czwartek, 21 listopada 2013

A to spryciarz!!!

Pisanie posta o tej porze to jest dziś wyjątkowe szaleństwo. Za 4 godziny powinnam wstać , żeby zdążyć na autokar do Warszawy. Ale jakoś nie mogę nie przybiec tutaj i nie napisać co to był za dzień.

Zaczęło się w Prodeste. Dokładnie tak jak się rok temu zaczęło na korytarzu. Ale tym razem nie był to żaden bunt przed wejściem do salki, nie, nie. To była regularna zabawa w chowanego z p. Moniką , Gosią i Marleną! Zabawą pełną śmiechu!

Na zajęciach było dobrze. Było bardzo dobrze , było cacy- cacy względem p. Moniki i była zabawa. Jak to ostatnio u Antka.

Ale cuda to się działy w przedszkolu. Po pierwsze Antoni dostał dzisiaj pierwszą oficjalną i ponoć w pełni zasłużoną pochwałę za udział w zajęciach z pieskiem Joko. Pani dogoterapeutka pochwaliła Antosia za koncentrację i relację z pieskiem.

A potem Antulek stanął przed swoim planem aktywności. Miał go już wcześniej zreferowany ale postanowił przyjrzeć mu się dogłębnie. Kątem oka rozejrzał się , czy p. Ania i Marlena go  widzą. Uznał, że nie, więc odczepił piktogramy " czytanie" i " zajęcia przy stoliku"  a przysunął do przodu " zabawa". Po czym podszedł do swoich pan i pokazał, że teraz to już jest czas zabawy i oczekuje wydania zabawek. A to spryciarz!!!! Kombinator!!!

Gdy tylko się dowiedziałam od razu o tym wielkim sukcesie napisałam naszej p. Monice. Gdzie tu sukces, że dziecko kręci i mataczy??? Mam nadzieję, że p. Monika nie obłoży mnie klątwą za użycie jej słów: " To się nazywa teoria umysłu! Jestem dumna!". No bo własnie...Wykoncypować sobie, że trzeba poprzestawiać piktogramy by osiągnąć upragniony cel wiąże się z tym , że Antoś doskonale wiedział że a) jego pomysł jest sprzeczny z tym co siedzi w głowach pań b) wiedział, że musi zakombinować żeby panie przekonać do swojej wersji. Zdecydowanie łatwiej byłoby walnąć Rejtana w próg, kopać nóżkami i zawodzić jak zarzynany kogut pokazując ręką piktogram zabawki ( albo zgadnijcie se same co ja chcę). Byłoby tak jeszcze rok temu, bez wątpienia. Dziś jest kombinowanie co inni pomyślą...

Fortel mimo, że wzbudził niemały podziw nie spotkał się z akceptacją i plan dnia jak był  święty tak świętym pozostał. No to może zadziała fortel nr.2. Stanął znów przed planem i przemigał po kolei wszystkie punkty programu licząc na uwielbienie i nagrodę. I oczywiście próbował jeszcze, w miarę swoich możliwości komentować. Taki to cwaniaczek!!!
Ale jedyne co uzyskał to pełen podziw dla jego znajomości już migowego i upewnienie, że nasze starania ( w pocie i znoju, naprawdę!) mają sens. A plan jak wisiał niezmienny tak został wykonany. Za co należy się p. Ani i Marlenie medal za niezłomność, bo ja bym się pewnie przy 50 mince Antosia ugięła.

Podczas powrotu do domu Antoś znowu zabłysnął wczuwaniem się w stany emocjonalne koparki na skrzyżowaniu( o czym pisałam tutaj. a potem to już " zwykła" codzienność w domu. Wlazł na wielkiego renifera i jeździł na nim po całym domu, a gdy natrafił na rozsypane kulki zbożowe( tak, posiłki nadal u nas nie lądują tylko w żołądku) to postanowił " konika" nakarmić. Poszalał z Hanią, pobawił się w strażaka...
Aż w końcu przystanął w przedpokoju, centralnie pod lampą i zaczął wpatrywać się w podłogę. Struchlałam. Był tak skupiony, że aż nieobecny. Więc się przestraszyłam, bo każdy taki stan wzmaga moją czujność w kwestiach ' zawieszek", które nadal nie zostały roztrzygnięte w kryteriach padaczki typu petit mal. Z duszą na ramieniu zaczęłam do niego zagadywać a Antoś popatrzył na mnie tymi swoimi wielkimi oczami i zapytał cicho" Mamo, to cień?".
Co????????????????
Tak syneczku, cień, cień , wspaniały piękny, cień!!!!!!!!!!!
Dokładnie tak jak czytacie. Wyraźnie, pięknie z akcentowaniem " ń".....Radości i podrzucania ze szczęścia nie było końca. Do wieczora więc Antoś odbijał swoje rączki w świetle lampy i mówił to cudowne, wspaniałe " cień, cień"!!!!
To był dzisiaj dzień Antosia. Naprawdę. On codziennie zaskakuje, pokazuje coś nowego , ale dziś to zaskoczył mnie, p. Anię i Marlenę w przedszkolu i p. Monikę....Pięknie!!!


Rodzice powoli odzyskują sypialnię. Tu akcja " łóżko dla rodziców". Gdzieżby tak ważne pomiary mogły się odbyć bez Antosia???


Nie wszystkie cyferki znam, ale podołam misji!!!


" Bob Budowniczy". Damy radę? No pewnie!!!


A teraz tak cichutko napomknę o to chodzi z tą Warszawą. Bo Matka jutro pielgrzymuje do Polsatu. Rozmawiać o blogach, o Antosiu. A potem idzie na kawę z p. Moniką, redaktorką programu " Integracja". Matka pietra ma strasznego , boi się i Warszawy i Polsatu i respekt czuje przed " starą szkołą autyzmu" czyli profesorem Gałkowskim wraz z którym odbędzie się rozmowa. Ale Matka dostała misję. Ma jechać i przekonać redakcję programu , że trzeba mówić o autyzmie. że potrzebny jest rzetelny program, merytoryczna dyskusja o istocie autyzmu, o tym czym on jest a czym na pewno nie jest. Zwłaszcza wobec aktualnych zamieszek w tym temacie. I co oznacza życie z autyzmem na co dzień. Jak ważne jest zrozumienie społeczeństwa, poznanie kilku faktów o tym zaburzeniu. Nie dla mnie, dla Antośka przede wszystkim i tysięcy osób z autyzmem w naszym kraju. I teraz to dopiero Matka ma pietra, czy podoła...
Kciuki,dobre fluidy i pozytywne myśli będą bardzo potrzebne...
I wyrazy uznania oraz mocne kciukasy dla Gosi i Marleny, naszych najukochańszych wolontariuszek , które podejmują na siebie opiekę nad Czepiakiem i Antulkiem gdy Matka będzie próbowała znaleźć słowa w głowie...

Myśleć a wiedzieć

Stoimy na światłach w drodze z przedszkola. Na skrzyżowaniu rowy kopie mała biała koparka. Żeby więc rozładować nudny czas oczekiwania na zielone wskazuję roboty drogowe. Zaczynamy rozmawiać. O koparcie, o panu i o piasku. Antoś postuluje , że koparkę boli proces kopania dołu. Gapiąc się w sygnalizator odpowiadam leniewie, ze nieeee, nie myślę, zeby ją to bolało.

I w tym momencie na drugim foteliku leniwie przeciąga się Czepiak i takie to palnie mi kazanko:

" Mamo, ale jak ty do niego mówisz, cooooo? Przecież dla Antka nie jest ważne co myślisz tylko co wiesz. Bo jak wiesz to to jest naprawdę i jest fajne, a jak myślisz to się mozesz pomylić i wtedy nie jest fajnie.  A Antek lubi jak wiesz , a nie myślisz".

Ooooo ooo!!!!
Cóż, nie sposób smarkatej odmówić racji.
Zachwyca i przeraża mnie zarazem jej bystrość w obserwowaniu rzeczywistości...A może to nie tylko celny obserwator? Może to jej własny punkt widzenia?

Tato i Człowiek do Zadań Specjalnych

Trzeba przyznać, że w ostatnim czasie wszyscy mieliśmy jeden wspólny deficyt. Deficyt Taty. Na skutek roszad z pracą, tata starą musiał porzucić ( bo...przestawało nas być już stać na ten luksus) a nową organizować od zera ( z nadzieją, że za jakiś czas nowa wpłynie na nasze " stać").I jak to zwykle bywa ze świeżo rozkręcaną firmą Tata w domu bywał , głównie późną nocą i bardzo wczesnymi rankami. Przez ponad miesiąc w zasadzie to ...było nas troje.
Dzieci odczuły to bardzo. Antoś, zapytany o tatę sam pokazywał ze smutną minką gest " pracować". I tak kręcił tymi rączkami codziennie. Smutne miał minki gdy pokazywał że chce z tatą układać klocki a taty nie było. Na szczęście od tygodnia Tata może już poświęcać więcej czasu dzieciom. Dokładnie o godzinie 19.20 matka ma wolne. Nie potrzebne były żadne petycje w tej sprawie. Antulek sam zadbał by mama po 19 miała blues. Bo ledwie przekręcany jest klucz w drzwiach a już biegnie Antoś z okrzykiem "Tato! Tatooooo!".
Czy Tata ma siłę czy też nie musi układać klocki, bawić się, chować w chowanego, przygotować kolację- mnie nie wolno, wykąpać- mnie nie wolno, oraz położyć do łóżeczka- mnie również nie wolno.
Koniecznie książeczka na dobranoc, wybierana przez Antosia, odpowiednia ilość buziaków i dopiero wtedy Ojciec może się oddelegować. A i też nie zawsze na długo, bo jak tęsknota Antosia ogarnie to Tato do pokoiku dzieci musi wrócić. I to pieronem.

Tak się chłopaki witały w progu że aż się pospali:)


Ta zmiana rytmu pracy Taty wyszła Antosiowi na dobre. W poprzedniej Tata pracował zmianowo, dwa dni wracał do domu kiedy Antoś już spał, dwa dni miał wolne. Antoś nijak się w tym nie umiał połapać, mimo naszego zaznaczania na zielono i czerwono dni pracujących i niepracujących.Teraz Antoś wie, że Tata jest zawsze wieczorem i spokojnie czeka, przygotowując w kąciku już wcześniej atrybuty niezbędne do zaplanowanej zabawy.
Bo właśnie , Antoś się bawi. Jak regularny, dojrzały już Przedszkolak- Trzylatek potrafi przytaszczyć zabawki na dywan i samemu się chwilę pobawić. Zwykle potem zaprasza do zabawy, zresztą dość mocno oczekuje wspólnej zabawy z nami lub Hanią. I często jest to zabawa w " udawanie"
Alleluja!!!!!!!!
Rozbrzmiały się chóry anielskie!!!!
Nasz syn bawi się :
a) zgodnie z przeznaczeniem zabawek
b) tematycznie
c) samodzielnie i w towarzystwie
d) często sobie wyobraża zabawę

No bajka! Bajeczka! Bajunia! Po prostu bosko.

Ze zmianą pracy Tatki wiązała się i inna perturbacja. W czwartek Tatko powiedział mi, że absolutnie , no nie ma szans na wolne popołudnie w poniedziałki. " Łukasz cholera jasna, teraz mi mówisz? Przecież ja mam migowy w poniedziałki".
Tatko wiedział, ale nie wiedział co z tym fantem zrobić. Zaproponował, żeby poszukać w ogłoszeniach jakiejś płatnej opieki do dzieci.
No super , już widzę to ogłoszenie :" potrzebna superniania do pięciolatki z ADHD i trzylatka z autyzmem/ Pilnie!!!. Tanio!!!".

No pięknie. Na kurs chodzą panie z przedszkola, pani psycholog z przedszkola, nasze kochane dziewczyny-wolontariuszki. Antek zaczyna budować zdania w migowym, a mnie- czołowego reprezentanta środowiska domowego ma nie być???????
Nigdy w życiu, rozpuściłam wici i napisałam błagalną wiadomość do koordynatorki wolontariatu w naszym kochanym Prodeste. Godzinę później dostała wiadomość, że jest . A kto? Pan Piotr do Zadań Specjalnych:)Dawno nie cieszyłam się tak do monitora. Ciągłość kursu migowego uratowana. Dziękuję!!!!!!
Z Panem Piotrem to my się tak ciut-ciut znamy. To znaczy Hania to może nawet lepiej niż ciut- ciut. Bo Pan Piotr jest wolontariuszem Kuby- kolegi Hani z przedszkola. I raz nawet widziałam taką scenkę rodzajową, kiedy to wpadłam do Straży Pożarnej zgarnąć moje dziecię z przedszkolnej  prezentacji na rehabilitację. Wtedyż to Kuba stał grzecznie i słuchał z wielkim zainteresowaniem jak Pan Strażak wyłuszcza zasadność wyposażenia wozu strażackiego...a moje dziecko wisiało na kończynie dolnej Pana Piotra i usiłował się bujać. Tak więc Hania Pana Piotra zna. Pozostało więc zapytać towarzystwo czy wyraża wolę pozostania pod czujną opieką Człowieka do Zadań Specjalnych.
Hania nawet nie pozwoliła mi dokończyć, usłyszała " Pan Piotr" oraz " nasz dom" i już fruwała ze szczęścia po całym domu.
No to został tylko Antoś. Opowiedziałam, Antek słucha, słucha i w zdziwieniu przekrzywia łepek pytając " pam?". No pan synku, pan Piotr. Odpaliłam komputer, pokazałam zdjęcie. Nie wyglądał na przekonanego , choć protestu nie wyraził. Podumał, podumał i wykonał gest " robić". No jak to co będziecie robić? Będziecie się bawić. " auto?". Tak synku, autkami też. "abaf, abaf??". Myślę, że plac zabaw ze zjeżdżalnią dla autek jest też możliwy. No to Antek pokazuje gest "budować". Jasne Antosiu, Pan Piotr uwielbia klocki!
Uśmiechnął się Antulek, popatrzył jeszcze raz na zdjęcie i zakomunikował:
PAM - gest " czarny" cieeeeeeee

Tłumacząc: " Pan Czarny chce", a dokładniej " chce Pana Czarnego".

Ale jakiego czarnego?
Patrzę na zdjęcie i nie mam pojęcia skąd syn te rasistowskie określenia wynalazł. Więc pytam Antosia. Pokazuje na włosy. No tak , ciemne...
I tak Pan Piotr , aka Człowiek do Zadań Specjalnych został Panem Czarnym:)
 Jak było w poniedziałek to mi syn powiedzieć nie chciał, Hania zdała relację wisząc do góry nogami, że było fajnie. Pan Czarny wyglądał na żywego, bez obrażeń  na ciele i jakby zupełnie nie przytłoczonego osobowościami naszych maluszków.
A relację Antek zdał, a jakże , ale Tacie. Że były klocki i auta i biegali....
Następnego dnia po przedszkolu podbiega do planu aktywności i pyta gdzie Pan Czarny. Tłumaczę, że dziś wtorek, że dzisiaj nie, że Pan Piotr przychodzi jak mama idzie się uczyć... No nie był szczęśliwy nasz Antulek, widać nie jestem takim partnerem do zabawy jak Pan Piotr. No i Tato, bo chwilę później pokazał piktogram kąpać się. No tak pora się kąpać bo od kąpieli jest już Tato...



niedziela, 17 listopada 2013

Ciąg dalszy następuje



Myślałam,że to już. Napiszę co myślę i po sprawie. A dopiero dziś to się napisałam i naczytałam. I powiem szczerze, że na dziś mam dość , nie ogarniam. Zresztą zobaczcie sami.

Jest takie sobie oświadczenie organizatorów protestu:
http://www.zwyklybohater.pl/inicjatywa-547
Jesteśmy grupą rodziców dzieci autystycznych i dorosłych z autyzmem, która zjednoczyła się w momencie nominacji pani Renaty Radomskiej w finale konkursu Zwykły Bohater organizowanym przez telewizję TVN, portal Onet oraz bank BPH. Od samego początku sama osoba pani Radomskiej i pozycja, jaką zajmie w tym plebiscycie ma dla nas znaczenie drugorzędne. Bohaterstwo jest rzeczą względną i nie zamierzamy nikomu odbierać prawa do indywidualnej oceny postawy i czynów pani Radomskiej, która po prostu promuje swoją książkę i działalność usługową.

Nie możemy jednak obojętnie akceptować faktu, że przy okazji tej nominacji ludzie, którzy nigdy nie zetknęli się z autyzmem, otrzymują fałszywy przekaz na ten temat, bo to wśród nich żyją nasze dzieci, relacje z nimi decydują o jakości ich życia i pomocy jakiej potrzebują osoby z autyzmem. Wszyscy walczymy o dostęp do terapii i edukacji, godne traktowanie czy to nas samych jako autystów, czy też naszych dzieci. Nie możemy przejść obojętnie wobec faktu rozpowszechniania informacji, że autyzm jest chorobą metaboliczną.

Przedstawianie w mediach obrazu autyzmu jako choroby i rozpowszechnienie niezweryfikowanej naukowo możliwości jej wyleczenia odpowiednią dietą może w konsekwencji znacząco utrudnić, wręcz uniemożliwić podjęcie skutecznej terapii osób z autyzmem, niezbędnej do sprawnego funkcjonowania w społeczeństwie. Autyzm według najnowszych badań jest zaburzeniem-nie chorobą- o nieznanej etiologii, przy czym najwięcej wskazuje na to, że ma podłoże genetyczne.

Fałszywa jest informacja, że z autyzmu można kogokolwiek wyleczyć. Wielu z nas ma dorosłe dzieci z autyzmem i nasze doświadczenie wskazuje, że wieloletnia, właściwie dobrana terapia może pomóc takim osobom w normalnym życiu, ale nie oznacza to „wyjścia z autyzmu”.

Podobnie jest z informacją, że to dieta jest warunkiem powodzenia innych terapii. Nie kwestionujemy wprowadzania diet, gdy jest to medycznie konieczne; w przypadku alergii bądź nietolerancji pokarmowej. Niestety zbyt często stosowanie diety lub wprowadzanie suplementów odbywa się z narażeniem zdrowia i życia, na podstawie przypadkowych lektur lub porad otrzymanych na forach internetowych, udzielanych przez osoby kryjące się pod pseudonimami, praktykujące paramedycynę i nie ponoszące żadnej odpowiedzialności, z pominięciem koniecznej w takich wypadkach konsultacji lekarskiej. Akcja Zwykły bohater właśnie udzieliła takim praktykom wsparcia. Te wszystkie FAŁSZYWE informacje są szkodliwe dla odbioru społecznego ludzi żyjących z autyzmem, a także dla ich bliskich."

Bo jest i taka wypowiedź:
Autyzm bez łez

Ale o co gramy? Co tu się w ogóle wyprawia? Przecież każdy rodzic ma prawo wybierać jak pokierować dzieckiem, prawda?
Pozornie prawda.
Ale druga strona tego kijaszka wygląda tak:

Magda, mama dwuletniego chłopczyka, miesiąc temu zdiagnozowanego:
"
Gośka! Idzie zwariować przez tą aferę z p.Radomską. Dziś byliśmy u logopedki pierwszy i ostatni raz. Kiedy weszliśmy i powiedzieliśmy w czym tkwi problem i dlaczego w ogóle problem z mową zaistniał to ona wyskoczyła z dietą cud w.w p. Radomskiej. Mówiła że teraz to większość dzieci z autyzmem ma problemy metaboliczne a rodzice to sobie lekceważą. Wiesz, naprawde ta afera przynosi więcej złego niż dobrego. Ludzie komplenie nie znający sie na chorobie zawierzyli mediom do tego stopnia że będą robić wodę z mózgu rodzicom którzy są dopiero po diagnozie swojego dziecka. Walczcie dalej tym protestem choć i tak myśle że media z p. Radomskiej zrobili już gwiazdeczke. Jest o niej głośno a chyba właśnie o to chodziło. Tylko niech ludźmi nie manipulują. Bo teraz na każdym kroku będą nam proponować dietę zamiast dodatkowych zajęć

A dalej:

Magdalena XXXXXX: " Moim zdaniem trzeba by sie zastanowic nad kaszkami mlecznymi dla dzieci, cos jest z nimi nie tak zwlaszcza z tymi z probiotykami, moje dzieci mialy po nich rozwolnienia , a jedno az sie uczulilo, co moim zdaniem doprowadzilo do stanu, ktore okreslano jako autyzm wczesnodzieciecy. Jak ktos nie wierzy to nie, nie obchodzi mnie to, w szpitalu chorob wewnetrznych patrzono sie na mnie jak na idiotke, ale ja wiem swoje ponieważ jedyna postacia mleka jaka jadl byly wlasnie te kaszki. Kazeina, opioidy, opium, przepuszczalne jelita..."( ze strony wiadomo jakiej fundacji).

I dalej:

"Wróciłam kilkadziesiąt minut temu z comiesięcznego zebrania KTA ( Krajowe Towarzystwo Autyzmu) . To stowarzyszenie zrzeszające rodziców dzieci ze spektrum, zrzeszając się w tym stowarzyszeniu ( które swoje oddziały i koła ma w całej Polsce) nie tylko stanowimy dla siebie wzajemnie wsparcie, rozmawiamy o terapiach, dzielimy się swoimi sukcesami, rozmawiamy o porażkach, próbujemy też inicjować różne przedsiewzięcia, dzięki którym zbieramy środki na terapię naszych dzieci, organizujemy koncerty charytatywne, podczas których próbujemy uświadomić społeczeństwu, czym jest autyzm, z czym na co dzień się zmagamy, obecnie "pracujemy" nad otwarciem miejsca, które docelowo w przyszłości stanie się "przystanią" dla naszych dzieci.......Ale w sumie nie o tym chciałam tak naprawdę napisać. Chciałam Wam powiedzieć, że dziś dużą część spotkania poświęciliśmy na rozmowę o tym tvnowskim "bohaterstwie" w zwykłym bohaterze. Rodzice są zbulwersowani nominacją Pani R , zastanawiają się dlaczego domniemana Pani bohaterka ani nie chce ujawnić diagnozy Abi i jednogłośnie mówili, że to cios skierowany w naszą stronę, że lata naszej walki o nasze dzieci poprzez terapie , które fundujemy naszym dzieciom, że lata naszego "uświadamiania" społeczeństwu , czym tak naprawdę jest autyzm , "wystrzelono w kosmos" tą nominacją. Jedna z mam już musiała się tłumaczyć Pani wychowawczyni swojej córki, która zaatakowała ją tekstem " czy Pani córka jest na diecie? Słyszała Pani?? Jest NOWA METODA, widziałam w TVN! !! " . I o ile rodzice, z którymi dziś rozmawiałam nie przystąpili do protestu na FB z różnych powodów, bo albo nie mają konta na FB, albo może nie są gotowi do upublicznienia swoich poglądów na necie, to są z nami tu obecnymi i tak samo oburzeni są jak my. Więc myślę sobie, że takich ludzi, jak my jest dużo więcej, niż wskazuje licznik "wezmę udział". I to mnie cieszy "

Ale to nie koniec, a skądże!

Agnieszka Sujata, dla mnie bardzo bliska mi mentalnie osoba, choć widzialyśmy się tylko raz , na Dniu Autyzmu w Opolu:
nie mogę i nie chcę podawać źródła tej informacji ale dzięki komuś z krakowskiego środowiska autystycznego poznałam dziś opinię p. Radomskiej na temat mojej "Huśtawki" ona nie rozumie cyt. " jak można pisać takie książki, które nic nie wnoszą, ona uważa, że jak już ktoś pisze książkę o autyzmie to ona powinna nieść konkretną pomoc rodzicom, którzy ją czytają." koniec cytatu. Niniejszym chyba powinnam przeprosić wszystkich których naraziłam na kontakt z moją nic_nie_wnosząca literaturą ;DD Wybaczycie?".

Idźmy dalej, do czego może inspirować kampania medialna?




Tu się zjeżyłam okrutnie. Akurat o diecie ketonowej ciut wiem. Gdy Antek miała podejrzenie o galaktozemię typu VII nasza najukochańsza pani doktor neurolog, ekspertka w kraju od diety katogennej ( Mamo Cysi, potwierdzisz?) zlecała badania i tłumaczyła nam na czym polega ta cała galakto. I tłumaczyła, że niezbędna w przypadku badań pozytywnych będzie dieta ketogenna. A matka, czekając na wyniki próbowała oswoić bestię i duzo o diecie czytała. I wie, że absolutnie nigdy ale to nigdy nie wolno wprowadzać tej diety samodzielnie, bo może być to śmiertelnie niebezpieczne. Że dietę zawsze wprowadza się na oddziale i jest ona poprzedzona wprowadzeniem metabolizmu w stan katogenezy  poprzez aboslutną głodówkę, podczas której monitorowane są parametry. No ale co ja, czy Pani Doktor Dudzińska tam wiemy o innowacyjnych metodach...


Zapewne gdzieś jest zloty środek pomiędzy prawdą, aktualnym stanem badań o autyzmie a zdrowym i adekwatnym do potrzeb dziecka żywieniem go. Tylko, że im więcej szumu tym więcej takich właśnie skrajności.
I kto tym dzieciom pomoże?
TVN? BPH?A może Onet?Szymon Hołownia czy pani Bożena Walter?

Nikt kochani, to tylko nic nie znaczący efekt uboczny smsów w konkursie. Tak ciągle słyszę, że przecież nie można nikogo zmusić do stosowania danej metody. 
No zmusić to nie, ale wywrzeć wpływ jak najbardziej 

piątek, 15 listopada 2013

Są gdzieś granice, tylko gdzie?

Co ja mam do Państwa Radomskich, " Autyzmu bez łez" i zwykłego bohatera? W zasadzie to nic. Ani nie uważam żeby bycie rodzicami było bohaterstwem, ani nie uważam żeby wychowanie jakiegokolwiek dziecka, nie tylko z autyzmem mogło się obyć bez łez. Ani też nie dyskwalifikuję pracy rodziców Abi. Ale jak widzę linkowanie tej książki z opisem " autyzm jest uleczalny" przez dietetyków to mnie cholera strzela. Bo nie jest. Jak widzę diagnozy: autyzm to choroba metaboliczna, to też mam ochotę krzyczeć. Bo też nie jest.  Przez te ponad dwa lata poznałam naprawdę mnóstwo rodziców którzy diabłu by duszę sprzedali by pozbyć się autyzmu u swoich dzieci. Poznałam też kilku " specjalistów", którzy za sowitą zapłatę za poradę taką opcję rodzinie obiecywali. A potem, po latach długów i męczących starań okazywało się, że nie, że jednak działania biomedyczne nie wyleczą z autyzmu. I dlatego mimo że wiem, że dieta pomoże każdemu kto ma medyczny problem i tej diety potrzebuję to jednak żal mam ogromny. Do Państwa Radomskich, do TVNu, do fajnej akcji " zwykły bohater". Bo ta książka przyniesie dzieciom autystycznym więcej złego niż dobrego. Czasu zmarnowanego na eksperymenty nikt dziecku ani rodzinie już nie odda, nie wynagrodzi... Pewnie organizatorzy akcji chcieli dobrze, wyróżnili rodziców dziewczynki by pokazać złożoność problemu autyzmu. Ale ciągu dalszego ze strony organizatorów na pewno nie będzie. Książka się rozejdzie w szalonym nakładzie, nadzieje zostaną rozbudzone. A kto potem sprawdzi czy taka strategia działa? Kto rozliczy? Nie no, przecież rodzice dzieci świadomie podejmują decyzję. Łatwo powiedzieć, gdy nawet sobie nie można wyobrazić skali rozpaczy w obliczu diagnozy. Wtedy trudno o rozsądek. Eh...miało być fajnie, a wyszło jak zawsze. Ktoś się wzbogaci, ktoś zapłacze. Standard.

Tak napisałam na swojej tablicy w niedzielę. I wielu innych rodziców podobnie. I naprawdę myśleliśmy, że wystarczy. Że to całe zamieszanie ze " zwykłym bohaterem" to tylko nieporozumienie. Że przecież świadomie organizatorzy akcji nie mogliby działać na szkodę dzieci. No bo jak? Że coś im umknęło po prostu, a jak społeczność rodziców dzieci z autyzmem im pokaże co jest niedorzecznego w doniesieniach to będzie po sprawie.

Dziś jest piątek, i zamiast " po sprawie" jest jedna wielka tragedia. 
Nagle okazuje się, że autyzm jest chorobą metaboliczną.
Oj, ze złej strony zaczęłam. Bo przede wszystkim okazuje się , że jest chorobą i można go leczyć.
Potem okazuje się, że jest to choroba metaboliczna.
A ten chory metabolizm leczy dieta. Bo bez diety żadna terapia nie ma sensu.

To wystarczyło, żebym gotowała się jak czajnik z gwizdkiem. Ale to niestety nie koniec.
Im dalej w las tym więcej wątpliwości. Bo wyróżnienie w konkursie dostała pani Radomska za " pomoc innym" w tym założenie fundacji dla rodziców oraz wydanie książki. 
To poszłam na stronę fundacji Autyzm bez łez. W niedzielną noc przeczytałam wszystko co tam było na stronce. Ale nie znalazłam żadnej informacji komu pomaga fundacja i w jaki sposób. Nawet nie znalazłam statutu fundacji, celów, rozliczenia za rok, za jakąkolwiek akcję, choć numer konta do darowizn znalazłam. Ale nic to, dokumenty w cudowny sposób po larum rodziców nagle się na stronce znalazły.

Jak również książka " Autyzm bez łez. Historia przywracania naszej córki światu". Książka jest wszędobylska. Jest polecana przez dietetyków, którzy nagle za panią Radomską powtarzają, że autyzm to choroba metaboliczna i można ją leczyć. Jest na każdym " rodzicowym" forum. Jest w księgarniach internetowych,  jest obecna w rozmowach rodziców w  poczekalni Fundacji Dom w której Antoś ma terapię. Jest w mejlach które do nas piszecie- od wczoraj 18 maili z zapytaniem czy stosujemy tę dietę!!! Jest róznież w prelekcjach, objazdowych spotkaniach autorskich , jest wszędzie!
I tylko jeden szkopół...kosztuje 35 złotych. Została wydana by pomóc rodzicom, ale Rodzicu!Chcesz pomocy? Płać!!!

W ramach akcji dowiedziałam się też wielu nowych rzeczy. I tak np cenna była informacja o czopkach bananowych. Oglądając film z małą Abi dowiedziałam się , że odstawienie pietruszki zmniejsza stymulacje ( dziecię przestało się kręcić, a po pietruszce kręciło się już 20 minut po konsumpcji). Dowiedziałam się , że nie jest przedmiotem zainteresowania działalność Fundacji p. Radomskiej, za to Fundacja jest przedmiotem podziwu TVNu dla Pani Radomskiej. Dowiedziałam się również że pani Radomska jeździ po Polsce nauczając swej prawdy objawionej, ale dowiedziałam się również, że warsztaty są odpłatne. Dowiedziałam się też że rodzice Abi są terapeutami z wieloletnim doświadczeniem w pracy z autyzmem. 

Dowiedziałam się również, że aktualnie w wielu miejscowościach w Polsce odbywają się szkolenia dla rodziców dzieci z autyzmem z zakresu dietetyki. Fajno! Ale...jedno takie ,prowadzi pan Rafał Winiarek, specjalista z leczenia pasożytów metodą biorezonansu oraz leczenia prądem. W sumie rozumiem faceta, jest koniunktura to trzeba działalność gospodarczą rozszerzyć. 

Ale nie dowiedziałam się gdzie została postawiona diagnoza, jaka dokładnie ona była. Kto Malutką prowadził terapeutycznie. Nie dowiedziałam się również czy ktoś jeszcze prócz Rodziców Abi przetestował tę dietę i potwierdza jej skuteczność w leczeniu autyzmu. Nie dowiedziałam się czy naprawdę dziewczynka miała zdiagnozowany autyzm głęboki a jeśli tak to jaki? Wczesnodziecięcy czy atypowy? Z konkretów w ogóle niewiele się dowiedziałam.

Za to  w dzisiejszej " Uwadze" dowiedziałam się , że heroizm pani Radomskiej jest na miarę pani Ewy Błaszczyk. Tak oto porównano autyzm do śpiączki, zaś fundację- widmo do budowy kliniki Budzik. Dowiedziałam się, że w dzisiejszych czasach bohaterstwem jest kochać i wychowywać dziecko, również te z problemami i za nie oddanie dziecka do ośrodka opieki należy się chwała i nagroda. W sumie nie dziwne, dzisiaj bohaterem w domu jest facet montujący lampę ( wg pewnej reklamy) to czemu nie mama kochająca dziecko?

Nie wiem kim jest dziś bohater. Nie wiem jaki jest zloty środek w postępowaniu z autyzmem. Nie wiem jak napisać książkę i założyć fundację.

Ale wiem jak być mamą moich dzieci. Trochę wiem o autyzmie. I wiem sporo o dietach ( różnych) oraz aspekcie biomedycznym. A skąd?
Ano stąd , że uważny czytelnik przejdzie teraz do działu z diagnozami i wynikami Antosia( tu) i może zajrzeć do wypisu szpitalnego Antosia, gdzie jak byk  w badaniu GC/MS z moczu i płynu rdzeniowo-mózgowego wychodzą niemałe problemy metaboliczne Antosia. Malutki niektóre parametry aminokwasów , będących ważnymi neuroprzekaźnikami miał na poziomie zero! Dalsze badania wykazały że Antoś niemal w ogóle nie przyswaja aminokwasów endogennych i tak staliśmy się podopiecznymi Poradni Metabolicznej CZD oraz częstymi odwiedzającymi naszą panią neurolog w Chorzowie. I tak zaczęła się dla nas dieta. Nie jakaś tam delikatniutka, tylko totalny i absolutny reżim żywieniowy. Z dietetykiem widziałam się częściej niż z koleżankami, przeliczałam gramy białka, czytałam etykiety, gotowałam i ...płakałam. Płakałam nad reżimem, nad Antosiem który nie chciał jeść nowych potraw, nad tymi trudnymi sytuacjami gdy trzeba mu było siłą wyrywać jedzenie z ręki. Nad jego miną gdy na urodzinach znajomych słyszał tylko " Antoś ! Nie wolno!". Płakałam gdy godzinami stałam na kuchni, często po nocach. Gdy 80-letniej Prababci było tak strasznie przykro gdy nie mogła niczym poczęstować wnuczka, bo " jeszcze się tam nie zdarzyło, żeby ktoś wyszedł z mojego domu głodny". Potem ta 80-letnia dzielna kobieta nauczyła się robić potrawy wg reżimu diety, a ja znienawidziłam zapach kokosu, za te codzienne gotowanie mleka. Płakałam gdy na początku pobytu Antka w żłobku Maleńki chciał z dziećmi jeść przy stoliczku to samo co one a słyszał " Nie możesz Antosiu" i wstawał od stoliczka. Dziś zresztą, mimo że etap diety mamy już zakończony,  jedzenie Antosia w przedszkolu to jest katorga. Pokłosie diety.

Płakałam gdy płaciłam w sklepie za specjalistyczne jedzenie dla Malutkiego. Uwierzycie, że pół kilo mąki może kosztować 13 złotych?Ale jeszcze bardziej płakałam gdy głodny na dworze Antoś rozpaczał i domagał się jedzenia a ja nie mogłam wejść do sklepu i po prostu mu coś kupić, bo nie tak łatwo było kupić przekąskę Antosiowi. 

Płakała też Hania. Gdy przestaliśmy chodzić na urodziny do koleżanek. Gdy skończyły się rodzinne wypady na lody i frytki. Gdy musiała jeść " kinderkę" po kryjomu, za zamkniętymi drzwiami , by brat nie widział.I gdy zamiast tortu w urodziny Antosia był średniojadalny placek bananowy o wyglądzie kupy. 

Okres diety w naszym życiu wspominam strasznie. Ale co miała zrobić to zrobiła. Organizm Antosia wyregulował się i nauczył się przyswajać aminokwasy z pożywienia. Nietolerancja glutenu ustąpiła. Skaza białkowa również. Skończyły się również ( tfu, tfu) tak straszne i bolesne dla nas regresy motoryczne Antosia, gdy Antoś nagle tracił umiejętności chodzenia czy chwytu rekami a my umieraliśmy ze strachu.Wielokrotnie. Tak, dieta działa!!! Oczywiście. Gdy masz poparzoną dłoń maść na oparzenia pomaga! 
Ale Antoś był cały czas pod opieką neurologa, metabolika oraz dietetyka. Prócz diety dostawał również leki. Bo był chorym dzieckiem i wymagał leczenia. Ale wiem też że ta dieta to był drakoński wysiłek dla Antosia i całej naszej rodziny.

I wiem również czego ta dieta nie wyleczyła. Autyzmu. W tak zwanym " międzyczasie", pośród kaszki jaglanej na mleku migdałowym i placuszkami z amarantusa czy pulpecikami z komosy Antoś był dokładnie takim samym dzieckiem. I myślał dokładnie tak samo. Nadal nie wiedział po jasną cholerę my wymagamy od niego komunikacji, patrzenia w oczy i dlaczego nie chcemy zgadywać jego myśli. Nadal relacja z ludźmi to była abstrakcją. 
Nie widziałam żadnych spektakularnych efektów w zachowaniu po herbatce Roobois słodzonej ksylitolem. Ale widziałam gigantyczny przełom po jednych zajęciach z p. Gosią Frasiak( terapeutka Prodeste, ówczesna prowadząca Antosia) gdy Antoś w ramach zabawy po raz pierwszy wykonał gest wysoko i nagle coś zatrybiło! Załapał że to jest fajne. Że zabawa z innym człowiekiem i komunikacja daje radość! 
Nie zmieniło się jego zachowanie po soku z gruszki i selera( tak , pił takie cuda), ale widziałam ile zmieniły w naszym życiu piktogramy które podczas jednych zajęć udało się wprowadzić p. Monice Majszczyk. 
Nie przestawał Antoś skakać na główkę ze stołu po wyeliminowaniu pietruszki. Ani nawet po przygotowaniu z niej soku. Ale po dociskaniu stawów w ramach masażu Wilbergera nagle, z dnia na dzień przestał. To zasługa naszej terapeutki SI, p. Gosi. I nie, cholera jasna, nie, do dziś , niezależnie od tego ile i jakich warzyw zje nie zaczął mówić zdaniami. Za to wspaniale potrafi wyrazić siebie poprzez język migowy ( ot choćby " poproszę ten czerwony traktor", albo " mama, to jest dym, jest wysoko", albo " nie lubię jak jest głośno"). 

Nie jest mi też obce stanowisko DAN. I ja trafiłam w początkach naszej drogi na osławione i fatalne forum. i ja wsiąknęłam w to. Było to dla mnie logiczne patrząc na wyniki badań Antosia. I to nic, że lekarze mówili coś innego, czytałam dalej. I ja zamówiłam suplementy ze Stanów i ja przygotowywałam się( bo najpierw wszystko na sobie próbuję) do chelatacji. I na szczęście najbardziej racjonalna osoba jaką znam potrząsnęła mną w odpowiednim momencie, wystarczająco mocno i dość dosadnie. Asiu, czy ja Ci już dziękowałam za uratowanie Antosia i naszej rodziny?

A przecież znam rodziny w których rezygnuje się z kosztownej terapii by zamówić suplementy ze stanów i wysłać na badania zamrożone siuśki. 

Przeszłam tę całą drogę  i ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć że tylko terapia otwiera drzwi do Antosia. Cała reszta może leczyć dolegliwości somatyczne, które każdy zresztą jakieś ma , niezależnie od autyzmu. 

NATOMIAST AUTYZM NIE JEST ZABURZENIEM METABOLICZNYM!
I NIE DA SIĘ GO LECZYĆ, MOŻNA OSWOIĆ, POMÓC DZIECKU SIĘ ODNALEŹĆ W ŚWIECIE, ALE NIE MOŻNA ZMIENIĆ SPOSOBU MYŚLENIA!!!!Ani tabletkami, ani dietą , ani nawet bio-prądami. 

Gdy się obeżrę płatków z mlekiem mam niestrawność. A jak nie zjem czasami w ekspresowym tempie czegoś słodkiego to zasypiam a nawet tracę przytomność.Bo ciut choruję.  Ale to nie zmienia w ogóle faktu, że gdy ktoś na pasażu sklepowym mówi do mnie " przepraszam" to odruchowo rozglądam się czy mi strącono torebkę lub podeptano buty, bo mimo moich 30 lat nadal mam ogromne problemy ze zwrotami grzecznościowymi które są dla mnie niezrozumiałe i nielogiczne. Stosunkowo rzadko łapię aluzje, jestem bardzo prawdomówna co przysparza mi nie lada problemów. Nie lubię patrzeć na ludzi gdy muszę się skoncentrować, bo ich twarze mnie rozpraszają. Bardzo często zakładam , że otaczający ludzie wiedzą co myślę i o co mi chodzi, bo omnipotencja u mnie hula. W sytuacjach trudnych  najpierw obmyślam plan działania, potem , po wszystkim włączam emocje( a i tez nie zawsze). Nie pamiętam twarzy ludzi zupełnie, choć próbowałam , naprawdę, zapamiętać sąsiadów , w końcu mieszkamy w tym bloku już pięć lat. Ale gdy ktoś mi powie kiedy się urodził będę na zawsze widziała w głowie tą osobę przyporządkowaną do cyfr, bo zawsze daty porządkowały mi świat. Mam niespokojne nogi, którymi wiecznie wierzgam i ruszam, brak ruchu zresztą mnie fizycznie boli- co też niemało problemów mi przysporzyło  bo wyobraźcie sobie poważną panią magister prowadzącą zajęcia ze studentami, która macha kicajką jak dziecko. 
Tak , mam ZA. Mam 30 lat. Wiem co mi jest, zdążyłam sobie wypracować schematy postępowania w różnych dziwnych dla mnie sytuacjach. Znam już jakoś siebie, wiem co z czego u mnie wynika i staram się ciągle nad sobą pracować. A część moich "dziwactw" z ckliwością zaakceptowałam ja i moi bliscy, bo to przecież tylko element mnie, a nie moja wizytówka. 

Jeśli ta piekielna akcja się rozpanoszy i ludzie przyjmą doktryny z TVN za pewnik sporo dzieci będzie w gorszej ode mnie sytuacji. Wmawiając im, że ich problemy wynikają ze spożywania chleba czy mleka nigdy nie będą miały szans na samoświadomość oraz poczucie własnej wartości. Bo niezależnie od diety wcześniej czy później poczują się inne i odrzucone i nawet nie będą wiedziały dlaczego. Część dzieci na skutek szerzących się działań popularyzujących diety jako sposób leczenia autyzmu nigdy nie dostanie szansy na szczęście i samodzielność. Bo dzieci nie mają całego czasu tego świata, zaniechanie w pewnym okresie stymulacji rozwoju obiera im szansę na rozwój. Ale jest jeszcze jedna kwestia. I tu truchleję. Nawet jeśli wychowamy Antka w pełnej świadomości kim jest i w poszanowaniu jego inności to gdy społeczeństwo będzie powtarzało takie brednie i nie nabędzie wiedzy o tym czym jest autyzm Antoś będzie skrzywdzony. Nie tylko tekstami , że rodzice go nie " leczyli". Przede wszystkim brakiem zrozumienia. I dlatego mimo, że to nie mój konkurs, nie moją sprawą są pieniądze w nagrodzie....ba, nawet sok z sałaty nie jest moją sprawą, to przyszłość mojego dziecka JEST MOJĄ SPRAWĄ!

Myślałam , że to ja mam problem z oceną relacji między ludźmi. Że to ja nie wychwytuję " niuansów". I tak jest. Ale dla mnie uczciwość, bezinteresowność , pomoc to są pojęcia w znaczeniu niemal słownikowym. No tu nie ma kompromisów. One są jakie są, znaczą tyle ile znaczą. Gdzieś przecież są granice!!!!
Kampania " Zwykły bohater" pokazała mi , że one są tak bardzo płynne , że chyba nigdy ich nie zrozumiem. Tu nie chodzi o p. Radomską, ani nawet o tę piekielną dietę. Tu chodzi o uczciwość względem bezbronnych dzieci, które często nie mają możliwości nawet się sprzeciwić. Tu chodzi o ich rozwój, ich szanse na samodzielne i szczęśliwe życie. I o Antka! Za 15 lat w społeczeństwie. Żeby ktoś wiedział, że Antek myśli inaczej. Ani lepiej ani gorzej. Inaczej. Niezależnie od tego co zje. 

W sieci się kotłuje. Rodzice nie wytrzymują. Nie tylko ja mam dość, popatrzcie sami: 

PROTEST

Ojciec Karmiący
Aspik- Jasiek
tygryskowo
koci świat
czterdziestka na czereśni
nasz autyzm
oliwka
rozbrykana Julka
Nasze Milości
Dzielny Franek
Bracia Petelczyc


A w kwestii bohaterstwa...Dla mnie największymi bohaterami są mój syn i moja córka bo to oni codziennie pokonują swoje ograniczenia, pokazują swoją wielkość a jednocześnie wrażliwość i dobre, małe serduszko. To oni wykonują największą pracę. I choćbym napisała jeszcze tysiąc postów , pojechała na milion szkoleń i wydała pięć książek pracowitością i mądrością im nie dorównam!

czwartek, 14 listopada 2013

Wielka erupcja

Jeszcze nie opadły emocje po wymianie kół w boskiej Clio ( o których to opisywałam na naszej stronie na facebooku- tu). Jeszcze dziś rano Antoś pod przedszkolem oglądał każdą oponę i pokazywał że " pan" i ' zepsute" i " się kręci". Jeszcze w południe w drodze na Si w swoim foteliku majstrował przy oponach zabawkowego motoru i ostro go " naprawiał".
A tu trach...bum...bang. I znowu coś.
Zaczęło się niepozornie. Między przedszkolem a SI mieliśmy godzinę wolnego, zbyt mało by wykonać kurs do domu a Antoś zażądał " jeść". To z duszą na ramieniu weszłam z Antulkiem do pobliskiej pizzerii na frytki.
Antoni rozebrał się , usiadl grzecznie przy stoliku i pokazał gest " czekać". No to czekamy. Podchodzi kelner, więc zamawiam dwa razy frytki i kawę.
" Nieeee, jeszcze " gest czerwony"!!!"
A tak, jedne frytki z keczupem poproszę.
"EEEEEE, i pić, sooooooo"
I jeszcze sok jabłkowy proszę, tylko nie z lodówki.
O to chodziło Antosiu?
" taaaaaaaa!!!!!"
I czekamy.
z 15 minut czekamy.
W międzyczasie pan numer dwa kręci pizze dla kogoś, pan kurier podjeżdża skuterem, pani odbiera telefon. Jak w pizzerii. Antoś wypytuje, co rusz pada " co to" lub już gestem " kto?". To opowiadam, Antoś grzecznie słucha i się przygląda. W pewnym momencie prosi by go posadzić na kontuarze bo chce popatrzeć. No to sadzam. Patrzy na pana robiącego pizzę i komentuje. Ubawił całą ekipę pizzerii, ale zaangażowany jest w proces powstawania pizzy jakby to był nabór do Master Chefa.
Antoś wszystko wie, że trzeba z ciasta zrobić placek, że trzeba go posmarować " czerwonym" , że potrzebny ser ( do głośno dodaje że dułty- pewnie, że żółty), że ta zielona papryka się przyda. Wie, bo przecież bawił się na tablecie w " Pizzerię" i teraz wykorzystuje nabytą wiedzę:)
W końcu podano frytki. Byłam pewna, że teraz to się dopiero zacznie. Zedrze obrus, spadnie keczup, frytki wsmaruje w ścianę a widelec będzie mu spadał ochnaście razy.
Bynajmniej, było tak:

Kolejna zaleta migowego: można mieć pełną paszczękę i gadać!

Elegancik i widelec


Jedz mama a nie foty pstrykaj!!!

Kiedy musieliśmy już iść poprosił tylko o frytki na wynos, pożegnał się ładnie i poszliśmy...
Bez Rejtana w progu, bez nowej dyscypliny olimpijskiej czyli rzutu frytką na odległość. No jak? No kiedy to się tak zmieniło???

Na SI też zgodnie i współpracująco, nawet proponował p. Gosi zabawę w robienie min:)

W domu to już w sumie do wieczora praktycznie nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Ot, jak matka była zła to podszedł do matki, połaskotał ją i poprosił by się usmiechnęła( gest " ty"+ " proszę " + " uśmiechnięty"). No to matka od razu zarechotała jak żaba. To się synek z radości przytulił....
A matka miała gniewną minę bo prócz niezaprzeczalnych radości z obcowania z naszymi aniołeczkami jest też jeden " drobny " szkopuł. Leją się. Strasznie i okrutnie się biją, matka nie nadąża z rozdzielaniem. To już trwa jakiś czas, parę tygodni będzie i matka jak słyszy płacz to nie ma żadnych matczynych odruchów współczucia tylko oczami szuka taśmy klejącej. Bo ryk jest co krok. Zaczęło się od tego, że Antoś nauczył się wyraźnie mówić " moje". Wraz za tą sztuką nastąpiła całkowita nacjonalizacja mienia. Wszelkiego. Teraz wszystko jest Antosia, a gdy się choćby delikatnie zaprzeczy to jest ryk i próba obrony " własności". W przypadku Hani siłą. Bo co jak co, ale " moje" to zawsze w naszym domu była wartość nienaruszalna i Hanka " mojego" też bronić potrafi. Więc się leją z materialistycznych pobódek. Ale też o władzę i priorytety. Pech chciał, że gdy u Antosia wybuchnęło poczucie własności u Hani obudził sie " WÓDZ". Nagle, ni z gruszki ni z pietruszki przypomniała sobie że jest straszą siostrą i zaczęła Antkowi rozkazywać. Żeby mu chociaż tłumaczyła. Nie. Hanna 17 kilo ma, postawę eterycznej blondynki ale zacięcie po mamusi. Więc wydziera się po Antku tak że uszy puchną i rozstawia go po kątach z nakazem " masz mnie słuchać". Pół biedy jak tylko nie słucha, wtedy urażone ego Wodza Hanny rozpacza ale w sumie nic wielkiego się nie dzieje. Gorzej jak nie słucha i sie broni przed autorytarnymi zakusami siostrzyczki. Więc w obronie Antoś Hanię pacnie, ta mu przyłoży więc celniej, więc ten ją w płaczu już ugryzie. Hanka dłużna nie zostanie, też ugryzie i jeszcze opluje. A potem oboje biegną na skargę z płaczem że to drugie wyrządziło pierwszemu przeokropną krzywdę i oczywiście " On zaczął" a w między czasie Antek skanduje z miną mordercy przez szloch " janiaaaaa, janiaaaaa".
Tylko im kisielu nalać na panele i zapasy jak nic. Regularne MMA.
Dobrze, że próby zainteresowania Hani sztukami walki spełzły jednak na niczym, bo jakby jeszcze ona była szkolona....
Więc tak się leją. Tak kilkadziesiąt razy na dobę. I matka ma dość często gniewne oblicze. Które syn humorem próbuje rozładować.
W końcu, chciała matka relacje między rodzeństwem? Marzyła, zachęcała, inicjowała?To matka ma. Zupełnie " normalne " rodzeństwo walczące o zabawkę...
To co się matka wkurza?

Słodka parka?



Czasami tak... ale zwykle walka toczy się zacięta. Tu chwilę później wykorzystano broń masowego rażenia: jajko!


Więc kiedy w końcu udało się waleczną parkę rozdzielić, młodsze wykąpać a starsze zabunkrować w wannie to... Antoś powalił mnie na kolana. Przywlókł kucyki Hani ( Hanka w wannie, to wreszcie mógł dotknąć) i zaproponował matce zabawę. Tak właśnie, pokazał " bawić się". Ale jak?!!!
Ja byłam Pinky Pay a Antoś Apple Jack. Biegaliśmy, skakaliśmy, przeskakiwaliśmy przez płotek z kolana. Chodziliśmy po murku. Apple Jack chyba się zmęczyła bo zaproponowała drzemkę. Kuce położyły się więc do łóżka i chrapały, a jak wstały to sie przywitały, stuknęły kopytkiem i dały sobie buziaka. i poszły coś zjeść. Potem poszły odwiedzić Hanię w wannie i całą zabawę szlag trafił bo jak Hania zobaczyła że kucyki są w obcych rękach to zrobił się dym. Ale....ale...
Scenariusz zabawy od początku do końca w reżyserii Antoniego B:) Przedstawienie trwało z 10 minut co najmniej, może nawet 15...

I to jest gigantyczne COŚ!!! Zalążki tego były już wcześniej, urywki minutowe, najdłużej chyba niedawno zabawa w sklep z koleżanką w przedszkolu. Ale teraz, nagle , w ciągu kilku dni mamy wysyp zabawy w " udawanie". Oczywiście głównie opartej na naśladownictwie, ale to Antek sam proponuje w co się bawić i naśladuje obrazki zobaczone nawet jakiś czas temu w zupełnie innej sytuacji. Jest więc strażakiem, i skrobnął Hani skrzydła motyla, zakłada sobie na plecy i udaje że fruwa. Dużo gotuje, majsterkuje. Bawi się tak z nami , ale i tez sam chwilę, na dywanie. I co ważne, sprawia mu to wielką radochę!!!!

Ileż to miesięcy było " podchodów psa do jeża" by się z nim pobawić tematycznie. Mamy cały asortyment " pudełek tematycznych": ten medyczny, zwierzęcy, kulinarny, budowlany, w mamę i tatę...
Nie powiem , jakieś tam postępy były, ale opornie to szło i trwało chwilkę a potem się nudził. Teraz nie trzeba zaganiać, sam nagania:D
Bawi się realnymi przedmiotami ( mi talerzyki, mini zwierzątka) ale też zupełnie abstrakcyjnymi. Chyba sekwencja edukacyjna w udawanie " czy jest klocek" wreszcie zaczęła przynosić efekty.
To nie są początki zabawy tematycznej. To jest wielka erupcja!!!!

wtorek, 5 listopada 2013

A jednak głupota ludzka potrafi mnie zdziwić...

Przyjaciel podesłał mi dziś link do stronki Doroty Zawadzkiej na facebooku. Jak nigdy wlazłam...i zatkało mnie.
Stowarzyszenie Olimpiady Specjalne przygotowało najnowszą kampanię promocyjną. Co ona ma promować? Nie ogarniam...



Jak chyba większość ludzi na tym świecie nie przywiązuję się do poplamionych ubrań. Uprawiam recykling, na ściereczki, na zabawki dla dzieci. Mamy wśród przyjaciół zwyczaj przekazywania ubrań, które już nie są przez nas użytkowane, do potrzebujących rodzin. Zwykle wysyłamy do jednej wioski na Ukrainie, bo wiemy, że warunki życia tam są naprawdę bardzo trudne. Ale nigdy, naprawdę nigdy żadne z nas nie przekazało poplamionego czy zniszczonego ubrania. No bo jak ? Przecież to upokarzające...

Może w tym tkwił pomysł inicjatorów, by w " medialny",  krzykliwy i bulwersujący sposób zwrócić uwagę na Zespół Downa. I to się niewątpliwie udało, plakat bulwersuje.
Ale analogii do koszuli, nawet poplamionej nie widzę.

To prawda, że najgorszą obelgą w mojej, niezbyt tolerancyjnej podstawówce było nazwać kogoś " Ty Downie". Zgadzam się, że nasze społeczeństwo nie jest wzorem tolerancji. Ale...

Czy naprawdę należy w tak upokarzający sposób to obnażać? w kogo niby to godzi? W nietolerancyjnych? Bo ja myślę, że jakimś idiotycznym porównaniem ( z kosmosu wymyślonym)uderza w dzieci i osoby dorosłe z Zespołem Downa.
I tylko się zastanawiam po co?
Żeby przybliżyć ideę paraolimpiady???
Do diabła, od wielu lat nasi paraolimpijczycy prześcigają w ilości zdobytych medali naszych olimpijczyków. i naprawdę jest to dostrzegalne również w mediach. Czy nie można szerzyć kampanii pozytywnym przykładem?

Czy tematyka niepełnosprawnych jest marginalizowana w przestrzeni publicznej? Na pewno, wciąż zbyt mało i niezbyt rzeczowo rozmawia się o niepełnosprawności. Ale bywają pozytywne przykłady mediów , które rozmawiając o niepełnosprawności poruszają tez kwestię samoświadomości i dojrzałości, jak choćby ten wywiad z p. Dominiką w Newsweeku: tu .
Po co wbijać kij w mrowisko raniąc innych? No po co?
Jak poczuły się osoby z Zespołem Downa? A jak ich rodzice? Czy myślą o swoich dzieciach jak o koszulach , brudnych koszulach?
Czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić, że owszem Zespołu Downa nie można wyleczyć ale to wcale nie przekreśla szans na szczęśliwe życie? Czy nie lepiej pokazywać przykłady osób które są w przestrzeni publicznej i samorealizują się. Choćby przez Olimpiady Specjalne?
Może i ten cel przyświecał organizatorom akcji. Może to ja jestem za głupia i tego nie widzę....
Dziś przyszła przesyłka z Fundacji JiM. Z dumą przypięłam do torebki znaczek " Mam autyzm. A Ty?".
Z prawdziwą radością założyłam bransoletkę " Wszyscy jesteśmy nienormalni". Ja- matka. Bo ja tak czuję. Bo jest kwestią mojego wyboru czy chcę taki przekaz nosić czy nie. A jaką decyzję podjęły dzieci z Zespołem Downa?
A nie...ich przecież nikt nie pytał. Organizator sobie uogólnił i walnął hasło na plakat....

Dwa lata temu Antoś był bardzo zamkniętym dzieckiem, pogrążony głęboko w swoim świecie. W ramach terapii trafił do Pogotowia Terapeutycznego w Fundacji Dom i tam właśnie miał się wstępnie " uspołeczniać". Tyle, że bał się dzieci a że głośno wtedy krzyczał i płakał dzieci bały się jego. Ale pamiętam jedną przełomową chwilę, gdy chłopczyk , śliczny blondynek z największym uśmiechem na świecie podszedł do Antka, gdy ten tak strasznie płakał, przytulił go i dał mu chrupkę kukurydzianą. Wówczas, po raz pierwszy Antoś nie rzucił się na podłogę i nie zaczął kopać i uderzać główką jak zwykle tylko popatrzył na tego chłopca  mokrymi oczami i zabrał z rączki chłopca chrupkę. Migawka, sekunda jedynie. A jednak pierwsza interakcja z dzieckiem w historii Antosia.
Ten chłopiec miał pomarańczową koszulkę, krótką blond czuprynkę i zabójczy wprost uśmiech. I dodatkowy chromosom miał...
Nie był koszulą, nie miał plamy.
Był roześmianym, serdecznym, pierwszym kolegą Antośka.



Nie rozumiem ludzi, naprawdę nie rozumiem...


sobota, 2 listopada 2013

Nudno?

Zdaję sobie sprawę z tego, że zaczyna być na tym blogu nudnawo. No bo ile można pisać o " ochach" i "achach"? Ile można ekscytować się dniem codziennym?
No tak się jakoś ostatnio przy Antulku składa, że ...nieustannie. Młody dostarcza nam takich dawek endorfin , że praktycznie latamy, a matka wszystkie zęby niebawem starci jak będzie z taką regularnością uderzać szczęką o podłogę. Bo taka sobie sobota, wiem wiem, niby wyjątkowa bo Zaduszki. No ale ze względu na zagilenie 7 stopnia panny Hanny w całości przebimbana w domu w pieleszach. Nic, absolutnie nic co warto było by chociaż zaznaczyć w planie aktywności Antosia. Kompletna nuda...

No co tu pisać, że Antoś wstał, zrobił poranny rozgardiasz a potem stał przed planem i pytał " a gdzie dzieci"???
Co tu pisać, że towarzystwo cały dzień układało klocki i zbudowało RAZEM świetną piramidę Cheopsa?



No...przecież to nudy. Owszem jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy w sekwencjach edukacyjnych przykazane zabawy klockami i szło nam z Antosiem co najmniej opornie, ograniczając się do leniwego złożenia 3-5 klocków i ucieczki ze stanowiska konstrukcyjnego. A dziś matka wertuje całe allegro, bo pilnie, ale to naprawdę bardzo pilnie należy zakupić klocki magnetyczne i takie tematyczne, i gofry , bo dziecko ma kręćka na klocki i jeszcze się przy tym fajnie z Hanulką bawi i kwiczy ze szczęścia na wszystkie pokoje.
Eeeee tam , nuda...

Zupełnie nudne jest też to że matka z dziećmi na blacie zrobiła dwudaniowy obiad i nic się nie stłukło, nie wylało i obiad nawet zjadliwy jest. Żadna przecież rewelacja. I że jak matka kroiła dynię to Antoś kroił plastikowym nożem skandując " ciach, ciach". 

Że matka puściła Misia i Margolcię a syn śpiewał na cały głos " fafafafafafa"? No to chyba normalne, że dzieci śpiewają z rodzicami berbeciowe piosenki, prawda? Przecież prześpiewałyśmy z Hanką wszystkie 5 płyt Misia gdy miała dwa lata i do dzisiaj zdarza nam się podśpiewywać, że " tylko biedronka nie ma ogonka". Toż to infantylna codzienność. A że syn śpiewał, powtarzał sylaby śpiewane i jeszcze bioderkiem w takt zarzucił? No i co z tego, że tydzień temu nie potrafił? A rok temu za puszczenie piosenki w domu rąbnął mi doniczką ze storczykiem w łeb?Tylko krowa nie zmienia poglądów! Swoją drogą , a propos krowy ' muuuuuuuu" jest również bardzo doniosłe.

Że dzieci ukradły dwa koce i ganiały się po całym domu udając duchy i się strasząc wzajemnie meeeega głośnym "Uuuuuuuu"? Oj no , Halloween było. Wprawdzie matka nie obchodzi, święta takowego nie uznaje, nawet w tym roku nie wybebeszyliśmy dyni a dzieci pozamykane w domu głównie były przez świętem ale...wszędzie trąbią , że Halloween to i się dzieci bawią adekwatnie do pory roku. Wielkie mi coś! To nic, że nie mamy telewizji, radia nie słuchamy, gdzieś tam pewnie zobaczyły przewodni motyw duchów i potworków i się bawią. Oj wielkie mi coś, że się bawią w udawanie...

Że się czochrały  i turlały na podłodze rechocąc jak żaby z dobre pół godziny? A bo to jakieś odkrycie, że dzieci się lubią wspólnie wygłupiać!






Że matka zainspirowana rozmową z p. Moniką pokombinowała nad pomocami do sekwencji edukacyjnej? No dziwne by było jakby sprawy nie przemyślała. A tak to standard, matce się tylko wydawało że dobierała aktywności do potrzeb atrakcyjności Antosia, ale uznała że można to zrobić jeszcze atrakcyjniej, pognała do sklepu po gazetkę z autkami, powycinała ( tak, Antoś też wycinał, ale to chyba normalne że trzylatek lubi wycinać nożyczkami , prawda?). Że Antuliński razem z matką laminował obrazki i sam matce powiedział że już jest zielone światło i już można wkładać? No przecież ślepy nie jest , problemów z kolorami nie ma, to co miał nie powiedzieć?






Że Antosia do wyżej wymienionych zabaw ( w ramach sekwencji) zaciągnąć się dało i nawet chętnie robił? Matko kochana, a który chłopiec nie pobawi się autkami! Też mi coś! Wprawie poziom abstrakcji w zgadywaniu stanów emocjonalnych Zygzaka McQueena przerósł naszego bohatera? Oj no, wielkie mi coś! Za to brakujące elementy miasteczka autka dopasował bezbłędnie patrząc czy to dach czy ulica. A że jeszcze dwa dni temu końmi i wołami nie dało się uparciucha zaciągnąć do takiej zabawy? No bez przesady matka, to że się dziecko rozwija to chyba normalne, co nie????????




Ano właśnie nie. Dla nas nienormalne. Domyślam się że właśnie tak wygląda zwykły dzień w domu w zwykłych rodzinach. Jakieś tam wspólne pichcenie, wariacje dywanowe, śpiewanie i układanie, śmiechy i swawole. Normalka. A dla nas cud.
Tylko cudów ile dziś Antek zaprezentowal to ja nawet do tylu nie potrafię liczyć. Takie dni się u nas nie zdarzają. Nie w tak całkowitym kształcie. Ja tu oczywiście opisuję genialne postępy Antka, a pewnie że są. Ale to są migawki, chwilki maleńkie przetykane i też trudniejszymi momentami. A tu dzisiaj nagle coś takiego....Tysiąc umiejętności na minutę, cały czas z usmiechem na twarzy i w relacji, w zabawie ze mną lub z Hanią.
Przecież jak ja w poniedziałek powiem naszej p. Ani- logopedzie , że młody próbuje śpiewać sylabami to jej buty spadną z wrażenia!!!!

Wiem, że p. Monika i p. Iwona czasem tu zaglądają i wiem , że też im się buzia uśmiechnie, bo Antka znają, wiedzą ile potrafi , ale żeby aż tak???????
Jeśli tak wygląda nudna sobota to ja codziennie poproszę. Wnioskuję o zlikwidowanie innych dni tygodnia. OD JUTRA!!!!

A na koniec kolejny cud, tym razem nie nasz, ale ponieważ wszystkie dzieci nasze są...


 Jest sobie Jaś, Australijski Jaś. 1,5 roku temu Jaś przyjechał do Polski na diagnostykę i jakieś inicjatywy terapeutyczne, bo w Australii, wbrew opiniom o dostatku pod tym względem to pustynia jakaś jest. I  wtedy u Jasia autyzm aż hulał, zresztą żeby tylko autyzm, i niedosłuch i taki zespół alergii i nietolerancji, że wydawało się , że jedynym nieszkodzącym Jasiowi sposobem odżywiania będzie fotosynteza. Oj ciężki to był czas. I Jaś kompletnie nieobecny na początku i Mama Jasia przybita i zdołowana, bo za dużo na nią spadło na raz a tu trzeba było w jedne wakacje wszystko sprawdzić, leczyć, dograć bo we wrześniu powrót do australijskiego domu. Oj, godziny przepłakałyśmy, przegadałyśmy, przekombinowałyśmy. Próbowałyśmy jakieś relacje między naszymi chłopakami zawiązać, ale chłopcy wówczas byli na takim poziomie rozwoju społecznego, że Antek nawiązywał więź stymulując się autkiem a Jaśko Hani się przestraszył ,z Antkiem nic się wtedy nie dało dogadać, więc nawiązał kontakt z naszym , Ś.P królikiem Edkiem.

Gdy ruszyła terapia Jasia w Polsce razem cieszyłyśmy się każdym najdrobniejszym sukcesem , a były to naprawdę maleńkie kroczki do przodu. Mama Jasia miała w sobie jeszcze ten żal, że czemu autyzm, czemu właśnie ich to spotkało ale zakasała ręce do roboty i dzielnie wykonywała polecenia lekarzy, terapeutów i dietetyków. 
Co umiałam pomagałam, dzieliłam się doświadczeniem. Ale uczeń przerósł mistrza. Przynajmniej w zakresie kulinarnym- żebyście wiedzieli jakie Mama Jasia cuda wyprawia w kuchni z tych obrzydliwych substytutów jajek i mąki! Ślinka cieknie!!!!
A Jasio? Od wyjazdu z Polski, czyli tych początków w zmaganiu z autyzmem minął rok z kawałkiem.Jasiu przebył daleką drogę.  Jasio gada, bawi się, jest chwalony w przedszkolu. Rozwój poznawczy na medal, Jaś " Liczy do stu, liczy od 20-0, tak zaczyna czytać, bardzo powolutku bo woli cyferki, zna cały alfabet czyli nazwie każda literkę, odejmuje i dodaje...."

Ale to jest moi drodzy jeden wielki pikuś. Drobiażdżek taki. Bo najważniejsze wczoraj Mama Jasia przysłała mi na fejsa. Przeczytajcie:

"Jaś w lutym zaczyna szkole i był już w nowej szkole na takich zapoznawczych dniach i mówi ze lubi. Wiem ze sobie poradzi z edukacja ale z reszta się boje, ma kolegów w przedszkolu i jest lubiany bo jak zapraszają go na urodziny to chyba się lubią".

I oczywiście, a jakże , poryczałam jak przeczytałam.

Zapraszany na urodziny! Lubiany! Ma kolegów!!!
P. Moniko, p. Iwono? Słyszycie????

Wiem, że czytają nas rodzice którzy dopiero zaczynają to przygodę. I wiem, że się boją. No przecież, że wiem. Więc, Kochani, jeśli boicie się czy dacie radę to polecam Wam ustawienie tego posta jako strony startowej w przeglądarce. Dacie! Co macie nie dać?
Będzie trochę trudno, trochę straszno, ale nudno nie będzie.
No sami zobaczcie, że nudy nie ma!


piątek, 1 listopada 2013

Sprzedawca i matka-beksa

Wczoraj był ciekawy dzień.
Najpierw rano pognaliśmy z Antosiem do Prodeste. Gdy Antoś szalał ze swoimi Paniami Wolontariuszkami matka miała konfrontację samej z sobą za sprawą p. Moniki. Cóż tu dużo mówić, pranie mózgu na temat rediagnozy Antka  i paczka chusteczek w ruchu. Matka spłakała się solidnie, ale też przewałkowała z p. Moniką wszystkie " ale". Bo matka tak ma , że matka musi rozumieć. Jak nie rozumie to się gubi, wpada w chaos...
Matce zostało więc wszystko jeszcze raz wyjaśnione, " jak chłop krowie na rowie"( pani Moniko , serdeczne dzięki za tony cierpliwości). Oraz p. Monika zaproponowała kilka genialnych rozwiązań do realizacji, na które matka w życiu by nie wpadła a które mogą przełamać niektóre zachowania Antośka.
Matkę na duchu podniesiono, bo nikt tak matki nie stawia do pionu w minutę jak główny terapeuta Antośka.
I matce zadano zadanie domowe  w celu złapania odpowiedniego dystansu. Matka miała obejrzeć wszystkie filmiki Antosia z tych dwóch lat i przeczytać wszystkie maile do p. Iwony- naszej pierwszej ( i wspaniałej!!!) terapeutki.
A matka systematyczna jest, jak zadanie to zadanie. Więc gdy Antoś był w przedszkolu matka zadanie odrabiała. No i się spłakała. Na amen, do cna, całkowicie.

"proszę"

" o jabłko!"


Gdzieś w pamięci był obraz tego jaki Antoś był w chwili " startowej". Gdzieś matka ma wspomnienia naszych małych- wielkich kroków milowych i metod jakimi tego dokonano.
Ale przeżyć to jeszcze raz to było coś! Przeczytać znów te maile  i przypomnieć jak ekscytowaliśmy się gdy Antoś pierwszy raz chwycił kredę do ręki na pacnął kreskę na tablicy. Gdy po raz pierwszy " przemówił " do Hani. Gdy powiedział " mama"...

I pomyśleć, że rok temu rączki Antośka były niedotykalskie...


A dziś robi prace plastyczne w przedszkolu


Ryczałam, ryczałam i rósł mój podziw dla tego chłopczyka. Tak, podziw i szacunek!
To jaką pracę wykonał Antoś przez ostatnie dwa lata przekracza granice wyobrażeń i marzeń. To jest po prostu niesamowite ile to dziecko ma samozaparcia i uporu! Ile potrafi osiągnąć! Ja bym odpadła w połowie drogi, w życiu nie dałabym rady tyle nad sobą pracować. On przy tym jest jeszcze uśmiechniętym i pogodnym brzdącem!!!!

A jak już matka sobie popłakała tak solidnie i wszystkie szufladki w głowie poukładała to pojechała matka z entuzjazmem po Antulka do przedszkola. I znowu się matka spłakała.
Wchodzę na górę , a p. Ania nakazuje mi gestem ciszę i prosi bym podejrzała co Antoś  robi w sali. Więc zapuściłam zza framugi oko zwiadowcze. Patrzę, patrzę...i czuję że zaraz się przewrócę a łzy same napływają mi do oczu.
Antoś siedzi za zabawkową kasą sklepową, w rękach ma czytnik od kasy. Przy kasie stoi Milenka i miga do Antka " proszę" i dziękuję. A mój synek uśmiecha się , podaje jej produkty, odpowiada że " czerwony" ...
Całość trwała chwilkę jedynie, potem się synek zreflektował że Wielka Matka podgląda i podbiegł się przywitać.
A p. Ania patrzy na te moje mokre oczy i tym swoim mądrym , spokojnym głosem mówi:
" Właśnie chciałam żeby to pani zobaczyła, już dłuższą chwilę tak się bawią"....

Schodząc po schodach Antoś dopytywał się dlaczego płaczę. Synku, z radości, z dumy!!! Też można!
I tak Antoś został sklepikarzem w sklepie. Czy to tygodnie podobnych, choć mniej udanych zabaw z Hanią sprawiły że widziałam cud?
A może wczorajsze nasze zakupy z Antosiem, gdzie Tuptuś razem ze mną dzielnie niósł koszyk, zaznaczając że jest mały, wybierał produkty, siedział na kasie sklepowej i wpatrywał się w kasującą ekspedientkę? Może to że sam zapłacił za zakupy?
Nie wiem co sprawia, że Antoś się otwiera. Pewnie wszystkiego po trochu. Efekty terapii, uczestnictwa Antosia w zwykłych i codziennych sytuacjach w którym matka nie bacząc na autyzm angażuje go dokładnie tak jak angażowała Hanię parę lat temu. Na pewno też wpływ Najwspanialszej z Wspaniałych, Hani, która nie dalej jak wczoraj z 6 klocków zrobiła sklep z zabawkami i kazała ( a Hanka sprzeciwu nie znosi) Antkowi kupować.
To wszystko sprawia, że Antoś się otwiera. Że wreszcie pojawiło się u niego naśladownictwo i faktycznie bierze udział w każdej sytuacji, jest bardziej świadomy tego co się dzieje i jeszcze próbuje po swojemu robić to co my.
Ale najfajniejsze jest to ile daje frajdy taka zabawa Antulkowi. Widziałam roześmianą buźkę w zabawie z Milenką. Widziałam tę dumę gdy płacił pani kasjerce w sklepie, słyszałam to głośne i wyraźne " jeszcze!", gdy robiliśmy pranie i ślepa matka zamknęła pralkę a Antek dojrzał jeszcze skarpetki do prania. Jego to naprawdę cieszy.

Takie sobie " zwykłe" kolorowanie z dziećmi...Pikuś:)