piątek, 19 lipca 2013

Góra Wdżar

Ranek jak zwykle na turnusie upłynął nam pracowicie na zajęciach, co zaś okazało się dla mnie wielka niespodzianką zajęcia z muzykoterapii przebiegły bardzo przyjemnie. I dla Antosia i dla pani terapeutki:)
To jest wielka nowość i jak tylko wrócimy od razu nawiążemy kontakt w tej sprawie z p. Olą, naszą niegdysiejszą terapeutką od muzyki. Może nie ma ( już) traumy po zajęciach z Antosiem i zechciała spróbować jeszcze raz?:)

Co Antoś porabia w przerwach między zajęciami. Nic wielkiego. Ot, przystąpił do gangu hulajnogowego i jeździ już na hulajnodze osiągając wcale nie małe prędkości. Nauczył się zeskakiwać ze schodów i ćwiczy tą umiejętność zawzięcie- jak to dobrze że pomieszkujemy na pierwszym, nie trzecim pietrze:)
Przeszedł strumyk na drugi brzeg po kamieniach ochnaście razy.
Notorycznie gubi autka, a w zasadzie upodobał sobie zabawę ja rzucam- Wy szukacie. Póki to były pomniejsze resoraki to se rzucał bez żadnego odzewu ale gdy zarzucił Złomkiem w zarośla wybuchnęło niezłe larum. Tu od razu odpowiedź na pytanie dlaczego właśnie pojechaliśmy na ten turnus a nie jakiś tam inny. Ano proszę bardzo, czy moglibyście mi wskazać gdzie 8 terapeutów przedziera się przez klujące igliwie, w tym p. Radek przez jałowiec na który jest uczulony, bo dziecku wsiąknęła ukochana zabawka bez której nie potrafi zasnąć? Takie rzeczy tylko w Prodeste i u terapeutów z Prodeste powiązanych.  po tymże poszukiwaniu wszyscy dość alergicznie reagują na okrzyk Antosia " biiiiiii", bo tak właśnie woła on na Złomka. A , bo właśnie. Antoś zaczął nazywać swoje zabawki. Niby nic. A ważne.

Ponadto Antoś i Hania postanowili ubawić cały turnus a także zapewnić im tor przeszkód na schodach i już na pierwszym schodku padają na czworaka  i  pełzają do góry donośnie miaucząc. Bo bawią się w koty. Tak właśnie, mój syn udaje że jest kotem i wydaje w tym celu odgłosy paszczowe( adekwatne) by się świetnie bawić.

A na popołudnie zaplanowano wycieczkę na górę Wdżar. Niby nic, co tam góra, Antoś nie jedną już ma na swoim koncie, i większą i mniejszą. Ale tu matce ścięła się krew w żyłach i skonfliktowała się z ojcem gdyż wycieczka przewidziała wjazd na górę wyciągiem. A konflikt polegał na tym , że ojciec racjonalnie ocenił sytuację i uznał że nijak nie da się utrzymać Antosia na wyciągu jeśli mu się nie spodoba, a przeca nie wiadomo czy mu się spodoba czy nie a ryzyko jednak zbyt duże. Matka zaś z kluchą przerażenia w gardle odpowiedziała że spróbujemy i matka deklaruje się trzymać Anutulka podwójnym Nelsonem by nie wypadł.
I matka zdecydowanie nie wiedziała co mówi.

Podczas drogi Antoś zasnął w autokarze. Nie obudził się podczas wychodzenia, nie dało się go dobudzić po drodze, nie ruszyły go dźwięki przepuszczającej nas bramki na wyciąg. Oczęta otworzył dokładnie wtedy gdy siadaliśmy na wyciąg.

Sorry Winnetou, odwrotu już nie ma- powiedziała matka, ale jednak serce matce na chwilę stanęło a film z projekcją wydarzeń ruszył w głowie. Bo Antoś wybudzony to jest taka bomba z opóźnionym zapłonem, nigdy nie wiadomo kiedy i z jaką mocą pierdyknie.
No to jedziemy. Antosiowi buźka już już układa się w podkówkę, wzrok ma nieprzytomny ale niezbyt milutki. Na szczęście gdy tylko przestrzeń między naszymi nogami a ziemią zaczęła się powiększać podkówka zmieniła się w uśmiech i niedowierzanie. Ale był szczęśliwy!!! Pokazywał na kamienie na dole, na baranki!!!!

Płacz?
Ano był, jak zeszliśmy i okazało się że nie jedziemy już na dół, a przecież było tak fajnie!!!!






Na szczęście szybko w tłumie Antoś wypatrzył Justynkową Rodzinkę, co zdecydowanie poprawiło mu widoki na najbliższą godzinkę i można już było w wyśmienitych humorach podziwiać widoki i szykować się do zejścia.





Syna trzeba pochwalić bo zszedł sam. Wprawdzie jest już trochę zaprawiony po zeszłorocznych Górach Świętokrzyskich, ale mimo licznych postojów byliśmy pierwsi na dole:)

A postoje były niezbędne gdyż:

Spotkaliśmy baranki i owieczki- tu padło jakże ważne słowo " owca", mam na to świadków:)



Spotkaliśmy również rodzinę kóz. Antoś i Hania w ogóle się nie bali, chcieli karmić kozy tak jak w stadninie, ale te okazały się jakoś nieszczególnie głodne- może dlatego że były na pastwisku:)
Za to wyjątkowo spodobał im się Antosiowy Tato, a dokładniej rzecz ujmując jego spodnie:)










Był i traktor, i brona. No przecież kolo takiego znaleziska nie wolno przejść obojętnie. Trzeba się na dłużej zatrzymać!





Jak ja lubię z nimi po górach chodzić!!!!

A wieczorem matka oddała się rozrywkom towarzyskim z gitarą i piórem ( no może bez pióra, ale tez na "p"), dzięki czemu przypomniała sobie te nieśpiewane od lat piosenki. I za to bardzo chciałabym podziękować towarzyszom dzielnie znoszącym moje porykiwanie ( znaczy się to...no...śpiewanie), oraz Antosiowemu Tacie, który sprawował w tym czasie pieczę nad potomkami:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...