urażone ego Wodza Hanny rozpacza ale w sumie nic wielkiego się nie dzieje. Gorzej jak nie słucha i sie broni przed autorytarnymi zakusami siostrzyczki. Więc w obronie Antoś Hanię pacnie, ta mu przyłoży więc celniej, więc ten ją w płaczu już ugryzie. Hanka dłużna nie zostanie, też ugryzie i jeszcze opluje. A potem oboje biegną na skargę z płaczem że to drugie wyrządziło pierwszemu przeokropną krzywdę i oczywiście " On zaczął" a w między czasie Antek skanduje z miną mordercy przez szloch " janiaaaaa, janiaaaaa".
Tylko im kisielu nalać na panele i zapasy jak nic. Regularne MMA.
Dobrze, że próby zainteresowania Hani sztukami walki spełzły jednak na niczym, bo jakby jeszcze ona była szkolona....
Więc tak się leją. Tak kilkadziesiąt razy na dobę. I matka ma dość często gniewne oblicze. Które syn humorem próbuje rozładować.
W końcu, chciała matka relacje między rodzeństwem? Marzyła, zachęcała, inicjowała?To matka ma. Zupełnie " normalne " rodzeństwo walczące o zabawkę...
To co się matka wkurza?

Słodka parka?



Czasami tak... ale zwykle walka toczy się zacięta. Tu chwilę później wykorzystano broń masowego rażenia: jajko!


Więc kiedy w końcu udało się waleczną parkę rozdzielić, młodsze wykąpać a starsze zabunkrować w wannie to... Antoś powalił mnie na kolana. Przywlókł kucyki Hani ( Hanka w wannie, to wreszcie mógł dotknąć) i zaproponował matce zabawę. Tak właśnie, pokazał " bawić się". Ale jak?!!!
Ja byłam Pinky Pay a Antoś Apple Jack. Biegaliśmy, skakaliśmy, przeskakiwaliśmy przez płotek z kolana. Chodziliśmy po murku. Apple Jack chyba się zmęczyła bo zaproponowała drzemkę. Kuce położyły się więc do łóżka i chrapały, a jak wstały to sie przywitały, stuknęły kopytkiem i dały sobie buziaka. i poszły coś zjeść. Potem poszły odwiedzić Hanię w wannie i całą zabawę szlag trafił bo jak Hania zobaczyła że kucyki są w obcych rękach to zrobił się dym. Ale....ale...
Scenariusz zabawy od początku do końca w reżyserii Antoniego B:) Przedstawienie trwało z 10 minut co najmniej, może nawet 15...

I to jest gigantyczne COŚ!!! Zalążki tego były już wcześniej, urywki minutowe, najdłużej chyba niedawno zabawa w sklep z koleżanką w przedszkolu. Ale teraz, nagle , w ciągu kilku dni mamy wysyp zabawy w " udawanie". Oczywiście głównie opartej na naśladownictwie, ale to Antek sam proponuje w co się bawić i naśladuje obrazki zobaczone nawet jakiś czas temu w zupełnie innej sytuacji. Jest więc strażakiem, i skrobnął Hani skrzydła motyla, zakłada sobie na plecy i udaje że fruwa. Dużo gotuje, majsterkuje. Bawi się tak z nami , ale i tez sam chwilę, na dywanie. I co ważne, sprawia mu to wielką radochę!!!!

Ileż to miesięcy było " podchodów psa do jeża" by się z nim pobawić tematycznie. Mamy cały asortyment " pudełek tematycznych": ten medyczny, zwierzęcy, kulinarny, budowlany, w mamę i tatę...
Nie powiem , jakieś tam postępy były, ale opornie to szło i trwało chwilkę a potem się nudził. Teraz nie trzeba zaganiać, sam nagania:D
Bawi się realnymi przedmiotami ( mi talerzyki, mini zwierzątka) ale też zupełnie abstrakcyjnymi. Chyba sekwencja edukacyjna w udawanie " czy jest klocek" wreszcie zaczęła przynosić efekty.
To nie są początki zabawy tematycznej. To jest wielka erupcja!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...