piątek, 20 września 2013

Karuzela

Na na karcie turnusowej z Ochotnicy jest taki zapis od p. Radka:
" Poziom rozwoju sensorycznego jest adekwatny do wieku dziecka. Chłopiec ma duże( jednak w granicach normy) potrzeby stymulacji proprioceptywnej( czucie głębokie). Jego ruchliwość należy tłumaczyć poszukiwaniem bodźców westibularnych( związanych z ruchem i równowagą). W postępowaniu terapeutycznym należy zwrócić szczególną uwagę na aktywności z zakresu orientacji w przestrzeni, somatognozji i kinestezji pozwalające zdobywać Antkowi doświadczenia związane z przewidywaniem zagrożeń".

Brzmi optymistycznie, prawda? Przynajmniej dla nas jest bardzo pozytywny zapis, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę punkt wyjściowy Antosia dwa lata temu gdy jego zmysły ( wszystkie) szalały a nadwrażliwości i niedowrażliwości nie pozwalały mu funkcjonować. Ani dobrze, ani nawet jako tako.

I faktycznie p. Radek wyraził to co i my obserwowaliśmy. Antoś oczywiście nadal miał zachwiane odbieranie bodźców, nadal miał pewne kłopoty z którymi sobie radził raz lepiej a raz gorzej. Ale to ON radził sobie z kłopotami a nie kłopoty z nim. Generalnie, dzięki ciężkiej pracy p. Gosi, sekwencjom Delacato( to już dwa lata!) i naszej świadomości by dostarczać Antkowi odpowiednich zabaw i doznań Mały od dłuższego już czasu kwestię zmysłów ma jakoś tam względnie opanowaną.

I to nawet było widać w codziennym życiu. W powrocie muzyki do naszego domu, w malowaniu farbami i bawieniu się plasteliną, w mniej obsesyjnym wpatrywaniu się w pyłki i światełka i wiele, wiele innych.

Ale ze zmysłami już tak jest , że względnie wypracowana równowaga nie jest dana raz na zawsze. Nigdy nie wiadomo do końca jaki czynnik w jaki sposób zadziała na zmysły. No i u nas właśnie znów wróciła karuzela ze zmysłami.
Zaczęło się na przełomie sierpnia/września kiedy to nasza p. neurolog zadecydowała o włączeniu Antosiowi NOOTROPILU. Oj , od razu dowiedzieliśmy że skutków ubocznych może być od czorta, w tym hiperkinezja ( jakby dotąd Antoś był mało ruchliwym człowieczkiem) a i efekt w żaden sposób nie gwarantowany, nawet w obszarze koncentracji( może się wręcz pogorszyć). I faktycznie, po dwóch dnia podawania leku dowiedziałam się że moje wyobrażenia o nadpobudliwości ruchowej a jej faktyczny obraz " nieco" się różnią. Odezwały się też natychmiast dawne " fascynacje" i problemy Antosia. Jak za dotknięciem ręki natychmiast wróciła nadwrażliwość słuchowa, wzrokowa, nawet na kilka dni pogorszył się kontakt wzrokowy. Szybko też w związku z szalejącymi zmysłami siadła koncetracja. Ale wiedząc z czego to wynika łatwiej bylo nam zrozumieć zachowanie Antosia oraz zaradzić na te problemy poprzez dopasowywanie miejsc i sytuacji do jego aktualnych możliwości. I jakoś te dwa tygodnie z kawałkim przetrwaliśmy, nawet się powoli przyzwyczailiśmy, zwłaszcza że mimo że widać bylo gołym okiem zmiany u Antosia to jednak on sam nie sygnalizował by mu one znacząco dokuczały i nadał był radosnym i pogodnym Szelmą:)

Aż tu nagłe ŁUUUUUP!!!! Od dwóch dni przywaliło z tak grubej rury że aż żal patrzeć na Maluszka.
Początkowo myśleliśmy, że to znowu zadział na Antosia NOOTROPIL. Szybko zadzwoniłam do naszej pani doktor i podjęliśmy decyzję o natychmiastowym odstawieniu.
Potem myślałam, że wszystkiemu winne są kaloryfery. Tak, właśnie kaloryfery. Bo od dwóch dni trwa u nas w bloku rozruch sezonu grzewczego i nieustannie coś szumi, bulgocze, szeleści i Antoś od tych dźwięków szału dostaje.
Ale jednak też źle typowaliśmy jak się okazało.Otóż wszystkiemu winne są...dzieci. Tak właśnie, uwielbiane przez Antosia dzieci. A dokładniej duża ilość dzieci, bo 24. Niestety, na skutek sezonu chorobowego dwie grupy w przedszkolu, w tym grupa Antosia zostały połączone w jedną na czas zwolnień lekarskich chorujących pań. I to przeważyło już szalę, Antoś niestety pomimo całego entuzjazmu do przedszkola po prostu nie daję rady i jest absolutnie przestymulowany. Biedaczek po prostu nie daje rady, za dużo dzieci, za duży harmider, inna sala a w niej mnóstwo kolorowych bodźców które go przytłaczają i mnóstwo nowych zabawek które odciągają jego i tak już rozproszoną uwagę.

Widać to było dokładnie na dzisiejszej re -diagnozie funkcjonalnej w Prodeste. Nie, nie, Antoś nie położył zupełnie badania. Broń Boże!Cała nasza grupka za lustrem weneckim rechotała ze śmiechu na zabawy Antośka, jego próby wymigania się od zadań, wesołe odzywki do pani prowadzącej diagnozę czy nowatorskie aranżacje wnętrz w postaci wykorzystywania krzeseł do zbudowania placu zabaw. To naprawdę nie jest to samo dziecko które przyprowadziłam dwa lata temu do Prodeste. To jak Antoś posunął się do przodu w kontakcie, relacji , komunikacji i samodzielności to jest osiągnięcie kosmiczne i wręcz nie do ogarnięcia!!!!
Ale niestety było widać że sensorycznie znów jest totalnie rozłożony na łopatki. Pomimo wielkich starań miał gigantyczne problemy z koncentrowaniem się na zadaniach, cały biegał za zaspokajaniem potrzeb sensorycznych, autostymulacje wyrastały jak grzyby po deszczu. Sama p. Ania - wychowawczyni Antka z przedszkola zauważyła że przecież jeszcze kilka dni temu Antek wykonywał to samo zadanie " z palcem w nosie". Zespół obserwujący Antka też widział go wcześniej nie raz w sytuacjach w których radził sobie całkiem nieźle.  Niestety, dziś przestymulowanie po przedszkolu,zmęczenie i początek przeziębienia wzięły nad Antkiem górę.

Dziś jednym z pytań  dotyczących samodzielności Antosia  było to o umiejętność samodzielnego odkręcania kranu. Pani Agnieszko! Tu się proces " picia po męsku" odbywa, oczywiście z inicjatywy Antośka:)


Czekam na ogłoszenie diagnozy z wielką niecierpliwością. Wiem, że jej wynik będzie nie do końca pełny. Bo przecież dziś akurat Antek był " nie w formie" i nie pokazał wszystkich swoich możliwości poznawczych czy komunikacyjnych. Ale taki też bywa Antek i my też musimy wiedzieć jak sobie w takich sytuacjach radzić. Nie zawsze jest super hiper fantastycznie i to też jest element życia z Antosiem. Antoś też ma wrodzoną naturę buntownika i o ile w standardowych warunkach potrafimy już sobie z nią poradzić i do Młodego Gniewnego dotrzeć to jednak nie należy oczekiwać, że inni będą cierpliwie poszukiwać tych sposobów. To Antek musi się nauczyć radzić z własnymi emocjami i też z zasadami społecznymi panującymi wokół niego ( przynajmniej tymi najważniejszymi). I jak to robić cały czas się uczymy, a że Antek się zmienia to i sposoby pracy z nim muszą się zmieniać.
Czekam na nową diagnozę funkcjonalną i nowe wytyczne do pracy. Damy radę. No pewnie, że damy, nie takie rzeczy Antoś już robił:)
Tylko musimy zatrzymać najpierw tą karuzelę zmysłów.
Po krawężniku już potrafię na rowerku jeździć to dam sobie radę i z innymi rzeczami!

środa, 18 września 2013

Końska rewolucja

Nasza przygoda z hipoterapią trwa już 1,5 roku. A początki wcale nie były łatwe ani milutkie.
Najpierw Antoś bał się konia, nawet nie musiał na niego wsiadać, po prostu takie duże zwierze go przerażało.
Gdy przestał się bać konia i wreszcie wlazł...to mu się bardzo nie spodobało. Antulek był wówczas wiotki, napięcie mięśniowe było zdecydowanie nie koło normy nawet, przedsionki rozhulane jak okręt na morzu a priopriocepcja niemal nie istniała. To było dla malucha na początku za dużo, mało że na wysokości, że się kołysze i zsuwa na boki to jeszcze na dodatek jakaś obca kobieta trzyma go za nogę i nie zamierza puścić. Coś tam go drapie w tyłek mimo pieluchy( jazda na oklep). No i ten zapaszek, który jednak był wszechobecny.

Pan Waldek, właściciel Karola i Kariny, pierwszych końskich towarzyszy Antosia zapamiętał go z najgłośniej wykrzykiwanego i najszybszego " nie, nie , nie, nie" w swojej historii. Pani Magda uczciwie powiedziała, że daje sobie i Antulkowi jeszcze tak z 5 spotkań na oswojenie, jeśli niepokój Antka nie minie trzeba będzie odpuścić, dla dobra Antosia.

No i właśnie podczas czwartego spotkania Antoś stwierdził, że jednak z koni nie rezygnujemy. Od tego momentu przez niemal rok był schemat: po wejściu na konia wrzaski i protesty z 10 minut, potem spokojna, choć jak dla mnie niespokojna jazda. Spokojna, bo widać było po Antosiu że akceptuje już konia, zresztą z ogromną frajdą go karmił, przyglądał się. Niespokojna bo Antoś za nic na świecie nie chciał załapać że na koniakach rządzi p. Magda- nasza hipoterapeutka i koń. Nie on. Dwa, trzy razy w tygodniu trwała próba sił, Antoś zrzucał rękę Pani Magdy, a ta go dzielnie przytrzymywała. Wtedy on chciał schodzić, albo zaczynał się wiercić i machać kończynami, co było zdecydowanie najgorsze bo Karina była już wiekową klaczą i miała swoje niedotykalskie punkty na zadzie, które to Antoś notorycznie naruszał i za co kiedyś Antosiowy Tato dostał nawet kopytem w kolano.

A na dodatek jeżdżenie na Karinie to było kursowanie w kółko przez pół godziny po przyszpitalnym parku. Dla Antosia śmiertelna nuda. Pani Magda stawała na rzęsach żeby go zainteresować i faktycznie wiele w tej kwestii osiągnęła bo Antoś cieszył się gdy wychodziliśmy na konie, ale zawsze po 10 minutach był już tym dreptaniem w kółko znudzony.

Pani Magda zaproponowała byśmy czasem przyjechali do Stajni Zawada, gdzie pracowała. I to był strzał w dziesiątkę. Nie, bynajmniej nie za sprawą wielu hasających koników. Nawet nie za sprawą Baśki, ślicznego, małych rozmiarów fiordzika, pełniącego rolę terapeuty w stadninie. No może kot i pies na chwilę zainteresowały Antonia. Ale na pewno nie tak jak...traktory!!!!!!!!!
Traktory, ciągniki, przyczepy, wozy...toż to raj!!!
Antoś był w takim szoku że bez protestów wsiadł na Basię i pojechał za traktorem na spacer po wsi. Swój pierwszy spacer bez rytuału prestacyjnego!!!
I tak zapadła decyzja, że przenosimy się z hipoterapią do stadniny. Niełatwa, bo Zawada mieści się pod Opolem i autobusiki miejskie tam nie kursują. Niełatwa, bo to wyprawa na którą już musiałam zabierać Hanię, a nie zmykać rankiem na pół godzinki osiedle dalej. Życie z Antosiem ma jednak tę zaletę, że on przyciąga dobrych i wspaniałych ludzi. Ludzi którzy bardzo nas wspierają i okazują nam mnóstwo serca. Pierwsza pomogła ciocia Ania, gdy tylko mogła podwoziła nas na koniki. Potem pan taksówkarz przejął się i załatwił nam rabat na kursy na terapię a p. Magda nie tylko zaproponowała, że będzie nas odwozić po zajęciach do domu ale tak nam je dobrała byśmy długo nie musieli czekać na koniec jej pracy!!!!

Zmiana miejsca terapii to był strzał w dziesiątkę! Antoś wprawdzie dalej pokazywał rogatą duszę i siłował się z p. Magdą kto rządzi na koniu ale szybko załapał że jeśli chce się delektować traktorami to musi pół godziny na koniku pojeździć. Zawarli więc pakt o nieagresji, Antoś Baśkę tolerował jako niezbędny element w całej wyprawie, Baśka starała się reagować na fakt że ktoś ośmiela się nie chcieć jej pogłaskać i wyżera jej marchewki. Było i też dla czego układu pilnować. Antoś wpadł w serce pana właściciela stadniny, który zaczął mi syna rozpieszczać na potęgę. A to przejażdżka traktorem, a to wozem drabiniastym, a to domek ze stogów siana i słomy. A to karmienie indyków i gęsi. I tak syn stał się rolnikiem, wie do czego służą te wielgachne narzędzia, poznaje zwierzęta, odróżnia ciągnik od koparki i traktora...

Aż w te wakacje status quo został zachwiany. Nagle Julka- wolontariuszka stadniny stała się wielką przyjaciółką, która przeskakuje przez płot swojego domu bo Antoś na koniu podjeżdża i ją woła:)
Nagle p. Magda dalej jest świetnym obiektem do droczenia, ale jest w tym poczucie humoru, zaczepki z jego strony i wielka serdeczność. Nagle rytuały zostały odpuszczone i można było pójść w inną stronę wsi na spacer. Baśka doczekała się głaskania i czułości a także poszanowania, bo na słowa nie kopniemy bo Basię to boli Antoś przestaje i pilnuje się by nie kopnąć znowu. Sam wchodzi na podest i czeka aż będzie już można wejść na konia. Woła Basie " ba! Ba!". Ostatnio nawet zrobił się zaborczy i gdy przyjeżdżamy wcześniej a jakieś dziecko jeździ na Baśce biegnie i krzyczy " zeć, zeć, mój baaa"- czyli nakazuje dziecięciu zejść ze SWOJEGO konia. Tak też, podczas jednej pogoni za koniem dowiedzieliśmy się że Antoś całkiem nieźle operuje zaimkami i przysłówkami, mamy więc w ofercie; mój, moje, tu, tam ,ty, toje( twoje) tamto....


A w wakacje zdobywałem Amazonkę:) No dobra, Jemielnicę ale to też wieeeeelka rzeka! 



Z przedszkola zawsze wracamy jedną ulicą. Skręt w lewo- do domu, przejazd prosto na konie. Od jakichś dwóch tygodni Antoś komenderuje podczas czerwonego gdzie mamy jechać. Zazwyczaj jest to krzyk " tam!!!", wskazanie prosto i kląskanie z gestem " jazda konna". Nie przepada też za powrotami do domu ze stadniny, ledwie stanę pod domem a Jaśnie Pan żąda" o nie! Nie! Tam! " i pokazuje gest konia:)





Niebezpiecznym jest oglądanie książeczek gdzie występuje koń, natychmiast Antek przynosi buty lub marchewkę i domaga się eskapady do stadniny.

Dzięki temu, że w te wakacje mieliśmy już własny środek lokomocji mogliśmy być w stajni częściej i też całą rodziną. Hania też ma zawsze w gratisie krótką przejażdżkę na koniu. Naszym rodzinnym już i przyjemnym rytuałem jest karmieni koni i kóz. Mamy już swoich końskich pupili, Hania zresztą postawiła sobie za punkt honoru poznać imię każdego konia i gdy tylko widzi jeźdźca od razu pyta o imię, konia rzecz jasna:)

Miś- nikt nie potrafi tak uroczo przechylać łba prosząc o marchewkę! Najbardziej maślane oczy w calej standinie!!!

Największy w stadninie i chyba najłagodniejszy:)

Inka, Lusia i Miś juz nas rozpoznają i zawsze zwąchają w plecaku marchewy

A wielka hałda piachu dla koni to najlepsza piaskownica dla dzieci:)



W domu wisi podkowa na szczęście, nie jakaś tam jarmarczna, ale prawdziwa, po Baśce:)
Kto wie, może to początek prawdziwej wielkiej przygody z końmi?
Mnie póki co zupełnie wystarczy jak jest. Ucieszone dzieciaki, Antoś w relacji z każdym już w stajni i te kilka razy w tygodniu gdy mamy wrażenie że jesteśmy na wakacjach:)


wtorek, 17 września 2013

Trzylatek

No i nam chłopak wydoroślał!!! Jest już prawdziwym trzylatkiem!!!

Jak przystało na prawdziwego przedszkolaka Antoś swoje urodziny świętował z kolegami i koleżankami z przedszkola. Oraz ukochanymi Paniami, dwie Panie Anie  i p. Gosia pozwoliły mu dziś wyjątkowo wejść sobie na głowę i dołożyły ogromnych starań by Antoś urodziny zapamiętał jako naprawdę wyjątkowy dzień.

Mógł więc poczuć się jak król:



Były i balony:




I sto lat!

I zabawy z całą grupą:



I prezent dla Antosia od całej grupy:





Furorę zrobił tort, oczywiście z nieodłącznym motywem " miiii" i ' biii"- czyli autka. Tort był przepiękny, tu ukłon w stronę Antosiowego Taty który wiedząc że matka nawet nie próbuje podołać tak wysoko postawionej poprzeczce odnalazł panią-artystkę tortową:)



Było więc dmuchanie świeczki, były swawole w kulkach i w małpim gaju:)










Gdy przyjechaliśmy po Antosia był w doskonałym humorze i niczym z karabinu maszynowego wyrzucał z siebie na zmianę " miiiiii"- pokazując piankowego Zygzaka od tortu, oraz ' abaf, abaf, tiaaaa".
Takie mamy fantastyczne przedszkole i tak kochane i zaangażowane Panie Anie i Panią Gosię!!!!
W najśmielszych marzeniach nie śniłam rok temu, że Antoś może mieć tak fantastyczne urodziny!!!
Dwa lata temu dzieci miały łączone urodziny, kidner party na działce. W efekcie urodziny tak naprawdę miała tylko Hania, bo Antoś- jeszcze wówczas raczkując nawet nie zwrócił uwagi na dzieci i zwiewał na wszystkie strony.
Rok temu zamiast tortu było bezglutenowe ciasto bananowe w formie babki z wciśniętymi świeczkami. o torcie nie było nawet co marzyć, bo Antosiowi więcej produktów wówczas szkodziło niż je tolerował. Imprezy też nawet nie planowaliśmy, urodziny spędziliśmy kameralnie w domu , wiedząc że dzieci, choćby w małej ilości nie sprawiły by Antulkowi żadnej radości.
Dziś nasz synek miał urodziny z prawdziwego zdarzenia, takie jakie ma większość trzylatków. I cieszył się tak samo jak większość trzylatków. To gigantyczne osiągniecie małego wojownika i jesteśmy z Antosia bardzo dumni!!!
Między urodzinami niemało się napocił, napracował, właśnie po to by móc w codziennych zwykłych sytuacjach cieszyć się razem z bliskimi mu ludźmi!!! Niby nic!!! A taka wielka chwila!!!

Po drodze udało się jeszcze z Antosia wyciągnąć że bawił się z dziećmi i pokazywał jak dmuchał świeczkę.
Hania przygotowała dla braciszka laurkę, której akurat Antulek szczególnie nie docenił, ale liczy się że pamiętała siostra o swoim" najukochańszym robaczku".
Nie byłoby oczywiście urodzin bez prezentów, choć ten zdecydowaliśmy się Antosiowi podarować kilka dni wcześniej by mógł się nim nacieszyć bez deszczu.
Zgodnie z zaleceniami rehabilitantów i pożądliwym wzrokiem syna na każdym placu zabaw Antoś dostał rowerek biegowy. Wreszcie taki na którym jest w stanie utrzymać postawę spionizowaną:)
Radość była ogromna!!! Najpierw kurs po domu i ostre zakręty między pokojami. A potem już rowerkowe spacery.
Oczywiście Antoś na razie początkuje, jeszcze mu trochę brakuje to rozwijania prędkości na rowerku, dopiero wrzucił pierwszy bieg , ale najważniejsze że sobie radzi, że sprawia mu to ogromną przyjemność i chętny jest na rowerowe wycieczki.



Syneczku!
Jesteśmy z Ciebie bardzo dumni!!! Codziennie pokazujesz nam jak niesamowitym i wspaniałym jesteś chłopczykiem.
Z okazji urodzin życzymy Ci samych takich uśmiechów jak dziś, dużo fajnych przeżyć z bliskimi Ci ludźmi i żebyś zawsze był takim mądrym i filuternym łobuzem:)

czwartek, 5 września 2013

Przedszkolaczek

Tym razem matka podeszła do sprawy spokojnie i nie siała już paniki. Wprawdzie Antoś awansował ze żłobkowicza na przedszkolaka, ale sprawę miał już solidnie rozpracowaną. Przecież chodził do tego samego budynku od lutego, zna wszystkie panie, jedna zresztą przeszła razem z Antosiem do jego nowej grupy.
Przecież już od połowy sierpnia oswajał się ze swoją drugą- nową- Panią Anią. Przecież od września będzie miał wsparcie w postaci swojej ukochanej Pani Gosi- asystentki, a w październiku dołączy równie ukochana p. Marlena. Luzzzzzik. A jednak zmian sporo jest. Ale za to jakich!!!!!

Antoś chodzi więc do Przedszkola Bajkowo. I tfu, tfu, tfu przez lewe ramię, ma tam jak w bajce( bo to bajkowy chłopak jest). Po pierwsze warunki w przedszkolu są jak z marzeń. Antoś chodzi do grupy Krasnoludków, wraz z 5 innych dzieci. do dyspozycji mają fajną salę która została dopasowana do potrzeb sensorycznych Antulka. Na ścianie wisi wielka tablica z planem aktywności, piktogramy są w stałym użyciu.



Ale..ale najważniejsi są ludzie. Panie wbijają mnie w podłogę każdego dnia. Wypytują, konsultują, proponują, w bardzo spostrzegawczy sposób oceniają sytuację. Gdy jakoś pod koniec sierpnia p. Ania zapytała mnie o najbliższe szkolenia Makatonu zgodnie z prawdą powiedziałam że przechodzimy na język migowy. i wiecie co??????Następnego dnia p. Ania zasypała mnie informacjami o kursie w PZG, dofinansowaniach i poinformowała że ona na ten kurs się wybiera. I dziś mamy 5 września, wczoraj byliśmy z p. Moniką i p. Gosią z Prodeste w Polskim Związku Głuchych i...07.10 zaczynamy szkolenie. Wcale nie takie sobie pitu pitu kilka spotkań, bo 120 godzin kursu to jednak będzie niemało pracy!!!! I idzie kadra przedszkola, p. Gosia- asystent Antulka oraz ja. A p. Monika z Prodeste będzie nas notorycznie odpytywać. Już wnioski poskładane, dofinansowania się kombinują. No....bajka!!!!
A Antosiowa Babcia zapisała się na kurs migowego w Radomiu!!!!Rozumiecie? Rozumiecie to? Niedługo wszyscy którzy mają kontakt z Antosiem będą mieli super narzędzia do komunikacji z Malutkim!!!!

To jest zresztą spełnienie moich marzeń bo wszyscy są ze sobą w stałym kontakcie, Prodeste koordynuje całą terapią Antosia, przedszkole jest bardzo zaangażowane w realizację tego co dla najważniejsze dla rozwoju Tośka. W grupie Antosia są tez dzieci z grupy żłobkowej dzięki czemu Antoś czuje się bardziej swojsko.



A jak w tym wszystkim czuje się Antoś?Jak ryba w wodzie. Pani Ania Druga, po przerwie turnusowej nie mogła się nadziwić Antosiowi, jak się zmienił , jaki komunikatywny. Antuliński chętnie chodzi do przedszkola, Paniom udało się dokonać cudu i Młody grzecznie śpi na drzemce razem z dziećmi. Nawet przez pewien czas jadł chętnie obiady, choć teraz znów został fruktowegetarianinem. Antoś się słucha Pań ( w większości), bawi się, rysuje. Chodzi bawić się z większą grupą do Skrzatów i na salę zabaw- dziś w kulkach zgubił z radości skarpetki:)

Nie straszne Paniom, że Antoś jest teraz " lekko" pobudzony po NOOTROPILU- bo właśnie, mamy nowe zalecenia neurologiczne. Antoś z przedszkola, mimo, że jest teraz podwójnie uzbrojoną, mobilną torpedą wychodzi radosny i pogodny i to jest dla mnie największa wartość!

Czy można chcieć więcej????????


Nienawidzę Złomka

To było jakoś w kwietniu gdy Antoś tradycyjnie na zakupach w realu wydębił autko. Tym razem nie zwykłego resoraka ale wypasionego " Złomka".
Od tego momentu Złomek stał się piątym członkiem rodziny, ale akurat bardzo nielubianym przez rodziców.
Bo też Złomek był wszędzie. W kąpieli, do snu, do żłobka. W aucie, na rowerze i u lekarza. Wszędzie.
Trudni jeść gdy jedna ręka zajęta Złomkiem. Trudno się bawić, układać puzzle gdy Złomek w łapce.
A do tego Antoś Złomka pakował ciągle w jakieś nowe tarapaty. Ku naszej czarnej rozpaczy.



Najpierw na turnusie w Ochotnicy rzucił go w jakieś klujące haszcze. Prawie wszyscy terapeuci na turnusie grzebali za tym Złomkiem, bo bez niego Antoś by nie zasnął. Złomek został w końcu odnaleziony przez Mamę Justynki dwa dni później. I chwała najwyższemu, bo to nie były miłe dwa dni( i noce).

Zresztą jedno krótkie zdanie rzucone do Antosiowego Taty potrafiło ściąć mu białko w oku : " Łukasz, wcięło Złomka!!!!". I zaczynała się panika młodego rocznika i tego starszego też i biegaliśmy jak w amoku po całym terenie turnusowym. Pani Monika po naszych rozbieganych oczkach i chaotycznych acz szybkich ruchach od razu poznawała że biegamy za Złomkiem.

W dniu pożegnalnego ogniska na turnusie Złomek przyczynił się do bardzo niefajnego zachowania matki. matce do dziś jest wstyd strasznie a tej brązowej pokraki z hakiem holowniczej nienawidzi od tamtej chwili jeszcze bardziej.



Otóż toczy się swobodna zabawa, pieczenie kiełbasek , dzieci szaleją gdy nagle widzę Michała ze Złomkiem w ręku. Krew mi z nóg odpłynęła , łzy napłynęły do oczu, no ale trudno, trzeba sie było wziąźć w garść i ratować sytuację. Zwłaszcza, że do pory snu Antosia zostało naprawdę niewiele czasu.
Podchodzę do huśtawki i tłumaczę, to jest autko mojego synka, jego ulubione, będzie bardzo płakał i nie zaśnie jeśli mu go nie oddasz Michałku.
A Michałek instynktownie cofa rękę ze Złomkiem.
" Michał oddaj Złomka!!!". Michał cofa się cały.
" Michał mówię ostatni raz, oddaj Antosiowi Złomka bo go sama zabiorę". Michał kręci głową.
Już wiem , że po dobroci się nie uda. No trudno, nie ma co przeciągać...zabieram z ręki Michała Złomka i chowam go do kieszeni.
Nie, Michał był twardy, nie było płaczu i o dziwo za tą rubież w łeb nie dostałam. patrzył na mnie takim zdziwionym i przestraszonym spojrzeniem a mnie zrobiło się tak strasznie głupio...

15 minut później mało nie zapadłam się ze wstydu. Rozmawiamy z innymi rodzicami, podbiega Antoś i woła " biiii" , co w jego narzeczu oznacza Złomek. No to dałam. Mama Michała popatrzyła z uśmiechem i powiedziała, że zna to bardzo dobrze bo jej Michał tez ma obsesje Złomka i nigdzie się nie rusza bez niego. Więc przyznaję się, że wiem , bo właśnie Antkowego mu niedawno zabrałam. Mama Michała mówi, że niemożliwe , on ma zawsze swojego. Wyrywamy Antkowi Złomka ( ryk) i dokonujemy oględzin. No jasna cholera!!!! To jest Złomek Michała, bo ma urwane lusterko, a Antkowy miał urwany hak holowniczy.

Oczywiście natychmiast oddałam Michałkowi Złomka i kajałam się, przepraszałam i tłumaczyłam. no i co z tego?
Psychoza Złomka udzieliła mi się na tyle, że wyrwałam niemówiącemu dziecku ukochaną zabawkę żeby tylko wieczór z usypianiem był spokojny. Pięknie,kurde, pięknie- przecież to gorsze niż zabrać niemowlakowi lizaka....

Ilekroć widzę Michała w Fundacji DOM mam ochotę zapaść się pod ziemię....

Przysięgłam sobie, że jak tylko dojedziemy do cywilizacji po turnusie to kupię hurtowo 10 Złomków, na czarną godzinę!!!!!
A póki co w Ochotnicy trzeba było znaleźć prawdziwego, Antosiowego Złomka. Ciemno już było gdy Justynka znalazła gadzinę w trawie. I trochę zdziwiona była gdy ją z gorliwością i wdzięcznością całowałam, przecież to tylko auto.
Aha,tylko...To ZŁOMEK

Złomek sprawił że Antosiowy Tato odkrył w sobie pasję hydraulika. Diabli wiedzą jak Antoś u prababci wczołgał się pod wąską, żeliwną wannę. Grunt, że udało mu się do kratki ściekowej wcisnąć Złomiastego. Antoniowy Tato z gracją cyrkowca wyginał śmiało ciało pod wanną i odnalazł zgubę już praktycznie w rurze sąsiadki z dolnego mieszkania. Piorunujące przeżycie, Antosiowy Tato mył potem chyba z godzinę ręce...



Gdy wybraliśmy się nad Jezioro Średnie w Turawie Antoś postanowił i tu pokazać świat Złomkowi. Już ręka przeszła mu za ogrodzenie czyjejś posesji i już już miał wypuszczać Złomka gdy wybiegł ogromny rottweiler. Antosiowy Tato zdążył tylko krzyknąć " Nieeeeeeeeeee!!!!!!!!!" . Chyba sugestywnie krzyknął bo Antek rękę zdążył cofnąć, na szczęście ze Złomkiem. Spotkanie zadka Antosiowego Taty z ów psinką na pewno nie byłoby milutkie.

Stałą tradycją był połów Złomka. Z jeziora, rzeki , fontanny. Na turnusie, w górach i w Czechach. W słońcu i kompletnej zimnicy...







I nagle, jakieś dwa tygodnie temu...minęło. Ot, któregoś dnia Antoś nie poszedł na plac zabaw ze Złomkiem. Nagle z dnia na dzień stracił zainteresowanie. Teraz bawi się różnymi autkami, owszem najbardziej lubi te z oczami, czyli bohaterów bajki " Cars", ale spokojnie można mu wytłumaczyć żeby autka nie brać, nie wkładać.  Broni w przedszkolu swojego, ale nie obsesyjnie i zapamiętale, potrafi się wymieniać, pożyczyć na chwilę czy nawet porzucić autka na rzecz innej, chwilo atrakcyjniejszej zabawy!!!!
Przełom?Może...
Ale co za ulga!!!!!!!!!


Separacja i socjalizacja

Nie tak to sobie wyobrażałam. Miałam powitać stęsknioną Hanię z radomskiej podróży. Miałam całować, tulić, głaskać, słuchać opowieści.
Miał Antoś się bawić z Hania i tulić i głaskać, w końcu cały dzień nie potrafił się już jej doczekać i biegał po domu z okrzykiem " Janiaaa, Janiaaaa". 

Miało być inaczej. A było tak.

Dwie godziny po powrocie Hani do domu zabarykadowałam się w łazience i pisałam do przyjaciół smsy z prośbą o ratunek. Odwykłam. Odwykł i Antoś. W ciągu dwóch godzin pokłócili się 16 razy, dwa razy pobili a raz Hania pogryzła Antosia.

on sam się ugryzł mamusiu, naprawdę, na plecach!!!


nie dała mi się pobawić kucykami, a buuuuu


 Ponadto wysypali cały żwirek z doniczki wielkiego kwiatka, wylali dwa soczki, stłukli ramkę na zdjęcia, podarli ścierkę ...
Pojedynczo każde z moich dzieci to ciepłe, wrażliwe, kochane i serdeczne dziecko. Wespół diabły wcielone. Jakby coś w nich wstąpiło. Takich krzyków to ja sobie nawet nie wyobrażałam....
No dobra, bzdury opowiadam, takie same krzyki były dokładnie dwa tygodnie wcześniej gdy tylko byli wespół. Tylko ja odwykłam. Pewnie przez ten odwyk i tą przemoc domową z uzębieniem w roli głównej wypadłam z łazienki, chwyciłam łóżeczko Antosia i z impetem zaczęłam ciągnąć.
Ze złości trochę ściany w przedpokoju się posypało ale łóżeczko zataszczyłam do pokoju Hani ( bo większy), wtarabaniłam pod antresolę Hani i powiedziałam, że skoro nie umieją się ze sobą dogadać to teraz będą mieli mnóstwo czasu i okazji żeby się tego nauczyć bo teraz mają pokój razem!!! I mają się dogadać, i o klocki, i o piłkę i o te cholerne kucyki!!!!

A jeśli się nie dogadają  to wezwę ślusarza, dorobię klucz do drzwi i ich zamknę. I wypuszczę dopiero jak się uspokoją!!! Właśnie że tak!!!!

Przestali się bić, popatrzyli na mnie wielkimi oczami. Hania zakręciła loczka na paluszku i ze spokojem anielskim milutkim głosikiem zapytała czy jak będzie dzisiaj już dobra dla Antosia to oddam Antka z łóżkiem do jego pokoju...

Nieeeeeee!!!!!
I poszłam robić kolację.
Godzinę później dzieci wykąpane i nakarmione leżały w swoich łóżeczkach i słuchały bajki. Chwilę później spały.
I nastała rewolucja.

Nie, nie, nie, bynajmniej nie przestali się kłócić. Ale już się przynajmniej nie gryzą i nie rzucają w siebie klockami. Ale...
Sprzątają systematycznie te swoje klamoty, i to tylko po 13 przypomnieniach a nie 1300. Hania już nie siedzi głównie w pokoju Antosia ze swoimi zabawkami a Antek nie wyrzuca już kucyków przez szparę w oknie Hani.

Mama, spoko loko, już sobie grzecznie będziemy budować

dostałem jabłko od Hani!


Jednak największym zaskoczeniem było dla mnie zasypianie Antosia w nowych okolicznościach lokalowych. Dwa lata temu, gdy Antoś miał największy regres szybcikiem odseparowywaliśmy maluchy od siebie i rezygnowaliśmy z sypialni na rzecz pokoiku Antosia. Bo krzyki i wrzaski nocne unimożliwiały Hani sen. Od ponad roku rytuał usypiania Antosia jest taki sam. Siadam na worku sako ( karne sako) i czekam. Nie tulę, nie głaszczę, mogę sobie pisać smsy czy korzystać z tableta( ale cicho) ale musiałam być póki nie zaśnie. Do tego należało oddychać po cichu, broń Boże nie kaszleć, nie kochać nie siorbać, nie machać kończynami i generalnie...nie.

Od tygodnia ponad czytam bajkę, daje buziaki na każdym piętrze, nakrywam kołderką i wychodzę. A dzieci zasypiają. Hania pokazała mi wczoraj , że gdy wychodzę często się bawią, że ona z góry pokazuje mu się i chowa a on się śmieje. Muszą to robić w niezłej cichości bo nic nie słychać. Dla Antosia sama obecność Hani na górze wystarczy, czuje się bezpieczny i zasypia. W 5 minut, nie 50.
Skończyło się nocne pielgrzymowanie i spanie na zakładkę w 4 na za małym łóżku.
Antoś też się w nocy nie wybudza, śpi spokojnie do rana. Okazało się że jednak brak drzwi od jego pokoju pomimo naszego cichego zachowania wieczorami dokuczał mu i dlatego się budził.
Wstają rano, jak na Antosia całkiem późno, bo między 6.30 a 7.
Jednak jak się rodzic czasem wkurzy i zrobi coś pod wpływem emocji to nie zawsze jest to paskudne.

Mamy więc separację, dzieci od rodziców nocą. Wyszła przez przypadek, ale bardzo nam się podoba.

Na razie pokój Antka robi za bawialnię z huśtawką, równoważnią i innymi gadżetami ( swoją drogą jak to się wszystko mieściło gdy w pokoiku był jeszcze Antoś i łóżko???). Roi się rodzicom w głowie takie marzenie, że jeśli by mądrze zaaranżować pokój Hani, tfu dzieci już, to udało by się powrócić do jakże fajnej opcji sypialni rodziców. Co jest wartością dodaną do głównej, socjalizacji dzieci, ale jakże funkcjonalną!!!

W ogóle to nawet po naszym domu widać jak bardzo Antoś się zmienił przez te dwa lata. Fakt faktem dekoracja i ściany wyglądają tak że chyba tylko puszka z napalmem jest w stanie zdziałać cuda. Ale ...
Krzesła nie wiszą już na ścianach ( bo jak stały przy stole jak " u ludzi" to Antek skakał z nich na główkę).
Piekarnik nie jest już oklejony taśmą techniczną, izolacyjną i bywa używany, bo już Antoś nie wkłada do niego głowy.
Wracają kwiaty na parapety, bo Antulek już ich nie zrzuca i nie zjada.
Można postawić kubek na stole i co najwyżej ryzykuje się wylanie a nie rzut kubkiem w szybę okienną.
Zniknęło menu tygodnia na ścianach, to znaczy nie do końca zniknęło , bo zupa brokułowa wcale się tak łatwo nie zmywa, ale nowych dań na ścianie brak.
Pozostawiony sprzęt ( tablet, komórka) w zasięgu rąk nie ląduje już w wannie z wodą czy toalecie.
Wróciła lampa stojąca bo Antek już nie wykręca żarówek.
Rozwinęliśmy dywan i od tygodnia nic jeszcze nie zostało w niego wtarte.
Zdarza mi się zapomnieć zamknąć blokadę szafki na śmieci i nie znajduję torebek herbaty rozbebeszonych na poduszkach czy w półce z majtkami.
A tak, właśnie, majtki, skarpetki i inna odzież jest w szafkach a nie na podłodze.

Jeszcze trochę i zaczniemy zapraszać gości na wystawne domowe przyjęcia!!!!!

A póki co maluchy się sparują, Hania bawi się z Antkiem w sklep, a Antek pokazuje które puzzle chce układać.
Z tej lekcji płynie jeszcze jedna nauczka , jakolwiek mnie się wydawało przez ostatnie 3 lata to nie Człowiek- Demolka jest iskrą zapalną konfliktów w naszym domu. A właśnie przesłodka blondyneczka, z oczami błękitnymi i anielskimi kręcąca loka na paluszku...Niesamowite odkrycie, gdy się wyjdzie ze schematu.


wychowanie przez zaniechanie

Po turnusie rehabilitacyjnym musieliśmy odpocząć. Nigdy bym nie przypuszczała, że to będzie tak męczące doświadczenie. Antoś głównie odsypiał, po 4-6 godzin w dzień. Nawet Hania, która zaniechała już drzemek w dzień padała jak długa.

Kiedy więc Antosiowa Babcia przyjechała po Hanię na jej oczekiwane wakacje w Radomiu w domu dorośli śpiewali tak:



Wiem, wiem , powinnam machać chusteczką za dzieckiem i spać z tęsknoty w jej pokoju. Ale prawda wyglądała inaczej. Dwie godziny po wyjeździe Hani spakowałam już plecaki, wałówkę i przygotowałam małżonka że nazajutrz jedziemy w góry do znajomych WYPOCZYWAĆ!!!!

I tak zaczął się nowy okres w naszym życiu, WYCHOWANIE PRZEZ ZANIECHANIE.

Dotarliśmy w Beskid Żywiecki i pierwsze co rzuciło nam się w oczy to dzieci!!!! Mnóstwo dzieci!!! Statystycznie na jednego dorosłego w chacie wypadało 2,5 dziecka. Najpierw się zatrwożyłam, no bo...fajne te dzieci, ale ja tu przyjechałam wypoczywać!!!! Widząc moją konsternację podeszła koleżanka, poklepała mnie po plecach i mówi" Gośka, luzik, tu się dzieci same sobą zajmują, naprawdę rzadko je widujemy".

Że co????????

No więc w lekkim szoku zaczęliśmy wynosić bagaże z auta a Antek już pobiegł w długą. Bo i było gdzie biegać. Pięknie położone schronisko młodzieżowe, wokół polany, pagórki, strumyk, wiata ogniskowa, scena...no i te dzieci pomykające radośnie z każdego kąta. Cześć młodzieży leniwie sobie spożywała obiad na drewnianych stolach przed chatą. Antek tego nie mógł przegapić, przysiadł się grzecznie, oczkiem zamrugał, uśmiech puścił i nim się obejrzeliśmy już wsuwał swojego pierwszego w życiu Vifona!!!

Nie powiem, przez pierwsze kilka godzin miałam klasyczny odruch kwoki i śledziłam, na co znajomi nasi patrzyli z niemałym ubawieniem. Potem nam przeszło a udzieliła nam się sielska atmosfera absolutnego NICNIEROBIENIA. Jeśli ktoś podejrzewa, że miało to cokolwiek wspólnego z zaniedbaniem dzieci śpieszę sprostować, nic podobnego. Otóż dzieci same sobie organizowały czas i to tak, że my byśmy im tego lepiej nie wymyślili.

Starsze latorośle, te bardziej podlotkowate wybyły poza teren schroniska i założyły wioskę indiańską, sekretną i niedostępną dla innych, a zwłaszcza młodszych śmiertelników.
Młodsze, początkowo rozżalone, postanowiły zrobić konkurencyjną imprekzę, czyli wioskę 2:0 w małym drewnianym domku dla dzieci. A gdy im się znudziło przeniosły się w klimaty afrykańskie i niczym Staś i Nel pomieszkiwały w dziupli w drzewie( niemałej).
Biegały i szalały na niemałym areale.
Grały na dwustrunowej gitarze.
Z wiaty ogniskowej uczyniły stoisko z artefaktami turystycznymi gdzie za jedyne 10 złotych ( !!!) można było kupić hand-madową pamiątkę z Beskidu Żywieckiego, czyli kamyk zawinięty w liść:)
Toczyły się również warsztaty plastyczne, czyli malowanie twarzy na wzór indiański CZYM POPADNIE, mordując w ten sposób dwugodzinne sprzątanie łazienki przez Antosiowego Tatę( którą to ojciec umył by nabyć drogą stosunku pracy zacny kawałek drewna). Nosiły drewno z drewutni i strasznie- nie wiedząc czemu- się tym ekscytowały. Woziły się w taczce. Biegały za psem. Jadły co upolowały( nie no, czasem jadły też klasyczne posiłki). Zbierały kamyczki znad rzeki.
Śpiewały.
Tańczyły.
Rysowały patykiem.

A gdzie w tym wszystkim Antoś?WSZĘDZIE!!!
Oczywiście trudno jeszcze powiedzieć, że w pełni bawił się z dziewczynkami, ale dziarsko próbował. Brał udział w każdej tej działalności. Jak również uczynił sobie zjeżdżalnię dla autek z pudła na wiolonczelę, wspinał się wszędzie. Jak powszechnie wiadomo miarą szczęścia dziecka na wakacjach jest skala jego brudu. Antoni przetestował tę zasadę włażąc do popiołu z paleniska i miał niebiańską wręcz radochę z tytłania się na wszystkie strony. Uprzedzam zbulwersowanych, nie interweniowaliśmy. Wszak w chacie obowiązuje wychowanie przez zaniechanie. Ale nim prokuratura zastuka do drzwi powiem szybko , że wlazł do wygaszonego i zimnego kręgu ogniskowego.
Z kapsli robił pociągi. Rzucał patykami.
Co tam deszcz! Jest zabawa!


Grunt to wyobraźnia!


A skąd wyście wzięli taką wieeeeelką gitarę? Antoś i pierwsze spotkanie z wiolonczelą


Po wizycie w popiele


Czas coś przekąsić


A jak im zwinę solniczkę to się zreflektują????


Master of grill- Antosiowy Tato

Jako że rodzice całe noce spędzali przy ognisku i gitarze na śpiewach i swawolach, wczesnym rankiem, gdy Antoś wstał musiał sam sobie zapewnić atrakcje bo rodzice po całonocnych śpiewach jedynie okiem łypali czy dziecko w pokoju, czy już zwiało. I pewnie zwleklibyśmy się z łóżka gdy Antoś zaczął majstrować przy zawartości nocnika gdyby nie to, że majstrował wraz z raczkującym, 11-miesięcznym Bąblem. Nie tylko bawili się w raczkującego berka, ale też wpadli na pomysł ozdobienia ścian śladami rączek, maczanymi w nośnikowej zawartości. Po kolei, na zmianę , ze wskaniem przez Antka na Bąbla i okrzykiem " Tiii, tiii".

Dzieci się umyło, podłogę i ściany też. Ale kontakty interpersonalne? Bezcenne!!!

Jako, że w chacie panuje zasada, że ktokolwiek z dorosłych widzi dziecko-swoje czy cudze- to się zajmuje w jeden dzień spokojnie nam się wyspało do nieprzyzwoitej wręcz godziny 10. A Antek w tym czasie wszedł do pokoju obok , usiadł na cioci Asi i zaczął się domagać przewiezienia na koniku. No Antek, bez jaj jest rano- ciocia Asia negocjuje by zszedł. Antek wdaje się w polemiki i werbalnie oraz makatońsko zachęca ciocię do zabawy.
Ciocia postanowiła wziąć Antka na litość: " Antosiu, ciocia jest bardzo śpiąca, ciocia będzie spać".
Znam sytuację z opisu, ale ciocia Asia zna się na rzeczy, więc skoro mówi, że wtedy u Antka włączyła sie empatia to znaczy , że tak było. Antek wówczas popatrzył na ciocię, pogłaskał ją, przyłożył palec do buzi, powiedział " ciiiiii" a potem zaczął ciocię usypiać poprzez " aaaa aaaa aaaa". I poszedł. Bo ciocia chciała spać.
Dołączył się przed chatą do śniadania starszaków i tak spożył swoje pierwsze płatki na mleku w życiu. I żyje!!!!

Po południu ciocia Asia postanowiła uczyć Antoniuszka. Wzięła go na kolana i uczyła jednego z najważniejszych słów, czyli... " Asia".
" Powiedz Asia"
" Mówimy Asia"

Ale Aśka, no w życiu, przecież Antek w życiu nie powtórzy, nie męcz go- protestowaliśmy.
Idźcie w pierony i proszę mi nie przeszkadzać- poskromiono nasze instynkta.
I dobrze, że poskromiono , bo Antoś się naprężył, minkę zmarszczył i krzyknął na cały głos " ASZA, ASZA!!!!!".

Po salwach braw, podrzuceń i radości kluczowe słowo " Asia " zagościło i już do końca wyjazdu właśnie tak Antoś zwracał się do cioci. Dumny i szczęśliwy. A my zawstydzeni wpatrywaliśmy się w mrówki...

No to ciocia Asia z głupia frant zawyżyła poprzeczkę i rzuciła : " to teraz mówimy wujek Sztajger".
Tym razem nic nie powiedzieliśmy, nie dało się , wybuchnęliśmy takim śmiechem że mało nie zagłuszyliśmy Antka. A Antulek znów się naprężył i szelmowskim uśmiechem wykrzyczał " Ajger, ajger!!!".
Minę mieliśmy ponoć jako kot na pustyni który nie ogarnia tej kuwety....

W chacie jednym z gości był pies. Fajny pies, to znaczy ja uważam że fajny, bo ze mną się tulił i lizał, noga Antosiowego Taty ma inne zdanie o psinie. Antoś początkowo bał się psa. Choć nie, nie tyle bał ile reprezentował klasyczną postawę " a chciałbym a boję się". Chodził za psiną , wodził wzrokiem ale gdy psinka kochana do niego podchodziła chował się za nami. Pod koniec wyjazdu już psinę głaskał. Sam z siebie. Nikt go nie nakłaniał, żadnej dogoterapii, nie, nie. Wychowanie przez zaniechanie...

Psinka


Gdy dołączyła do nas kolejna ciocia miałam stresa. Bo bałam się że będzie wrzask. Ciocia Ola źle się Antosiowi kojarzyła, bo Antoś spotkał ja kilka razy gdy grywała na instrumentach. A to był czas meeeeega nadwrażliwości słuchowej u  Antka. I choć nadwrażliwości już takiej nie ma, choć ciocię Olę spotykał i w innych okolicznościach przyrody niż z gitarą w ręce to jednak gdy w Opolu ujrzał ją na korytarzu od razu włączył bieg wsteczny z krzykiem.
A w chacie?
Ciocia Ola przyjechała nocą, gdy Antoś już spał. Rano otworzył oczka popatrzył, dostrzegł nowe osoby w pokoju i ...podszedł się przywitać. A potem wieszał się na cioci Oli i z wielkim zainteresowaniem patrzył gdy grała na wiolonczeli.

Matka zapragnęła odmiany i poprosiła koleżanki o postrzyżyny. Gdy ciocie cięły włosy Antoś podchodził i wskazywał , że " auuuua", a potem próbował mnie bronić przed nożyczkami, bo zakodował sobie , że przecież dla niego fryzjer nie jest przyjemny więc trzeba mamę ratować.

Dla nas to szok! Wyjazd był krótki ( 4 dni) ale tak obfity w niesamowite zachowania Antosia, że przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Było tam tez kilka osób z branży terapeutycznej i też przyjemnie łaskotali nasze ego rodzicieli mówiąc że Antoś zrobił spektakularne wręcz postępy.

Wiemy, widzimy, czujemy na każdym kroku.

Z wypadu w Beskid Żywiecki wyciągnęliśmy kilka wniosków:
- Antek to już prawdziwy globtroter i podróże z nim są już prawdziwą przyjemnością
- każde nowe otoczenie jest dla Antka źródłem atrakcji a nie niepokoju
- towarzyska z niego bestia i o kontakty zabiega
- DA SIĘ WSPANIALE WYPOCZĄĆ Z DZIECKIEM NA POKŁADZIE
- ALE MUSI TO BYĆ W RAMACH AKCJI " WYCHOWANIE PRZEZ ZANIECHANIE".


Wychowanie przez zaniechanie jest ekstra!!!!



Najważniejszy wniosek: więcej luzu, mniej spinania się. To się sprawdza najlepiej dla Antosia. I dla nas też:)
też musicie spróbować!