środa, 18 września 2013

Końska rewolucja

Nasza przygoda z hipoterapią trwa już 1,5 roku. A początki wcale nie były łatwe ani milutkie.
Najpierw Antoś bał się konia, nawet nie musiał na niego wsiadać, po prostu takie duże zwierze go przerażało.
Gdy przestał się bać konia i wreszcie wlazł...to mu się bardzo nie spodobało. Antulek był wówczas wiotki, napięcie mięśniowe było zdecydowanie nie koło normy nawet, przedsionki rozhulane jak okręt na morzu a priopriocepcja niemal nie istniała. To było dla malucha na początku za dużo, mało że na wysokości, że się kołysze i zsuwa na boki to jeszcze na dodatek jakaś obca kobieta trzyma go za nogę i nie zamierza puścić. Coś tam go drapie w tyłek mimo pieluchy( jazda na oklep). No i ten zapaszek, który jednak był wszechobecny.

Pan Waldek, właściciel Karola i Kariny, pierwszych końskich towarzyszy Antosia zapamiętał go z najgłośniej wykrzykiwanego i najszybszego " nie, nie , nie, nie" w swojej historii. Pani Magda uczciwie powiedziała, że daje sobie i Antulkowi jeszcze tak z 5 spotkań na oswojenie, jeśli niepokój Antka nie minie trzeba będzie odpuścić, dla dobra Antosia.

No i właśnie podczas czwartego spotkania Antoś stwierdził, że jednak z koni nie rezygnujemy. Od tego momentu przez niemal rok był schemat: po wejściu na konia wrzaski i protesty z 10 minut, potem spokojna, choć jak dla mnie niespokojna jazda. Spokojna, bo widać było po Antosiu że akceptuje już konia, zresztą z ogromną frajdą go karmił, przyglądał się. Niespokojna bo Antoś za nic na świecie nie chciał załapać że na koniakach rządzi p. Magda- nasza hipoterapeutka i koń. Nie on. Dwa, trzy razy w tygodniu trwała próba sił, Antoś zrzucał rękę Pani Magdy, a ta go dzielnie przytrzymywała. Wtedy on chciał schodzić, albo zaczynał się wiercić i machać kończynami, co było zdecydowanie najgorsze bo Karina była już wiekową klaczą i miała swoje niedotykalskie punkty na zadzie, które to Antoś notorycznie naruszał i za co kiedyś Antosiowy Tato dostał nawet kopytem w kolano.

A na dodatek jeżdżenie na Karinie to było kursowanie w kółko przez pół godziny po przyszpitalnym parku. Dla Antosia śmiertelna nuda. Pani Magda stawała na rzęsach żeby go zainteresować i faktycznie wiele w tej kwestii osiągnęła bo Antoś cieszył się gdy wychodziliśmy na konie, ale zawsze po 10 minutach był już tym dreptaniem w kółko znudzony.

Pani Magda zaproponowała byśmy czasem przyjechali do Stajni Zawada, gdzie pracowała. I to był strzał w dziesiątkę. Nie, bynajmniej nie za sprawą wielu hasających koników. Nawet nie za sprawą Baśki, ślicznego, małych rozmiarów fiordzika, pełniącego rolę terapeuty w stadninie. No może kot i pies na chwilę zainteresowały Antonia. Ale na pewno nie tak jak...traktory!!!!!!!!!
Traktory, ciągniki, przyczepy, wozy...toż to raj!!!
Antoś był w takim szoku że bez protestów wsiadł na Basię i pojechał za traktorem na spacer po wsi. Swój pierwszy spacer bez rytuału prestacyjnego!!!
I tak zapadła decyzja, że przenosimy się z hipoterapią do stadniny. Niełatwa, bo Zawada mieści się pod Opolem i autobusiki miejskie tam nie kursują. Niełatwa, bo to wyprawa na którą już musiałam zabierać Hanię, a nie zmykać rankiem na pół godzinki osiedle dalej. Życie z Antosiem ma jednak tę zaletę, że on przyciąga dobrych i wspaniałych ludzi. Ludzi którzy bardzo nas wspierają i okazują nam mnóstwo serca. Pierwsza pomogła ciocia Ania, gdy tylko mogła podwoziła nas na koniki. Potem pan taksówkarz przejął się i załatwił nam rabat na kursy na terapię a p. Magda nie tylko zaproponowała, że będzie nas odwozić po zajęciach do domu ale tak nam je dobrała byśmy długo nie musieli czekać na koniec jej pracy!!!!

Zmiana miejsca terapii to był strzał w dziesiątkę! Antoś wprawdzie dalej pokazywał rogatą duszę i siłował się z p. Magdą kto rządzi na koniu ale szybko załapał że jeśli chce się delektować traktorami to musi pół godziny na koniku pojeździć. Zawarli więc pakt o nieagresji, Antoś Baśkę tolerował jako niezbędny element w całej wyprawie, Baśka starała się reagować na fakt że ktoś ośmiela się nie chcieć jej pogłaskać i wyżera jej marchewki. Było i też dla czego układu pilnować. Antoś wpadł w serce pana właściciela stadniny, który zaczął mi syna rozpieszczać na potęgę. A to przejażdżka traktorem, a to wozem drabiniastym, a to domek ze stogów siana i słomy. A to karmienie indyków i gęsi. I tak syn stał się rolnikiem, wie do czego służą te wielgachne narzędzia, poznaje zwierzęta, odróżnia ciągnik od koparki i traktora...

Aż w te wakacje status quo został zachwiany. Nagle Julka- wolontariuszka stadniny stała się wielką przyjaciółką, która przeskakuje przez płot swojego domu bo Antoś na koniu podjeżdża i ją woła:)
Nagle p. Magda dalej jest świetnym obiektem do droczenia, ale jest w tym poczucie humoru, zaczepki z jego strony i wielka serdeczność. Nagle rytuały zostały odpuszczone i można było pójść w inną stronę wsi na spacer. Baśka doczekała się głaskania i czułości a także poszanowania, bo na słowa nie kopniemy bo Basię to boli Antoś przestaje i pilnuje się by nie kopnąć znowu. Sam wchodzi na podest i czeka aż będzie już można wejść na konia. Woła Basie " ba! Ba!". Ostatnio nawet zrobił się zaborczy i gdy przyjeżdżamy wcześniej a jakieś dziecko jeździ na Baśce biegnie i krzyczy " zeć, zeć, mój baaa"- czyli nakazuje dziecięciu zejść ze SWOJEGO konia. Tak też, podczas jednej pogoni za koniem dowiedzieliśmy się że Antoś całkiem nieźle operuje zaimkami i przysłówkami, mamy więc w ofercie; mój, moje, tu, tam ,ty, toje( twoje) tamto....


A w wakacje zdobywałem Amazonkę:) No dobra, Jemielnicę ale to też wieeeeelka rzeka! 



Z przedszkola zawsze wracamy jedną ulicą. Skręt w lewo- do domu, przejazd prosto na konie. Od jakichś dwóch tygodni Antoś komenderuje podczas czerwonego gdzie mamy jechać. Zazwyczaj jest to krzyk " tam!!!", wskazanie prosto i kląskanie z gestem " jazda konna". Nie przepada też za powrotami do domu ze stadniny, ledwie stanę pod domem a Jaśnie Pan żąda" o nie! Nie! Tam! " i pokazuje gest konia:)





Niebezpiecznym jest oglądanie książeczek gdzie występuje koń, natychmiast Antek przynosi buty lub marchewkę i domaga się eskapady do stadniny.

Dzięki temu, że w te wakacje mieliśmy już własny środek lokomocji mogliśmy być w stajni częściej i też całą rodziną. Hania też ma zawsze w gratisie krótką przejażdżkę na koniu. Naszym rodzinnym już i przyjemnym rytuałem jest karmieni koni i kóz. Mamy już swoich końskich pupili, Hania zresztą postawiła sobie za punkt honoru poznać imię każdego konia i gdy tylko widzi jeźdźca od razu pyta o imię, konia rzecz jasna:)

Miś- nikt nie potrafi tak uroczo przechylać łba prosząc o marchewkę! Najbardziej maślane oczy w calej standinie!!!

Największy w stadninie i chyba najłagodniejszy:)

Inka, Lusia i Miś juz nas rozpoznają i zawsze zwąchają w plecaku marchewy

A wielka hałda piachu dla koni to najlepsza piaskownica dla dzieci:)



W domu wisi podkowa na szczęście, nie jakaś tam jarmarczna, ale prawdziwa, po Baśce:)
Kto wie, może to początek prawdziwej wielkiej przygody z końmi?
Mnie póki co zupełnie wystarczy jak jest. Ucieszone dzieciaki, Antoś w relacji z każdym już w stajni i te kilka razy w tygodniu gdy mamy wrażenie że jesteśmy na wakacjach:)


1 komentarz:

  1. Witajcie:) NIe znamy się, ale zastanawiam się, czy korzystaliście kiedyś z delfinoterapii - widziałam na własne oczy wspaniałe efekty... Mojej córeczce pomogło tylko to. Inne dziecko, które nie chodziło, i wypowiadało pojedyncze słowa, po delfinoterapi zaczął mówić pełnymi zdaniami i chodzić! zapraszam na mojego bloga www.cudownedzieci.blogspot.com jest tam zakładka delfinotarapia i inne ciekawostki. Gdyby interesował was temat - mogę poopowiadać więcej;) pozdrawiam was - blogowa przyjaciółka braci petelczyc:) mama Marysi

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...