sobota, 20 lipca 2013

Zakopane

Na sobotę  była przewidziana wycieczka do Starego i Nowego Sącza, a jednymi z atrakcji przewidzianych był ołtarz papieski oraz klasztor klarysek. O nie....po katechizacji w Krościenku na zwierzanie miejsc kultu religijnego to ja się z moimi aniołeczkami nie piszę!!!
Padła więc decyzja: jedziemy do Bukowiny Tatrzańskiej. Taki był plan. No ale plan planem a umiejętności rodziców to inna kwestia. Gdy wjechaliśmy do bukowiny Antosiowy Tato- mój prywatny GPS zapewnił mnie, że to na pewno jest główna ulica i zaraz będzie gdzieś skręt w rynek. No i był, nie powiem, następny skręt był już w Zakopcu.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło , tam nas jeszcze nie było!!!
Krupówki dzieciom się bardzo spodobały, rodzicom nieco mniej. To powinno zostać objęte patentem, zastrzeżone logiem jako miejsce gdzie najszybciej wyda się forsę na głupotki w sekundę. Byliśmy asertywni, a co! Umówiliśmy się z dziećmi na jedną souvenirę z wycieczki.
No ale to my się umawialiśmy, prawda? One próbowały na każdym- naprawdę na KAŻDYM straganie wydębić coś pasjonującego.

Gdy więc zaczęły mendzić o przejażdżkę bryczką ulegliśmy, byleby nas ta bryczka wywiozła daleko od Krupówek!!!
Bryczka bardzo się maluchom spodobała, akurat trafiliśmy na przesympatycznego bacę- kierowcę, który nie tylko oskalpował nas z finansów, ale też opowiadał po drodze, pozwolił dzieciom siedzieć z przodu i prowadzić( matka powstrzymywała zawał na tylnym siedzeniu i trzymała antka chociaż za szlufkę w spodniach). Hania zachwycona mierzyła kapelusz.
Antek kapelusza góralskiego włożyć nie pozwolił, ale bicz mu się bardzo spodobał. Baca zaskoczony bo dzieci o koniach co nieco wiedziały a przecież przyjechały z wielkiego miasta:)





Bryczka zawiozła nas pod Wielką Krokiew.


 Dzieci były niewzruszone na nasze perory o Pucharze Świata i Małyszu, w nosie też miały widoki( cudne!!) bo wypatrzyły coś lepszego. A ja przez chwilę poczułam się jakbym spadła z deszczu pod rynnę. Mało, że straganów nadal było w pierony to jeszcze centralnie pod Wielką Krokwią był dmuchany plac zabaw i cały asortyment innych atrakcji.
Super, przyjechaliśmy do Zakopanego poszaleć na trampolinie!!!

Antoni od razu zdjął buty i ustawił się do kolejki do dmuchanego zamku ze zjeżdżalnią.







 Szalały maluchy z dobre 7 minut gdy spotkał nas nieprzyjemny incydent. Fakt faktem, z dobry miesiąc nie byliśmy już w żadnym muzeum ani zamczysku więc ciapkę odwykłam i spłakałam się z tej okazji strasznie.
Ale po kolei.
W Zakopanym Antoś miał dzień w stylu " syneczek mamusi", przykleja taka. Gdy więc tak sobie brykał po dmuchanym zamku i nie umiał się wdrapać na pociąg poprosił mnie o pomoc. Cóż było robić, zdjęłam buty, wdrapałam się i zaczęłam pomagać. A za mną dryblas jakiś pędzi i woła że nie wolno wchodzić dorosłym.
Oniemiałam, ale że już podobną przeprawę miałam w sali zabaw " Dżungla" w Opolu postanowiłam być grzeczniutka i panu wszystko wytłumaczyć. Tłumaczę zatem że zapłaciłam za pół godziny dla syna, ale syn jest dzieckiem niemówiącym, wymagającym nieco pomocy w użytkowaniu urządzenia stąd weszłam by mu pomóc bo obsługa na pewno jego gestów by nie zrozumiała.
Aha, właściciel jednak też nie zamierzał nas zrozumieć. Nawet nie wykazywał najmniejszej chęci. Obwieścił że skoro dziecko jest za małe lub za głupie żeby użytkować plac zabaw to mam go zabierać  i wynocha. Zatkało mnie, nie ukrywam( kurde, wywalają nas z przeróżnych miejsc  średnio raz na kwartał a mnie ciągle nowy asortyment podłości zapowietrza).
Nim się odpowietrzyłam pan kazał nam swej pracownicy oddać pieniądze i wynosić się z dzieckiem.



Oj popłakałam się, nie powiem. Popłakał i Antoś wnoszony w spazmach. Hania wyjątkowo nie płakała, choć musiała przerwać zabawę tylko pytałam dlaczego.

Wytłumaczyłam Hani jak umiałam najlepiej( a to się w ogóle da jakoś mądrze dziecku wytłumaczyć?????).
Łukasz zrobił dryblasowi zdjęcie i zapowiedział że mu nie popuści. Jak go znam to jutro wystosuje zapytanie do urzędu skarbowego z zapytaniem czy dryblas jest na klasycznym podatku VAT czy na ryczałcie bo paragonu za usługę nie dostał.

Na szczęście parę metrów dalej odbywała się ' konkurencyjna imprezka" , czyli kolejny plac zabaw z atrakcjami. Pociąg otarł łzy u Antosia i niepokój u Hani wywołując prawdziwą furorę. Tylko w nas została zadra jakaś. Kolejna.
Tak więc po incydencie postanowiliśmy dzieciom przykre zdarzenie wynagrodzić i pożegnaliśmy się z planem wydatków dawkując dzieciom atrakcje w myśl zasady ' hulaj duszo, piekła nie ma'.







Były więc autka, i przytulanki z misiami n a Krupówkach ( uwierzycie, że możliwość zrobienia sobie zdjęcia własnym aparatem z kolesiem z przepoconym stroju niedźwiadka kosztuje 10 zł???).
Były frytki z niewiarygodną ilością keczupu dla Antulka i nieskończona ilość oscypków dla Hani.
Były lody, dużo lodów, w prawie każdej budce były lody:)



I gdy już myślałam że ja to się jednak z Zakopanym nie polubię ( moja pierwsza wizyta) zdarzyło się coś niesamowitego.

Już wracając do samochodu Hania wypatrzyła na jednym straganie pluszowego konika. A niech jej będzie, jak dzień dziecko to dzień dziecka. Płacąc za maskotkę od razu zapytałam o cenę fajnych drewnianych puzzli dla Antośka, bo było kilka naklejek z cenami.
Od słowa do słowa, od uśmiechu Antosia do uśmiechu pani sprzedającej...wyszliśmy ze straganu z całą skrzynką pełną drewnianych puzzli!!!!!!



Antoś i Hania od razu kilka par sobie wygrzebali. Częścią przekazaliśmy Prodeste, część podarowaliśmy turnusowym maluchom a część przeznaczyliśmy tutaj:

Aukcje Allegro Antosia

Jeśli ktoś zechciał by zakupić pamiątkę edukacyjną spod samiuśkich Tater to zapraszamy, bo gest pani ze stoiska nas zamurował i odczarował niemiłe skojarzenia z Zakopanym.

Tymczasem z Zakopanego czekała nas jeszcze podróż powrotna. Droga była prosta jak drut, czas niezły na kolację w ośrodku mieliśmy zdążyć z palcem w nosie. I tak sobie jedziemy, dzieci się pospały, droga coraz bardziej kręta a widoki zapierają dech w piersiach. Jadę tak sobie, jadę, boska poci się niemiłosiernie a znaki tylko zmieniają procentowe nachylenie podłoża. Wjazd pod katem 9 stopni, 12, 16...

Po jakiejś pół godzinie stwierdzam że nie warto już być hardą i pytam " Łukaszku, a nie wydaje Ci się że ta droga wygląda nieco inaczej niż podczas jazdy DO Zakopanego. Jest jakby bardziej stroma".
Łukasz się zadumał, podrapał po głowie po czym odrzekał ' No tak, bo nią do Zakopanego nie jechaliśmy. ale jedź dalej bo widoki są cudne".
Po upolowaniu wreszcie jakiejś nazwy i zatrzymaniu się na wertowanie atlasu odkryliśmy że jesteśmy w Słowackich Tatrach a ta piękna góra która tak królowała nad masywem to jednak nie był Giewont!!!

Jeszcze tylko zawracanie pod górkę, trochę serpentyn i stromizn z urwiskami ( Przełęcz Knurowska przejechana dwa razy jest naprawdę przepiękna i za drugim razem już nie tak przerażająca) i wróciliśmy do pensjonatu.
Choć dzieci większość naszej słowackiej trasy przespały Hania w pensjonacie, nie wiedzieć czemu, przesiadła się do bagażnika i zapowiedziała że na następną wycieczkę ona jedzie z tyłu. Czyżby nie chciała podziwiać słowackich Tatr?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...