środa, 17 lipca 2013

Zalecenia terapeuty rzecz święta.

W środę tuż po śniadaniu Antoś poszedł na SI. Po zajęciach pan Radek przekazał nam szybką opinię na temat Antka. Po pierwsze antek jest w całkiem dobrej formie jeśli chodzi o SI, nie ma jakichś dramatycznych problemów( p. Małgosiu- dziękujemy za te dwa lata ciężkiej pracy). Ale czucie głębokie wymaga jeszcze wieeeeele starań więc koniecznie musimy zwiększyć ilość podwieszanek i wszelakich aktywności które wymagają od Antosia więcej uwagi w zakresie świadomości swojego ciała.

Po drugie więcej boso, skoro w Ochotnicy pogoda dopisuje a trawnik jest ślicznie przycięty mamy się pożegnać z sandałkami.

A po trzecie to p. Radek poprosił o instrukcję komunikacji z Antosiem , bo jak on to określił Antoś stosuje najszybszy Makaton na świecie i p. Radek nie nadąża z rozumieniem. Sprawa jest prosta, aktywności które p. Radek Antoniuszowi zaproponował ta się spodobały że Antek ja z karabinu zaaferowany wyrzucał z siebie na zmianę gesty " proszę", " jeszcze" i " daj", a że się śpieszyl do zabawy nie miał czasu wykonywać ich dokładnie.

Posłusznie polecenia zaczęłam wprowadzać w życie. Pierwszą zmajstrowałam instrukcję Antosiowego Makatonu. A że niebiosa nie obdarowały mnie talentem plastycznym wyszła plastyczna karykatura rączek Antosia, z której rechocze teraz pół turnusu:)

W godzinnej przerwie między zajęciami wpakowałam maluchy do auta z nadzieją, że się trochę prześpią po drodze. A  gdzie tam! Jechałam tak przed siebie aż dojechałam do Krościenka nad Dunajcem a humorki na tylnej kanapie coraz mniej senne. Szybka decyzja: idziemy na górę, będzie wycieczka sentymentalna.
A co jest na górze?Spytał w biegu Antosiowy Tato. Centrala Ruchu Światło- Życie, pokaże Wam co robiłam jak byłam młoda.
Tato jęknął, ale dzieciom schody na samiuśką górę się spodobały.


Na górze seria pytań a co to , a czemu, a dlaczego, a kto to.
Cierpliwie i z entuzjazmem wytłumaczyłam czym jest Namiot Światła co to za dziwny napis( i dzieci liznęły troszeczkę starożytnej greki), kim był ten łysy pan( założyciel Oazy) , dlaczego ta pani ma taką brzydką sukienkę ( habit zakonny), ale Antek i najbardziej był zainteresowany taplaniem się w sadzawce pod pomnikiem Matki Boskiej a Hanka sceptycznie cały teren obleciała, wysłuchała nowej katechezy w moim wydaniu po czym zapytała czy naprawdę musi tu być i czy nie mogłabym jej zabrać do domku czerwonego kapturka skoro już jej chce pokazać coś z okresu gdy byłam mała.
Koniec. Więcej uduchawiania dzieci nie będzie. Jak amen w pacierzu:)




Przed obiadem zabraliśmy się do realizacji zaleceń p. Radka. jak zapewne już wiecie z innych relacji ogromną furorę robi rzeczka Ochotnica przy pensjonacie. Miało być boso? Proszę bardzo!!! Dzieci z radością zrzuciły obuwie i biegały niczym kozice górskie po kamykach suchych i mokrych. Gorzej, że rodzice musieli za nimi. Wszelakie oferty masażu kamieniami za 79 złotych za sesję w Opolu są mocno przereklamowane. Po pierwsze tu taniej, a o drugie...o relaksie raczej nie ma mowy jak się takie maleńkie kamyczki wbijają w stopy!

Najpierw " chwileczka" na placu zabaw


Potem ćwiczenia motoryki malej poprzez łapanie uciekającej mrówki. Chyba z tą motoryką jest już nieźle skoro mrówa złapana dwoma palcami.


A potem decyzja by zdobywać świat niczym Cejrowski. Zapewne wymuszona tym, że buty zostały zamordowane w piaskownicy:)


Wrzucanie kamorów i puszczanie kaczek to jest zawsze najlepsza nagroda


Niektórzy postanowili sobie uniżyć temperaturę ciała( brrrr, jaka zimna woda była)


Boso, po kamorach i jeszcze ćwiczenie rzucania do celu! Taki ze mnie pilny pacjent!


kamienioterapia na kilometry:)


Taki wodospad ( no dobra, wodospadzik) nie mógł zostać pominięty!


To włazimy!!!


A po powrocie byłem tak glodny, że sam wtrąbiłem cały talerz barszczu i co chwilę mlaskałem " miam mniam".


A po obiedzie zaplanowana była piesza wycieczka po okolicy Ochotnicy. I tu skapitulowaliśmy. Primo baliśmy się powtórki z dnia poprzedniego, a kolejna przepłakana wycieczka mogłaby się fatalnie skończyć. Sekundo obiecaliśmy Antosiowi , że wrócimy do Szczawnicy na spokojnie. Zwłaszcza że Hania podczas spacerku po Grajdołku wypatrzyła wysiupany plac zabaw i wierciła dziurę w brzuchu niebywale. Zaś Antoś nauczył się nowego słowa " apaf, apaf" co dokładnie oznacza " zabaw", czyli plac zabaw.
No dobra, mięczaki z nas okrutne, ale tak uroczym prośbom nie potrafiliśmy się oprzeć.
A więc kierunek Szczawnica. Dzieci się pospały w aucie, stanęliśmy więc na placu Dietla, maluchy spały, rodzice rozpłaszczyli się na przeciw fontanny z zestawem ' happy rodzic' i delektowaliśmy się kurortem i wakacjami. Oj potrzebne nam to było. 



 a gdy maluchy wstały pierwszy cel: plac zabaw.
Tu również posłuszny pacjent postanowił wprowadzić zalecenia p. Radka w życie i po raz pierwszy wybrał:  


Tytułem objaśnienia. Antek pierwszy raz wlazł na taką wielką, dmuchaną zjeżdżalnię- zamek. To znacznie niezupełnie, włazić właził już wcześniej, ale że to niestabilne to zarzuciło go parę razy na boki i zwiewał gdzie pieprz rośnie. O wdrapaniu się na samą górę i zjechaniu mowy nie było. 
A tym razem zjechał nie raz a nawet kilka i cieszył się szalenie. 

Kula zainteresowała go od razu. Może dlatego że w wodzie. Uczciwie przyznam , że nigdy wcześniej nie próbowaliśmy. Na samą myśl o zamkniętej, ograniczonej przestrzeni, niestabilności na wodzie oraz głośnym odkurzaczu pompującym powietrze bolały mnie uszy od niechybnie nadchodzącego płaczu. A tu trzeba było pilnować Antka żeby nie wlazł sam po pas do wody, tak mu się śpieszyło. Hania i Antoś stali w niebotycznie długiej kolejce do kul, ale Antek jest w czepku urodzony, okazało się że jedna kula nieco przemaka i w środku jest mokro toteż do niej nie ma kolejki i można wchodzić od razu. Patrząc na Antulka który od samego przebierania nogami z niecierpliwości wokół brodzika był już mokry nie mieliśmy wątpliwości że nie ma na co czekać. Ja- sceptyk byłam pewna, że odwrót będzie przy napełnianiu kuli powietrzem. A było tak:












Gdy miał dość pokazał że koniec i chce już wyjść. 
Natomiast jeśli ktoś z Pań lub Panów myślałby że to już było nadto wrażeń dla Antulińskiego to muszę rozczarować. Perpetum Mobile jeszcze długo szalało w sali z kulkami a potem wybiegło i zażądało lodów.  Hania z lodem w ręku zaczęła się wieszać na słupkach więc Antek od razu zaczął ją naśladować i również się wspinać. Przebiegł na swoich krótkich ( i bosych, a jakże!) nóżkach pół Szczawnicy.





Gdy myśleliśmy że już padną, również z głodu okazało się że Antoni ma dla nas kolejną niespodziankę.
Zamówiliśmy najlepsze placki ziemniaczane w życiu( polecam, bo bossssskie) a Antoś w tym czasie szalał w ogródku plackarni z nowo poznanymi dziećmi. I to jak szalał!!!!



To kolejny pierwszy raz Antosia. Tym razem na dużej trampolinie- na małej, bez bocznej siatki lubi skakać, na dużą nie chciał wejść. Zwłaszcza gdy były inne dzieci. Tu i dzieci i boczne ścianki i uśmiech na ścianie i skakanie pierwsza klasa. 

A potem grzecznie wyszedł z trampoliny, wsunął , 1, 5 wielgachnego placka, popił kompotem i grzecznie dał się tacie zapakować na barana. Dotarliśmy do auta grubo po 20, a Antosiowi tylko uszy ograniczały uśmiech.



Najodważniejszy i najwytrwalszy Szkrab na świecie. A przynajmniej w Pieninach:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...