czwartek, 5 września 2013

wychowanie przez zaniechanie

Po turnusie rehabilitacyjnym musieliśmy odpocząć. Nigdy bym nie przypuszczała, że to będzie tak męczące doświadczenie. Antoś głównie odsypiał, po 4-6 godzin w dzień. Nawet Hania, która zaniechała już drzemek w dzień padała jak długa.

Kiedy więc Antosiowa Babcia przyjechała po Hanię na jej oczekiwane wakacje w Radomiu w domu dorośli śpiewali tak:



Wiem, wiem , powinnam machać chusteczką za dzieckiem i spać z tęsknoty w jej pokoju. Ale prawda wyglądała inaczej. Dwie godziny po wyjeździe Hani spakowałam już plecaki, wałówkę i przygotowałam małżonka że nazajutrz jedziemy w góry do znajomych WYPOCZYWAĆ!!!!

I tak zaczął się nowy okres w naszym życiu, WYCHOWANIE PRZEZ ZANIECHANIE.

Dotarliśmy w Beskid Żywiecki i pierwsze co rzuciło nam się w oczy to dzieci!!!! Mnóstwo dzieci!!! Statystycznie na jednego dorosłego w chacie wypadało 2,5 dziecka. Najpierw się zatrwożyłam, no bo...fajne te dzieci, ale ja tu przyjechałam wypoczywać!!!! Widząc moją konsternację podeszła koleżanka, poklepała mnie po plecach i mówi" Gośka, luzik, tu się dzieci same sobą zajmują, naprawdę rzadko je widujemy".

Że co????????

No więc w lekkim szoku zaczęliśmy wynosić bagaże z auta a Antek już pobiegł w długą. Bo i było gdzie biegać. Pięknie położone schronisko młodzieżowe, wokół polany, pagórki, strumyk, wiata ogniskowa, scena...no i te dzieci pomykające radośnie z każdego kąta. Cześć młodzieży leniwie sobie spożywała obiad na drewnianych stolach przed chatą. Antek tego nie mógł przegapić, przysiadł się grzecznie, oczkiem zamrugał, uśmiech puścił i nim się obejrzeliśmy już wsuwał swojego pierwszego w życiu Vifona!!!

Nie powiem, przez pierwsze kilka godzin miałam klasyczny odruch kwoki i śledziłam, na co znajomi nasi patrzyli z niemałym ubawieniem. Potem nam przeszło a udzieliła nam się sielska atmosfera absolutnego NICNIEROBIENIA. Jeśli ktoś podejrzewa, że miało to cokolwiek wspólnego z zaniedbaniem dzieci śpieszę sprostować, nic podobnego. Otóż dzieci same sobie organizowały czas i to tak, że my byśmy im tego lepiej nie wymyślili.

Starsze latorośle, te bardziej podlotkowate wybyły poza teren schroniska i założyły wioskę indiańską, sekretną i niedostępną dla innych, a zwłaszcza młodszych śmiertelników.
Młodsze, początkowo rozżalone, postanowiły zrobić konkurencyjną imprekzę, czyli wioskę 2:0 w małym drewnianym domku dla dzieci. A gdy im się znudziło przeniosły się w klimaty afrykańskie i niczym Staś i Nel pomieszkiwały w dziupli w drzewie( niemałej).
Biegały i szalały na niemałym areale.
Grały na dwustrunowej gitarze.
Z wiaty ogniskowej uczyniły stoisko z artefaktami turystycznymi gdzie za jedyne 10 złotych ( !!!) można było kupić hand-madową pamiątkę z Beskidu Żywieckiego, czyli kamyk zawinięty w liść:)
Toczyły się również warsztaty plastyczne, czyli malowanie twarzy na wzór indiański CZYM POPADNIE, mordując w ten sposób dwugodzinne sprzątanie łazienki przez Antosiowego Tatę( którą to ojciec umył by nabyć drogą stosunku pracy zacny kawałek drewna). Nosiły drewno z drewutni i strasznie- nie wiedząc czemu- się tym ekscytowały. Woziły się w taczce. Biegały za psem. Jadły co upolowały( nie no, czasem jadły też klasyczne posiłki). Zbierały kamyczki znad rzeki.
Śpiewały.
Tańczyły.
Rysowały patykiem.

A gdzie w tym wszystkim Antoś?WSZĘDZIE!!!
Oczywiście trudno jeszcze powiedzieć, że w pełni bawił się z dziewczynkami, ale dziarsko próbował. Brał udział w każdej tej działalności. Jak również uczynił sobie zjeżdżalnię dla autek z pudła na wiolonczelę, wspinał się wszędzie. Jak powszechnie wiadomo miarą szczęścia dziecka na wakacjach jest skala jego brudu. Antoni przetestował tę zasadę włażąc do popiołu z paleniska i miał niebiańską wręcz radochę z tytłania się na wszystkie strony. Uprzedzam zbulwersowanych, nie interweniowaliśmy. Wszak w chacie obowiązuje wychowanie przez zaniechanie. Ale nim prokuratura zastuka do drzwi powiem szybko , że wlazł do wygaszonego i zimnego kręgu ogniskowego.
Z kapsli robił pociągi. Rzucał patykami.
Co tam deszcz! Jest zabawa!


Grunt to wyobraźnia!


A skąd wyście wzięli taką wieeeeelką gitarę? Antoś i pierwsze spotkanie z wiolonczelą


Po wizycie w popiele


Czas coś przekąsić


A jak im zwinę solniczkę to się zreflektują????


Master of grill- Antosiowy Tato

Jako że rodzice całe noce spędzali przy ognisku i gitarze na śpiewach i swawolach, wczesnym rankiem, gdy Antoś wstał musiał sam sobie zapewnić atrakcje bo rodzice po całonocnych śpiewach jedynie okiem łypali czy dziecko w pokoju, czy już zwiało. I pewnie zwleklibyśmy się z łóżka gdy Antoś zaczął majstrować przy zawartości nocnika gdyby nie to, że majstrował wraz z raczkującym, 11-miesięcznym Bąblem. Nie tylko bawili się w raczkującego berka, ale też wpadli na pomysł ozdobienia ścian śladami rączek, maczanymi w nośnikowej zawartości. Po kolei, na zmianę , ze wskaniem przez Antka na Bąbla i okrzykiem " Tiii, tiii".

Dzieci się umyło, podłogę i ściany też. Ale kontakty interpersonalne? Bezcenne!!!

Jako, że w chacie panuje zasada, że ktokolwiek z dorosłych widzi dziecko-swoje czy cudze- to się zajmuje w jeden dzień spokojnie nam się wyspało do nieprzyzwoitej wręcz godziny 10. A Antek w tym czasie wszedł do pokoju obok , usiadł na cioci Asi i zaczął się domagać przewiezienia na koniku. No Antek, bez jaj jest rano- ciocia Asia negocjuje by zszedł. Antek wdaje się w polemiki i werbalnie oraz makatońsko zachęca ciocię do zabawy.
Ciocia postanowiła wziąć Antka na litość: " Antosiu, ciocia jest bardzo śpiąca, ciocia będzie spać".
Znam sytuację z opisu, ale ciocia Asia zna się na rzeczy, więc skoro mówi, że wtedy u Antka włączyła sie empatia to znaczy , że tak było. Antek wówczas popatrzył na ciocię, pogłaskał ją, przyłożył palec do buzi, powiedział " ciiiiii" a potem zaczął ciocię usypiać poprzez " aaaa aaaa aaaa". I poszedł. Bo ciocia chciała spać.
Dołączył się przed chatą do śniadania starszaków i tak spożył swoje pierwsze płatki na mleku w życiu. I żyje!!!!

Po południu ciocia Asia postanowiła uczyć Antoniuszka. Wzięła go na kolana i uczyła jednego z najważniejszych słów, czyli... " Asia".
" Powiedz Asia"
" Mówimy Asia"

Ale Aśka, no w życiu, przecież Antek w życiu nie powtórzy, nie męcz go- protestowaliśmy.
Idźcie w pierony i proszę mi nie przeszkadzać- poskromiono nasze instynkta.
I dobrze, że poskromiono , bo Antoś się naprężył, minkę zmarszczył i krzyknął na cały głos " ASZA, ASZA!!!!!".

Po salwach braw, podrzuceń i radości kluczowe słowo " Asia " zagościło i już do końca wyjazdu właśnie tak Antoś zwracał się do cioci. Dumny i szczęśliwy. A my zawstydzeni wpatrywaliśmy się w mrówki...

No to ciocia Asia z głupia frant zawyżyła poprzeczkę i rzuciła : " to teraz mówimy wujek Sztajger".
Tym razem nic nie powiedzieliśmy, nie dało się , wybuchnęliśmy takim śmiechem że mało nie zagłuszyliśmy Antka. A Antulek znów się naprężył i szelmowskim uśmiechem wykrzyczał " Ajger, ajger!!!".
Minę mieliśmy ponoć jako kot na pustyni który nie ogarnia tej kuwety....

W chacie jednym z gości był pies. Fajny pies, to znaczy ja uważam że fajny, bo ze mną się tulił i lizał, noga Antosiowego Taty ma inne zdanie o psinie. Antoś początkowo bał się psa. Choć nie, nie tyle bał ile reprezentował klasyczną postawę " a chciałbym a boję się". Chodził za psiną , wodził wzrokiem ale gdy psinka kochana do niego podchodziła chował się za nami. Pod koniec wyjazdu już psinę głaskał. Sam z siebie. Nikt go nie nakłaniał, żadnej dogoterapii, nie, nie. Wychowanie przez zaniechanie...

Psinka


Gdy dołączyła do nas kolejna ciocia miałam stresa. Bo bałam się że będzie wrzask. Ciocia Ola źle się Antosiowi kojarzyła, bo Antoś spotkał ja kilka razy gdy grywała na instrumentach. A to był czas meeeeega nadwrażliwości słuchowej u  Antka. I choć nadwrażliwości już takiej nie ma, choć ciocię Olę spotykał i w innych okolicznościach przyrody niż z gitarą w ręce to jednak gdy w Opolu ujrzał ją na korytarzu od razu włączył bieg wsteczny z krzykiem.
A w chacie?
Ciocia Ola przyjechała nocą, gdy Antoś już spał. Rano otworzył oczka popatrzył, dostrzegł nowe osoby w pokoju i ...podszedł się przywitać. A potem wieszał się na cioci Oli i z wielkim zainteresowaniem patrzył gdy grała na wiolonczeli.

Matka zapragnęła odmiany i poprosiła koleżanki o postrzyżyny. Gdy ciocie cięły włosy Antoś podchodził i wskazywał , że " auuuua", a potem próbował mnie bronić przed nożyczkami, bo zakodował sobie , że przecież dla niego fryzjer nie jest przyjemny więc trzeba mamę ratować.

Dla nas to szok! Wyjazd był krótki ( 4 dni) ale tak obfity w niesamowite zachowania Antosia, że przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Było tam tez kilka osób z branży terapeutycznej i też przyjemnie łaskotali nasze ego rodzicieli mówiąc że Antoś zrobił spektakularne wręcz postępy.

Wiemy, widzimy, czujemy na każdym kroku.

Z wypadu w Beskid Żywiecki wyciągnęliśmy kilka wniosków:
- Antek to już prawdziwy globtroter i podróże z nim są już prawdziwą przyjemnością
- każde nowe otoczenie jest dla Antka źródłem atrakcji a nie niepokoju
- towarzyska z niego bestia i o kontakty zabiega
- DA SIĘ WSPANIALE WYPOCZĄĆ Z DZIECKIEM NA POKŁADZIE
- ALE MUSI TO BYĆ W RAMACH AKCJI " WYCHOWANIE PRZEZ ZANIECHANIE".


Wychowanie przez zaniechanie jest ekstra!!!!



Najważniejszy wniosek: więcej luzu, mniej spinania się. To się sprawdza najlepiej dla Antosia. I dla nas też:)
też musicie spróbować!




5 komentarzy:

  1. ważne są tylko chwiiiileeeee :-) było po prostu super a Człowiek Demolka z prawdziwym rozrzewnieniem wspominany jest po dziś przez rzesze młodszej i starszej młodzieży :-) a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzesze młodszej i starszej młodzieży to dla mnie fenomen. Pierwszy raz widziałam , zeby oraie natolatki nie wywalały brojącego brzdąca z swojego pokoju tylko sie z nim smialy i nawet bawiły!!! Niesamowite dziewczyny!!!

      Usuń
  2. ważne są tylko chwiiiileeeee :-) było po prostu super a Człowiek Demolka z prawdziwym rozrzewnieniem wspominany jest po dziś przez rzesze młodszej i starszej młodzieży :-) a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, zapomnialam napisać o Człowieku Demolce!!! antek z upodobanie chadzał do pokoju dziewcząt i siał tam istne spustoszenie. Nic nie niczył, tak trwale, ale włączał mu się grzebacz i siał bajzel nieziemski. Początkowo zabierałam, przepraszałam i sprzątałam ale szybko mi dziewczynki pokazały, że Człowiek Demolka jest zabawny i one się wcale o demolkę nie gniewają. A ksywka się przyjęła na stałe:)

      Usuń
  3. heheheh :-) gorzej. Nawet dopytywały, jak im tylko młody zniknął z pola widzenia "a gdzie Człowiek Demolka? On jest taki fajny" ;P No i miały na kogo zwalić posianie dwóch kart do gry w UNO, które musiały wykupywać w następnej części podróży po górach. Historia była prosta - dostały minut X na posprzątanie pokoju i wygarnięcie z niego swoich skarbów. Po minutach X zniknęły z horyzontu twierdząc, że wszystko zabrały. Przy gruntownym oglądzie komnaty okazało się, że pod łóżkami znalazło się jeszcze co nieco;) M.in. rzeczone karty UNO. W następnej górskiej siedzibie do której udaliśmy się całą bandą dzieci i dorosłych (głównie dzieci) zorganizowaliśmy wykup fantów;) Za karty UNO zapłacili sprzątaniem przedsionka chaty ;-) Ale podczas opcji ustalania wynagrodzenia rozlegały się jęki "to nie my, to Człowiek Demolka zguuuubiłłłłł" ;-) na co tylko usłyszały "jaha". I zabrały się do roboty ;-) pozdrówka, a.

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...