poniedziałek, 15 lipca 2013

Zaczynamy nadawać z turnusu

Dopiero dziś matka znalazła chwilę by naskrobać pierwsze wieści z turnusu. Od dziś będę się już starała zdawać systematycznie relacje.
Na początek dzień pierwszy: niedziela 14.07.2013

Podróż była zaskakująco krotka i dla większości składu boskiej clio nawet przyjemna. Tylko matka miała dygoty co chwilę jako kierowca bo to pierwsza wizyta matki na autostradzie i pierwszy kontakt z serpentynami i zakrętami pod górkę.
Ale daliśmy radę, najważniejsze , że boska w kwiecie wieku dojechała. Dopiero na miejscu matka dowiedziała się, że pod górkę wjeżdża się na trzecim biegu...Lepiej późno niż wcale:) Teraz boginie będzie łatwiej zdobywać drogi pasma Gorców.

Antuliński przespał się chwileczkę. Czego nie można powiedzieć o Nieustannie Gadającym Czepiaku oraz obsłudze naziemnej dzieci alias Tato, wciśniętym jednym pośladkiem obok fotelików dzieci:)


Jedno śpi, drugie śpiewa o konikach. W wyniku arii operowych w wykonaniu Hani drzemka Antosia była zaskakująco krótka. 


W Ochotnicy Dolnej powitały nas znajome twarze. Od razu dzieci wypatrzyły Justynkę z rodziną. Czekała na nas też Babcia i Dziadek którzy w pobliżu się urlopowali. Nieco później z tłumu kłębiących się ludzi wyłowiliśmy Kubusia z Mamą i Franka.

To było pytanie , które Hania powtarzała przed wyjazdem jak mantrę " Ale czy jesteś pewna, że będzie Jutynka?". No więc tak, jestem , i jest Justynka, a nawet Kasia też jest!!!


Ale najważniejsze dla Antosia i Hani były znajome twarze z Prodeste. Od razu moje dzieciaki przekleiły się do ukochanych Pań Wolontariuszek-p. Marleny i p. Gosi, oraz po kolei p. Moniki, p. Adama, p. Gosi Grus.
To dzięki takiej ekipie na turnusie nie mieliśmy absolutnie żadnych kłopotów z adaptacją. Gdy tylko Antoś wszedł do pokoju od razu zaczął się zachowywać jakbyśmy byli w domu, a gdy zobaczył plac zabaw na obejściu i dzieci był już w ogóle w siódmym niebie.

W ramach zwiedzania terenu szybko odkryliśmy rzekę Ochotnicę z tylu ośrodka. i to jest wielki hit dla Antulka. Wrzucanie kamyków do rzeki jest odjazdową frajdą, bardzo też spodobał mu się mini wodospad.

Po rozpakowaniu się pora na obiad. I to był element planu dnia którego się bardzo obawiałam, bo jednak rzucanie przez antka talerzem z zupą mogło by być nieco kłopotliwe.
Jakież było moje zdumienie, gdy Antoś usiadł przy stoliku i zjadł- sam i łyżką , nie ręką!!!- cały talerz rosołu!!!
Jedyny problem z żywieniem Antulka na turnusie mamy z tym, że Antoni został wegetarianiniem i trzeba się nieźle nagłowić żeby tknął mięcho. Oraz że Antoniusz wolałby siedzieć przy stoliku kadry a nie z nami, najlepiej między Panią Gosią a Panią Marleną:)
Pomimo tłumaczeń, że nie jesteśmy w przedszkolu i nie będzie jadł ze swoimi Paniami Wolontariuszkami mały lovelas ciągle kombinuje jakby tu się zbliżyć i średnio co 5 minut sygnalizuje że musi iść do toalety. Po co? Wychodząc ze stołówki trzeba przejść koło p. Gosi i p. Marleny i może choć na sekundkę je zaczepić:)

Antulek grzecznie chodzi na zajęcia, nie buntuje się ( ponad normę), jest bardzo z zajęć zadowolony i na hasło idziemy na zajęcia pakuje pod pachę swoją książkę z piktogramami, nocnik i biegnie co sił w małych nóżkach. A zajęć ma wiele i różnorakich: jest terapia grupowa, indywidualna, logopedyczna, SI i muzykoterapia. Pewnie nie bez znaczenia jest , że na większości zajęć spotyka się z p. Moniką i p. Gosią, oraz znanymi dziećmi, ale powiem szczerze że jestem pod wrażeniem zapału w małym człowieczku.

Dobra, przyzna się matka. Matka tak samo cieszyła się na ten turnus jak była nim przerażona. i bała się matka nie tylko logistyki, otwartej bramy na ulicę czy rzeczkę, dachów po których na upartego dałoby się spacerować ( a byli tacy śmiałkowie ponoć wśród pacjentów). Matka przede wszystkim bała się samego wyjazdu. Bo taką nieznośną tradycją się u nas stało, że każdy wyjazd wiązał się u Antosia z regresem, i to poważnym.
Wiele Bieszczadom zawdzięczam, na pewno nie raz jeszcze tam kiedyś wrócimy. Bez nich nigdy nie zreflektowalibyśmy się tak szybko że Antoś jest dzieckiem zaburzonym. Ale prawda jest taka, że to właśnie podczas wakacji w Bieszczadach zaczął się największy regres w życiu Antosia, ten który wycofał Maleńkiego do bardzo odległego świata.
Fajnie było rok temu w Górach Świętokrzyskich, miło wspominam ten wyjazd. Ale znów, caly rok pracy terapeutycznych w ciągu kilku dni urlopu gdzieś się zagubił i wróciliśmy wówczas do punktu wyjścia.
Dlatego przed wyjazdem na turnus bałam się bardzo, naprawdę bardzo. Wiedziałam, że w zasadzie to już jest inne dziecko. Wiedziałam też że nawet jeśli zdarzy się coś niedobrego dla Antka to będzie on w najlepszych rękach i nigdzie indziej nie będzie miał tak korzystnych warunków do pokonania regresu. Ale wiedzieć a czuć to jest jednak duża różnica.

Teraz piszę w zasadzie w piątym dniu turnusu. Regresu nie ma. Postępy ogromne( o których w następnych postach). Matka spokojna i szczęśliwa, bo dzieci swobodnie brykające, uśmiechnięte, wyluzowane i bawiące się razem. Uffff

Bałam się też bardzo turnusu ze względu na Hanię. Tuż przed wyjazdem miałam duże wątpliwości czy wyjazd pełną rodziną na pewno  był dobrym pomysłem. Bo Hania ma autyzmu ciut jakby za dużo w swoim życiu( dom, przedszkole, rehabilitacja) i dwa tygodnie w otoczeniu dzieci które nie zawsze zachowują się cichutko mogły być dla niej bolesne.

A Hania jak to Hania, wbija mnie w podłogę swoją mądrością i dobrocią nieustannie. Pierwszego czy drugiego dnia po kolacji podchodzi ze mną do innego stolika, pokazuje palcem na dziewczynkę i mówi:
"To jest moja przyjaciółka mamo. Też ma autyzm, ale jest bardzo fajna i lubię się z nią bawić".

Jednym, spontanicznym zdaniem scharakteryzowała cała atmosferę na turnusie.
Wspaniałą mam dziewczynkę, wiecie? O bardzo dobrym serduszku...


A po całym dniu Antulek jest nie do ruszenia w łóżku


Tak męczący jest ten turnus!!!!


Chyba wystąpię o znak jakości Q dla Prodeste w kategorii środki nasenne, bo nawet czepiak pada jak długi wieczorami. Inna para kaloszy, że nawet śpiąc jej kończyny nie są w bezruchu:)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...