sobota, 2 listopada 2013

Nudno?

Zdaję sobie sprawę z tego, że zaczyna być na tym blogu nudnawo. No bo ile można pisać o " ochach" i "achach"? Ile można ekscytować się dniem codziennym?
No tak się jakoś ostatnio przy Antulku składa, że ...nieustannie. Młody dostarcza nam takich dawek endorfin , że praktycznie latamy, a matka wszystkie zęby niebawem starci jak będzie z taką regularnością uderzać szczęką o podłogę. Bo taka sobie sobota, wiem wiem, niby wyjątkowa bo Zaduszki. No ale ze względu na zagilenie 7 stopnia panny Hanny w całości przebimbana w domu w pieleszach. Nic, absolutnie nic co warto było by chociaż zaznaczyć w planie aktywności Antosia. Kompletna nuda...

No co tu pisać, że Antoś wstał, zrobił poranny rozgardiasz a potem stał przed planem i pytał " a gdzie dzieci"???
Co tu pisać, że towarzystwo cały dzień układało klocki i zbudowało RAZEM świetną piramidę Cheopsa?



No...przecież to nudy. Owszem jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy w sekwencjach edukacyjnych przykazane zabawy klockami i szło nam z Antosiem co najmniej opornie, ograniczając się do leniwego złożenia 3-5 klocków i ucieczki ze stanowiska konstrukcyjnego. A dziś matka wertuje całe allegro, bo pilnie, ale to naprawdę bardzo pilnie należy zakupić klocki magnetyczne i takie tematyczne, i gofry , bo dziecko ma kręćka na klocki i jeszcze się przy tym fajnie z Hanulką bawi i kwiczy ze szczęścia na wszystkie pokoje.
Eeeee tam , nuda...

Zupełnie nudne jest też to że matka z dziećmi na blacie zrobiła dwudaniowy obiad i nic się nie stłukło, nie wylało i obiad nawet zjadliwy jest. Żadna przecież rewelacja. I że jak matka kroiła dynię to Antoś kroił plastikowym nożem skandując " ciach, ciach". 

Że matka puściła Misia i Margolcię a syn śpiewał na cały głos " fafafafafafa"? No to chyba normalne, że dzieci śpiewają z rodzicami berbeciowe piosenki, prawda? Przecież prześpiewałyśmy z Hanką wszystkie 5 płyt Misia gdy miała dwa lata i do dzisiaj zdarza nam się podśpiewywać, że " tylko biedronka nie ma ogonka". Toż to infantylna codzienność. A że syn śpiewał, powtarzał sylaby śpiewane i jeszcze bioderkiem w takt zarzucił? No i co z tego, że tydzień temu nie potrafił? A rok temu za puszczenie piosenki w domu rąbnął mi doniczką ze storczykiem w łeb?Tylko krowa nie zmienia poglądów! Swoją drogą , a propos krowy ' muuuuuuuu" jest również bardzo doniosłe.

Że dzieci ukradły dwa koce i ganiały się po całym domu udając duchy i się strasząc wzajemnie meeeega głośnym "Uuuuuuuu"? Oj no , Halloween było. Wprawdzie matka nie obchodzi, święta takowego nie uznaje, nawet w tym roku nie wybebeszyliśmy dyni a dzieci pozamykane w domu głównie były przez świętem ale...wszędzie trąbią , że Halloween to i się dzieci bawią adekwatnie do pory roku. Wielkie mi coś! To nic, że nie mamy telewizji, radia nie słuchamy, gdzieś tam pewnie zobaczyły przewodni motyw duchów i potworków i się bawią. Oj wielkie mi coś, że się bawią w udawanie...

Że się czochrały  i turlały na podłodze rechocąc jak żaby z dobre pół godziny? A bo to jakieś odkrycie, że dzieci się lubią wspólnie wygłupiać!






Że matka zainspirowana rozmową z p. Moniką pokombinowała nad pomocami do sekwencji edukacyjnej? No dziwne by było jakby sprawy nie przemyślała. A tak to standard, matce się tylko wydawało że dobierała aktywności do potrzeb atrakcyjności Antosia, ale uznała że można to zrobić jeszcze atrakcyjniej, pognała do sklepu po gazetkę z autkami, powycinała ( tak, Antoś też wycinał, ale to chyba normalne że trzylatek lubi wycinać nożyczkami , prawda?). Że Antuliński razem z matką laminował obrazki i sam matce powiedział że już jest zielone światło i już można wkładać? No przecież ślepy nie jest , problemów z kolorami nie ma, to co miał nie powiedzieć?






Że Antosia do wyżej wymienionych zabaw ( w ramach sekwencji) zaciągnąć się dało i nawet chętnie robił? Matko kochana, a który chłopiec nie pobawi się autkami! Też mi coś! Wprawie poziom abstrakcji w zgadywaniu stanów emocjonalnych Zygzaka McQueena przerósł naszego bohatera? Oj no, wielkie mi coś! Za to brakujące elementy miasteczka autka dopasował bezbłędnie patrząc czy to dach czy ulica. A że jeszcze dwa dni temu końmi i wołami nie dało się uparciucha zaciągnąć do takiej zabawy? No bez przesady matka, to że się dziecko rozwija to chyba normalne, co nie????????




Ano właśnie nie. Dla nas nienormalne. Domyślam się że właśnie tak wygląda zwykły dzień w domu w zwykłych rodzinach. Jakieś tam wspólne pichcenie, wariacje dywanowe, śpiewanie i układanie, śmiechy i swawole. Normalka. A dla nas cud.
Tylko cudów ile dziś Antek zaprezentowal to ja nawet do tylu nie potrafię liczyć. Takie dni się u nas nie zdarzają. Nie w tak całkowitym kształcie. Ja tu oczywiście opisuję genialne postępy Antka, a pewnie że są. Ale to są migawki, chwilki maleńkie przetykane i też trudniejszymi momentami. A tu dzisiaj nagle coś takiego....Tysiąc umiejętności na minutę, cały czas z usmiechem na twarzy i w relacji, w zabawie ze mną lub z Hanią.
Przecież jak ja w poniedziałek powiem naszej p. Ani- logopedzie , że młody próbuje śpiewać sylabami to jej buty spadną z wrażenia!!!!

Wiem, że p. Monika i p. Iwona czasem tu zaglądają i wiem , że też im się buzia uśmiechnie, bo Antka znają, wiedzą ile potrafi , ale żeby aż tak???????
Jeśli tak wygląda nudna sobota to ja codziennie poproszę. Wnioskuję o zlikwidowanie innych dni tygodnia. OD JUTRA!!!!

A na koniec kolejny cud, tym razem nie nasz, ale ponieważ wszystkie dzieci nasze są...


 Jest sobie Jaś, Australijski Jaś. 1,5 roku temu Jaś przyjechał do Polski na diagnostykę i jakieś inicjatywy terapeutyczne, bo w Australii, wbrew opiniom o dostatku pod tym względem to pustynia jakaś jest. I  wtedy u Jasia autyzm aż hulał, zresztą żeby tylko autyzm, i niedosłuch i taki zespół alergii i nietolerancji, że wydawało się , że jedynym nieszkodzącym Jasiowi sposobem odżywiania będzie fotosynteza. Oj ciężki to był czas. I Jaś kompletnie nieobecny na początku i Mama Jasia przybita i zdołowana, bo za dużo na nią spadło na raz a tu trzeba było w jedne wakacje wszystko sprawdzić, leczyć, dograć bo we wrześniu powrót do australijskiego domu. Oj, godziny przepłakałyśmy, przegadałyśmy, przekombinowałyśmy. Próbowałyśmy jakieś relacje między naszymi chłopakami zawiązać, ale chłopcy wówczas byli na takim poziomie rozwoju społecznego, że Antek nawiązywał więź stymulując się autkiem a Jaśko Hani się przestraszył ,z Antkiem nic się wtedy nie dało dogadać, więc nawiązał kontakt z naszym , Ś.P królikiem Edkiem.

Gdy ruszyła terapia Jasia w Polsce razem cieszyłyśmy się każdym najdrobniejszym sukcesem , a były to naprawdę maleńkie kroczki do przodu. Mama Jasia miała w sobie jeszcze ten żal, że czemu autyzm, czemu właśnie ich to spotkało ale zakasała ręce do roboty i dzielnie wykonywała polecenia lekarzy, terapeutów i dietetyków. 
Co umiałam pomagałam, dzieliłam się doświadczeniem. Ale uczeń przerósł mistrza. Przynajmniej w zakresie kulinarnym- żebyście wiedzieli jakie Mama Jasia cuda wyprawia w kuchni z tych obrzydliwych substytutów jajek i mąki! Ślinka cieknie!!!!
A Jasio? Od wyjazdu z Polski, czyli tych początków w zmaganiu z autyzmem minął rok z kawałkiem.Jasiu przebył daleką drogę.  Jasio gada, bawi się, jest chwalony w przedszkolu. Rozwój poznawczy na medal, Jaś " Liczy do stu, liczy od 20-0, tak zaczyna czytać, bardzo powolutku bo woli cyferki, zna cały alfabet czyli nazwie każda literkę, odejmuje i dodaje...."

Ale to jest moi drodzy jeden wielki pikuś. Drobiażdżek taki. Bo najważniejsze wczoraj Mama Jasia przysłała mi na fejsa. Przeczytajcie:

"Jaś w lutym zaczyna szkole i był już w nowej szkole na takich zapoznawczych dniach i mówi ze lubi. Wiem ze sobie poradzi z edukacja ale z reszta się boje, ma kolegów w przedszkolu i jest lubiany bo jak zapraszają go na urodziny to chyba się lubią".

I oczywiście, a jakże , poryczałam jak przeczytałam.

Zapraszany na urodziny! Lubiany! Ma kolegów!!!
P. Moniko, p. Iwono? Słyszycie????

Wiem, że czytają nas rodzice którzy dopiero zaczynają to przygodę. I wiem, że się boją. No przecież, że wiem. Więc, Kochani, jeśli boicie się czy dacie radę to polecam Wam ustawienie tego posta jako strony startowej w przeglądarce. Dacie! Co macie nie dać?
Będzie trochę trudno, trochę straszno, ale nudno nie będzie.
No sami zobaczcie, że nudy nie ma!


3 komentarze:

  1. No pewnie, że nudy nie ma w rodzinach gdzie zamieszkał autyzm:)

    OdpowiedzUsuń
  2. uściski dla australijskiego Jaśka i mamy! A co do reszty: normalne życie, w normalnej rodzinie? ja też nie wiem, jak to jest...
    fajnie jest popatrzeć na Twoje młode towarzystwo

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...