poniedziałek, 29 lipca 2013

Czorsztyn i " tatek"

Niedziela również przebiegła wycieczkowo. Tym razem kierunek Czorsztyn, ze zwiedzaniem zamku, przepłynięciem zalewu, spacerkiem po tamie oraz przejściem Halą Majerz, gdzie można było zobaczyć jak powstają oscypki. To był bardzo ciekawy dla Antulka dzień. Już sam zamek zrobił na małym wielkie wrażenie. Obszedł wszystkie zakątki, zaprzyjaźnił się z katem, choć zdjęcia nie dał sobie za nic na świecie z oprawcą zrobić.
Harce pod zamkiem


Wbrew prośbom matki Antoś samodzielnie zdobywał schody na zamek. Na szczęście asekurowal nas dzielny p. Kuba-kierownik turnusu



Hania- koneser zamków wszelakich.


Był szturm na zamek to jest i lup zdobyczny. Czwarty pojazd drewniany podczas turnusu, a końca turnusu jeszcze nie widać. 


 Spacerek na hali Antosia zrelaksował, same oscypki nie zrobiły na niego żadnego wrażenia, w przeciwieństwie do ognia w wędzarni. Do chaty za przewodników stada upatrzył sobie Wiącków, zaś po hali maleńki spacerował " na leniucha", na plecach taty.Nas z Antosiowym Tatą trochę tęsknota ogarnęła gdy zobaczyliśmy drogowskaz " Trzy korony- 2 godziny 15 minut". Oj, pohasał by człowiek po górach...
Na szczęście widoki z hali i tak były oszałamiające, nawet bez wysokich szczytów.

W końcu trzeba zacieśniać więzi rodzinne, prawda?


O jaaaaaa, masz Rainbow Dash!!!! I już sie Antoś nie odczepił od Justynki ani na chwilę...



Hala Majerz


I szybka lekcja skąd się to mleko bierze i dlaczego


Oraz dowód że oscypki na hali były autentyczne


Antoś w wersji globtroter


Od trzech już lat zdobywa góry na plecach tatusia

 Jednak największe wrażenie zrobił na Antosiu statek. Gdy tylko pojawiliśmy się na przystani Tosik od razu przebierał nóżkami w kierunku podestu i od razu zdejmował buty. Miałam niezłą kartę przetargową by wcisnąć w małego wędrowca zupę pomidorową, myślę, że zjadłby wszystko bylebym mu wreszcie pozwoliła wejść na pomost. Gdy tylko weszliśmy na statek i ruszyliśmy Antoś oniemiał. Musiał być pod wielkim wrażeniem bo całe 20 minut siedział spokojnie i nigdzie nie biegał. No ale ile można siedzieć i podziwiać widoki? Trzeba się też trochę rozerwać , prawda?

Tatek! Tatek!!

Hania lew morski...tfu, zalewowy!


Harnaś jak żywy


Ciocia Danusia ma powera!!!


Siuuuup i latam:)


Antoś obiegł cały statek " Harnaś", próbował przewrócić drewnianą postać górala,podpowiadał kapitanowi statku dokąd ma płynąć aż w końcu upolował ciocię Danusię i odczepić już się nie chciał, co mocno nadwyrężyło kręgosłup cioci i Kasi.
Przy wysiadaniu ze statku Antek znowu zaskoczył. Ja oczywiście włączyłam tryb troskliwej kwoki, bo tłum ludzi sie przeciskał, bo statek kołysze, po woda dookoła, więc nawołuję Antka żeby stał i nigdzie się nie ruszał ( nieludzkie wyzwanie, wiem). Na co Antek patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi oczami i zbulwersowany odpowiada" No toję, toję tu, tatek toi, toję ja"

Ja cież gwiżdżę!!!!! To najdłuższe zdanie jakie wypowiedział Antoś! I nazwał statek " tatek". CZAD!!!!!!!!!!

Podczas rejsu zapatrzyliśmy się w zamek w Niedzicy. Apetyt na zwiedzanie jednak musieliśmy poskromić, ceny biletów oraz straszne zmęczenie dzieci sprawiły że krótki czas wolny spędziliśmy na popasie podczas którego Antoś odpłynął zmęczony.

róbta co chceta, ja idę spać!!!


Popas zmeczonych


W niedzielę zapaliła się Antosiowi lampka " rezerwa" i od tego dnia będzie się toczył do przodu na turnusie ale już jednak na zwolnionym tempie. Oczywiście nie dość zwolnionym, bo po przyjeździe do pensjonatu nie przystąpić do gangu hulajnogowców czy nie szaleć z Justynką na placu zabaw. Jednak po tygodniu turnusowych zajęć i wycieczek po raz pierwszy dało znać potężne zmęczenie które będzie towarzyszyło Antosiowi już do samego wyjazdu.
W końcu dla takiego małego czlowieczka jak Antoś turnus  to naprawdę całodobowa, ciężka praca.

sobota, 20 lipca 2013

Zakopane

Na sobotę  była przewidziana wycieczka do Starego i Nowego Sącza, a jednymi z atrakcji przewidzianych był ołtarz papieski oraz klasztor klarysek. O nie....po katechizacji w Krościenku na zwierzanie miejsc kultu religijnego to ja się z moimi aniołeczkami nie piszę!!!
Padła więc decyzja: jedziemy do Bukowiny Tatrzańskiej. Taki był plan. No ale plan planem a umiejętności rodziców to inna kwestia. Gdy wjechaliśmy do bukowiny Antosiowy Tato- mój prywatny GPS zapewnił mnie, że to na pewno jest główna ulica i zaraz będzie gdzieś skręt w rynek. No i był, nie powiem, następny skręt był już w Zakopcu.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło , tam nas jeszcze nie było!!!
Krupówki dzieciom się bardzo spodobały, rodzicom nieco mniej. To powinno zostać objęte patentem, zastrzeżone logiem jako miejsce gdzie najszybciej wyda się forsę na głupotki w sekundę. Byliśmy asertywni, a co! Umówiliśmy się z dziećmi na jedną souvenirę z wycieczki.
No ale to my się umawialiśmy, prawda? One próbowały na każdym- naprawdę na KAŻDYM straganie wydębić coś pasjonującego.

Gdy więc zaczęły mendzić o przejażdżkę bryczką ulegliśmy, byleby nas ta bryczka wywiozła daleko od Krupówek!!!
Bryczka bardzo się maluchom spodobała, akurat trafiliśmy na przesympatycznego bacę- kierowcę, który nie tylko oskalpował nas z finansów, ale też opowiadał po drodze, pozwolił dzieciom siedzieć z przodu i prowadzić( matka powstrzymywała zawał na tylnym siedzeniu i trzymała antka chociaż za szlufkę w spodniach). Hania zachwycona mierzyła kapelusz.
Antek kapelusza góralskiego włożyć nie pozwolił, ale bicz mu się bardzo spodobał. Baca zaskoczony bo dzieci o koniach co nieco wiedziały a przecież przyjechały z wielkiego miasta:)





Bryczka zawiozła nas pod Wielką Krokiew.


 Dzieci były niewzruszone na nasze perory o Pucharze Świata i Małyszu, w nosie też miały widoki( cudne!!) bo wypatrzyły coś lepszego. A ja przez chwilę poczułam się jakbym spadła z deszczu pod rynnę. Mało, że straganów nadal było w pierony to jeszcze centralnie pod Wielką Krokwią był dmuchany plac zabaw i cały asortyment innych atrakcji.
Super, przyjechaliśmy do Zakopanego poszaleć na trampolinie!!!

Antoni od razu zdjął buty i ustawił się do kolejki do dmuchanego zamku ze zjeżdżalnią.







 Szalały maluchy z dobre 7 minut gdy spotkał nas nieprzyjemny incydent. Fakt faktem, z dobry miesiąc nie byliśmy już w żadnym muzeum ani zamczysku więc ciapkę odwykłam i spłakałam się z tej okazji strasznie.
Ale po kolei.
W Zakopanym Antoś miał dzień w stylu " syneczek mamusi", przykleja taka. Gdy więc tak sobie brykał po dmuchanym zamku i nie umiał się wdrapać na pociąg poprosił mnie o pomoc. Cóż było robić, zdjęłam buty, wdrapałam się i zaczęłam pomagać. A za mną dryblas jakiś pędzi i woła że nie wolno wchodzić dorosłym.
Oniemiałam, ale że już podobną przeprawę miałam w sali zabaw " Dżungla" w Opolu postanowiłam być grzeczniutka i panu wszystko wytłumaczyć. Tłumaczę zatem że zapłaciłam za pół godziny dla syna, ale syn jest dzieckiem niemówiącym, wymagającym nieco pomocy w użytkowaniu urządzenia stąd weszłam by mu pomóc bo obsługa na pewno jego gestów by nie zrozumiała.
Aha, właściciel jednak też nie zamierzał nas zrozumieć. Nawet nie wykazywał najmniejszej chęci. Obwieścił że skoro dziecko jest za małe lub za głupie żeby użytkować plac zabaw to mam go zabierać  i wynocha. Zatkało mnie, nie ukrywam( kurde, wywalają nas z przeróżnych miejsc  średnio raz na kwartał a mnie ciągle nowy asortyment podłości zapowietrza).
Nim się odpowietrzyłam pan kazał nam swej pracownicy oddać pieniądze i wynosić się z dzieckiem.



Oj popłakałam się, nie powiem. Popłakał i Antoś wnoszony w spazmach. Hania wyjątkowo nie płakała, choć musiała przerwać zabawę tylko pytałam dlaczego.

Wytłumaczyłam Hani jak umiałam najlepiej( a to się w ogóle da jakoś mądrze dziecku wytłumaczyć?????).
Łukasz zrobił dryblasowi zdjęcie i zapowiedział że mu nie popuści. Jak go znam to jutro wystosuje zapytanie do urzędu skarbowego z zapytaniem czy dryblas jest na klasycznym podatku VAT czy na ryczałcie bo paragonu za usługę nie dostał.

Na szczęście parę metrów dalej odbywała się ' konkurencyjna imprezka" , czyli kolejny plac zabaw z atrakcjami. Pociąg otarł łzy u Antosia i niepokój u Hani wywołując prawdziwą furorę. Tylko w nas została zadra jakaś. Kolejna.
Tak więc po incydencie postanowiliśmy dzieciom przykre zdarzenie wynagrodzić i pożegnaliśmy się z planem wydatków dawkując dzieciom atrakcje w myśl zasady ' hulaj duszo, piekła nie ma'.







Były więc autka, i przytulanki z misiami n a Krupówkach ( uwierzycie, że możliwość zrobienia sobie zdjęcia własnym aparatem z kolesiem z przepoconym stroju niedźwiadka kosztuje 10 zł???).
Były frytki z niewiarygodną ilością keczupu dla Antulka i nieskończona ilość oscypków dla Hani.
Były lody, dużo lodów, w prawie każdej budce były lody:)



I gdy już myślałam że ja to się jednak z Zakopanym nie polubię ( moja pierwsza wizyta) zdarzyło się coś niesamowitego.

Już wracając do samochodu Hania wypatrzyła na jednym straganie pluszowego konika. A niech jej będzie, jak dzień dziecko to dzień dziecka. Płacąc za maskotkę od razu zapytałam o cenę fajnych drewnianych puzzli dla Antośka, bo było kilka naklejek z cenami.
Od słowa do słowa, od uśmiechu Antosia do uśmiechu pani sprzedającej...wyszliśmy ze straganu z całą skrzynką pełną drewnianych puzzli!!!!!!



Antoś i Hania od razu kilka par sobie wygrzebali. Częścią przekazaliśmy Prodeste, część podarowaliśmy turnusowym maluchom a część przeznaczyliśmy tutaj:

Aukcje Allegro Antosia

Jeśli ktoś zechciał by zakupić pamiątkę edukacyjną spod samiuśkich Tater to zapraszamy, bo gest pani ze stoiska nas zamurował i odczarował niemiłe skojarzenia z Zakopanym.

Tymczasem z Zakopanego czekała nas jeszcze podróż powrotna. Droga była prosta jak drut, czas niezły na kolację w ośrodku mieliśmy zdążyć z palcem w nosie. I tak sobie jedziemy, dzieci się pospały, droga coraz bardziej kręta a widoki zapierają dech w piersiach. Jadę tak sobie, jadę, boska poci się niemiłosiernie a znaki tylko zmieniają procentowe nachylenie podłoża. Wjazd pod katem 9 stopni, 12, 16...

Po jakiejś pół godzinie stwierdzam że nie warto już być hardą i pytam " Łukaszku, a nie wydaje Ci się że ta droga wygląda nieco inaczej niż podczas jazdy DO Zakopanego. Jest jakby bardziej stroma".
Łukasz się zadumał, podrapał po głowie po czym odrzekał ' No tak, bo nią do Zakopanego nie jechaliśmy. ale jedź dalej bo widoki są cudne".
Po upolowaniu wreszcie jakiejś nazwy i zatrzymaniu się na wertowanie atlasu odkryliśmy że jesteśmy w Słowackich Tatrach a ta piękna góra która tak królowała nad masywem to jednak nie był Giewont!!!

Jeszcze tylko zawracanie pod górkę, trochę serpentyn i stromizn z urwiskami ( Przełęcz Knurowska przejechana dwa razy jest naprawdę przepiękna i za drugim razem już nie tak przerażająca) i wróciliśmy do pensjonatu.
Choć dzieci większość naszej słowackiej trasy przespały Hania w pensjonacie, nie wiedzieć czemu, przesiadła się do bagażnika i zapowiedziała że na następną wycieczkę ona jedzie z tyłu. Czyżby nie chciała podziwiać słowackich Tatr?




piątek, 19 lipca 2013

Góra Wdżar

Ranek jak zwykle na turnusie upłynął nam pracowicie na zajęciach, co zaś okazało się dla mnie wielka niespodzianką zajęcia z muzykoterapii przebiegły bardzo przyjemnie. I dla Antosia i dla pani terapeutki:)
To jest wielka nowość i jak tylko wrócimy od razu nawiążemy kontakt w tej sprawie z p. Olą, naszą niegdysiejszą terapeutką od muzyki. Może nie ma ( już) traumy po zajęciach z Antosiem i zechciała spróbować jeszcze raz?:)

Co Antoś porabia w przerwach między zajęciami. Nic wielkiego. Ot, przystąpił do gangu hulajnogowego i jeździ już na hulajnodze osiągając wcale nie małe prędkości. Nauczył się zeskakiwać ze schodów i ćwiczy tą umiejętność zawzięcie- jak to dobrze że pomieszkujemy na pierwszym, nie trzecim pietrze:)
Przeszedł strumyk na drugi brzeg po kamieniach ochnaście razy.
Notorycznie gubi autka, a w zasadzie upodobał sobie zabawę ja rzucam- Wy szukacie. Póki to były pomniejsze resoraki to se rzucał bez żadnego odzewu ale gdy zarzucił Złomkiem w zarośla wybuchnęło niezłe larum. Tu od razu odpowiedź na pytanie dlaczego właśnie pojechaliśmy na ten turnus a nie jakiś tam inny. Ano proszę bardzo, czy moglibyście mi wskazać gdzie 8 terapeutów przedziera się przez klujące igliwie, w tym p. Radek przez jałowiec na który jest uczulony, bo dziecku wsiąknęła ukochana zabawka bez której nie potrafi zasnąć? Takie rzeczy tylko w Prodeste i u terapeutów z Prodeste powiązanych.  po tymże poszukiwaniu wszyscy dość alergicznie reagują na okrzyk Antosia " biiiiiii", bo tak właśnie woła on na Złomka. A , bo właśnie. Antoś zaczął nazywać swoje zabawki. Niby nic. A ważne.

Ponadto Antoś i Hania postanowili ubawić cały turnus a także zapewnić im tor przeszkód na schodach i już na pierwszym schodku padają na czworaka  i  pełzają do góry donośnie miaucząc. Bo bawią się w koty. Tak właśnie, mój syn udaje że jest kotem i wydaje w tym celu odgłosy paszczowe( adekwatne) by się świetnie bawić.

A na popołudnie zaplanowano wycieczkę na górę Wdżar. Niby nic, co tam góra, Antoś nie jedną już ma na swoim koncie, i większą i mniejszą. Ale tu matce ścięła się krew w żyłach i skonfliktowała się z ojcem gdyż wycieczka przewidziała wjazd na górę wyciągiem. A konflikt polegał na tym , że ojciec racjonalnie ocenił sytuację i uznał że nijak nie da się utrzymać Antosia na wyciągu jeśli mu się nie spodoba, a przeca nie wiadomo czy mu się spodoba czy nie a ryzyko jednak zbyt duże. Matka zaś z kluchą przerażenia w gardle odpowiedziała że spróbujemy i matka deklaruje się trzymać Anutulka podwójnym Nelsonem by nie wypadł.
I matka zdecydowanie nie wiedziała co mówi.

Podczas drogi Antoś zasnął w autokarze. Nie obudził się podczas wychodzenia, nie dało się go dobudzić po drodze, nie ruszyły go dźwięki przepuszczającej nas bramki na wyciąg. Oczęta otworzył dokładnie wtedy gdy siadaliśmy na wyciąg.

Sorry Winnetou, odwrotu już nie ma- powiedziała matka, ale jednak serce matce na chwilę stanęło a film z projekcją wydarzeń ruszył w głowie. Bo Antoś wybudzony to jest taka bomba z opóźnionym zapłonem, nigdy nie wiadomo kiedy i z jaką mocą pierdyknie.
No to jedziemy. Antosiowi buźka już już układa się w podkówkę, wzrok ma nieprzytomny ale niezbyt milutki. Na szczęście gdy tylko przestrzeń między naszymi nogami a ziemią zaczęła się powiększać podkówka zmieniła się w uśmiech i niedowierzanie. Ale był szczęśliwy!!! Pokazywał na kamienie na dole, na baranki!!!!

Płacz?
Ano był, jak zeszliśmy i okazało się że nie jedziemy już na dół, a przecież było tak fajnie!!!!






Na szczęście szybko w tłumie Antoś wypatrzył Justynkową Rodzinkę, co zdecydowanie poprawiło mu widoki na najbliższą godzinkę i można już było w wyśmienitych humorach podziwiać widoki i szykować się do zejścia.





Syna trzeba pochwalić bo zszedł sam. Wprawdzie jest już trochę zaprawiony po zeszłorocznych Górach Świętokrzyskich, ale mimo licznych postojów byliśmy pierwsi na dole:)

A postoje były niezbędne gdyż:

Spotkaliśmy baranki i owieczki- tu padło jakże ważne słowo " owca", mam na to świadków:)



Spotkaliśmy również rodzinę kóz. Antoś i Hania w ogóle się nie bali, chcieli karmić kozy tak jak w stadninie, ale te okazały się jakoś nieszczególnie głodne- może dlatego że były na pastwisku:)
Za to wyjątkowo spodobał im się Antosiowy Tato, a dokładniej rzecz ujmując jego spodnie:)










Był i traktor, i brona. No przecież kolo takiego znaleziska nie wolno przejść obojętnie. Trzeba się na dłużej zatrzymać!





Jak ja lubię z nimi po górach chodzić!!!!

A wieczorem matka oddała się rozrywkom towarzyskim z gitarą i piórem ( no może bez pióra, ale tez na "p"), dzięki czemu przypomniała sobie te nieśpiewane od lat piosenki. I za to bardzo chciałabym podziękować towarzyszom dzielnie znoszącym moje porykiwanie ( znaczy się to...no...śpiewanie), oraz Antosiowemu Tacie, który sprawował w tym czasie pieczę nad potomkami:)

czwartek, 18 lipca 2013

Czwartkowa rewolucja

Trzeba przyznać, że relacje z wycieczek i swawoli to tylko jedna strona turnusu. z drugiej jest zasuwanie i to potężne. Dziś mieliśmy wyprawę na basen , na której nasze dzieciaki coraz śmielej okupowały zjeżdżalnię. Zachęcona poniedziałkowymi harcami w wodzie z Justynką zaprosiłam ją do zabawy ale tym razem Justyna zdecydowanie odmówiła współpracy. Czemu?
Cóż, to wie już chyba tylko ona.
Potem przyszedł czas na zajęcia. Antoś zdrzemnął się 15 minut w autokarze, ale cóż to jest wobec rytuału dwugodzinnych drzemek w warunkach domowych?
Nic więc dziwnego, że na zajęciach działał w trybie bardzo slow. A przed obiadem odpłynął w objęcia Morfeusza i w panice załatwiałam zamienianie popołudniowych zajęć by mógł się wyspać, zjeść odgrzany obiad i jeszcze go nie zwrócić panu Radkowi w ramach brykania na SI.

Popołudnie zaś mieliśmy luźniejsze, postanowiliśmy więc pojechać na plac zabaw na którym harcowała kilka dni wcześniej Hania z Tatą. Coś mi strzeliło do głowy, podbiegłam do Justynki i wprawdzie bez wiary w cud, ale jednak zapytałam czy by się nie przejechała ze mną. Mało się nie zabiłam wracając o własną szczękę, gdyż Justynka się zgodziła!!! Gdy Antosiowy Tato zapinał Justynkę ja opanowywałam panikę w głowie. Bo Justynka jechała sama z nami, bez mamy, bez Kasi!!! I co ja zrobię jak się zdenerwuje?
Albo nie będzie chciała mnie słuchać np przy przechodzeniu przez ulicę?
Albo mi ucieknie?
Albo nie odezwie się słowem?
Albo się rozpłacze?
No co?

Podjechaliśmy pod plac zabaw i zonk. Zamknięty na cztery spusty. O kurde bele, obiecałam dzieciom. Całej trójce!!! Nie ma wyjścia, dzwonię do Justynkowej Mamy i informuję że porywam jej dziecko jeszcze nie wiem gdzie i jeszcze nie wiem na jak długo ale plac zabaw znaleźć musimy. I na kolację raczej wrócimy.

Plac zabaw wprawdzie najbliższy okazał się być nieco za Krościenkiem a Justynka pewnie jeszcze kilka lat będzie się ze mnie naśmiewać wypominając mi genialny manewr zawracania na drodze dzięki czemu zablokowałam na kilka minut oba pasy roku ( ale przynajmniej humory się w aucie poprawiły) ale plac zabaw został znaleziony!!!!

Narada Wielkiej Trójki. Zrobimy im jakiś numer? eeeee nie, są wystarczająco przerażeni:)


Jeszcze tylko szybki telefon uprzedzający że się jednak ciut spóźnimy na kolację i zaczynamy zabawę.

Obszerna fotorelacja z tej epokowej chwili znajduje się na blogu Justynki. Stąd również pochodzi ta dokumentacja multimedialna: blog Justynki.









Uważny obserwator dostrzeże lekki niepokój w oczach Justynki gdy wsiadała do auta, ogromną czułość z którą opiekowała się Antosiem oraz radość z brykania z Hanią. A najuważniejsi dostrzegą również że gdzieniegdzie dziewczynki ze sobą rozmawiają. Antosiowy Tato skwitował to cytując klasyka ": To gada!!!".
Niesamowita chwila, ogromna odpowiedzialność za to wrażliwe dzieciątko i absolutnie uskrzydlająca radość gdy wracali razem, cała trójka z tyłu uhahani, zmęczeni ale też trzymając się za ręce. Każde z tych dzieci pokonało swoje ograniczenia w ciągu jednej króciutkiej godziny. Hania też, bo dla tej trzpiotki bycie uważną i ostrożną na drugą osobę to ogromny wyczyn. Gdy patrzyłam podczas kolacji ( zdążyliśmy , a co!!!) jak Justynka denuncjuje mnie przed mamą z moich wyczynów na drodze miałam poczucie że ta dziewczynka jeszcze nas zaskoczy. I wiem, że się nie pomyliłam, to tylko kwestia czasu.

Chwilo, trwaj!!!




środa, 17 lipca 2013

Zalecenia terapeuty rzecz święta.

W środę tuż po śniadaniu Antoś poszedł na SI. Po zajęciach pan Radek przekazał nam szybką opinię na temat Antka. Po pierwsze antek jest w całkiem dobrej formie jeśli chodzi o SI, nie ma jakichś dramatycznych problemów( p. Małgosiu- dziękujemy za te dwa lata ciężkiej pracy). Ale czucie głębokie wymaga jeszcze wieeeeele starań więc koniecznie musimy zwiększyć ilość podwieszanek i wszelakich aktywności które wymagają od Antosia więcej uwagi w zakresie świadomości swojego ciała.

Po drugie więcej boso, skoro w Ochotnicy pogoda dopisuje a trawnik jest ślicznie przycięty mamy się pożegnać z sandałkami.

A po trzecie to p. Radek poprosił o instrukcję komunikacji z Antosiem , bo jak on to określił Antoś stosuje najszybszy Makaton na świecie i p. Radek nie nadąża z rozumieniem. Sprawa jest prosta, aktywności które p. Radek Antoniuszowi zaproponował ta się spodobały że Antek ja z karabinu zaaferowany wyrzucał z siebie na zmianę gesty " proszę", " jeszcze" i " daj", a że się śpieszyl do zabawy nie miał czasu wykonywać ich dokładnie.

Posłusznie polecenia zaczęłam wprowadzać w życie. Pierwszą zmajstrowałam instrukcję Antosiowego Makatonu. A że niebiosa nie obdarowały mnie talentem plastycznym wyszła plastyczna karykatura rączek Antosia, z której rechocze teraz pół turnusu:)

W godzinnej przerwie między zajęciami wpakowałam maluchy do auta z nadzieją, że się trochę prześpią po drodze. A  gdzie tam! Jechałam tak przed siebie aż dojechałam do Krościenka nad Dunajcem a humorki na tylnej kanapie coraz mniej senne. Szybka decyzja: idziemy na górę, będzie wycieczka sentymentalna.
A co jest na górze?Spytał w biegu Antosiowy Tato. Centrala Ruchu Światło- Życie, pokaże Wam co robiłam jak byłam młoda.
Tato jęknął, ale dzieciom schody na samiuśką górę się spodobały.


Na górze seria pytań a co to , a czemu, a dlaczego, a kto to.
Cierpliwie i z entuzjazmem wytłumaczyłam czym jest Namiot Światła co to za dziwny napis( i dzieci liznęły troszeczkę starożytnej greki), kim był ten łysy pan( założyciel Oazy) , dlaczego ta pani ma taką brzydką sukienkę ( habit zakonny), ale Antek i najbardziej był zainteresowany taplaniem się w sadzawce pod pomnikiem Matki Boskiej a Hanka sceptycznie cały teren obleciała, wysłuchała nowej katechezy w moim wydaniu po czym zapytała czy naprawdę musi tu być i czy nie mogłabym jej zabrać do domku czerwonego kapturka skoro już jej chce pokazać coś z okresu gdy byłam mała.
Koniec. Więcej uduchawiania dzieci nie będzie. Jak amen w pacierzu:)




Przed obiadem zabraliśmy się do realizacji zaleceń p. Radka. jak zapewne już wiecie z innych relacji ogromną furorę robi rzeczka Ochotnica przy pensjonacie. Miało być boso? Proszę bardzo!!! Dzieci z radością zrzuciły obuwie i biegały niczym kozice górskie po kamykach suchych i mokrych. Gorzej, że rodzice musieli za nimi. Wszelakie oferty masażu kamieniami za 79 złotych za sesję w Opolu są mocno przereklamowane. Po pierwsze tu taniej, a o drugie...o relaksie raczej nie ma mowy jak się takie maleńkie kamyczki wbijają w stopy!

Najpierw " chwileczka" na placu zabaw


Potem ćwiczenia motoryki malej poprzez łapanie uciekającej mrówki. Chyba z tą motoryką jest już nieźle skoro mrówa złapana dwoma palcami.


A potem decyzja by zdobywać świat niczym Cejrowski. Zapewne wymuszona tym, że buty zostały zamordowane w piaskownicy:)


Wrzucanie kamorów i puszczanie kaczek to jest zawsze najlepsza nagroda


Niektórzy postanowili sobie uniżyć temperaturę ciała( brrrr, jaka zimna woda była)


Boso, po kamorach i jeszcze ćwiczenie rzucania do celu! Taki ze mnie pilny pacjent!


kamienioterapia na kilometry:)


Taki wodospad ( no dobra, wodospadzik) nie mógł zostać pominięty!


To włazimy!!!


A po powrocie byłem tak glodny, że sam wtrąbiłem cały talerz barszczu i co chwilę mlaskałem " miam mniam".


A po obiedzie zaplanowana była piesza wycieczka po okolicy Ochotnicy. I tu skapitulowaliśmy. Primo baliśmy się powtórki z dnia poprzedniego, a kolejna przepłakana wycieczka mogłaby się fatalnie skończyć. Sekundo obiecaliśmy Antosiowi , że wrócimy do Szczawnicy na spokojnie. Zwłaszcza że Hania podczas spacerku po Grajdołku wypatrzyła wysiupany plac zabaw i wierciła dziurę w brzuchu niebywale. Zaś Antoś nauczył się nowego słowa " apaf, apaf" co dokładnie oznacza " zabaw", czyli plac zabaw.
No dobra, mięczaki z nas okrutne, ale tak uroczym prośbom nie potrafiliśmy się oprzeć.
A więc kierunek Szczawnica. Dzieci się pospały w aucie, stanęliśmy więc na placu Dietla, maluchy spały, rodzice rozpłaszczyli się na przeciw fontanny z zestawem ' happy rodzic' i delektowaliśmy się kurortem i wakacjami. Oj potrzebne nam to było. 



 a gdy maluchy wstały pierwszy cel: plac zabaw.
Tu również posłuszny pacjent postanowił wprowadzić zalecenia p. Radka w życie i po raz pierwszy wybrał:  


Tytułem objaśnienia. Antek pierwszy raz wlazł na taką wielką, dmuchaną zjeżdżalnię- zamek. To znacznie niezupełnie, włazić właził już wcześniej, ale że to niestabilne to zarzuciło go parę razy na boki i zwiewał gdzie pieprz rośnie. O wdrapaniu się na samą górę i zjechaniu mowy nie było. 
A tym razem zjechał nie raz a nawet kilka i cieszył się szalenie. 

Kula zainteresowała go od razu. Może dlatego że w wodzie. Uczciwie przyznam , że nigdy wcześniej nie próbowaliśmy. Na samą myśl o zamkniętej, ograniczonej przestrzeni, niestabilności na wodzie oraz głośnym odkurzaczu pompującym powietrze bolały mnie uszy od niechybnie nadchodzącego płaczu. A tu trzeba było pilnować Antka żeby nie wlazł sam po pas do wody, tak mu się śpieszyło. Hania i Antoś stali w niebotycznie długiej kolejce do kul, ale Antek jest w czepku urodzony, okazało się że jedna kula nieco przemaka i w środku jest mokro toteż do niej nie ma kolejki i można wchodzić od razu. Patrząc na Antulka który od samego przebierania nogami z niecierpliwości wokół brodzika był już mokry nie mieliśmy wątpliwości że nie ma na co czekać. Ja- sceptyk byłam pewna, że odwrót będzie przy napełnianiu kuli powietrzem. A było tak:












Gdy miał dość pokazał że koniec i chce już wyjść. 
Natomiast jeśli ktoś z Pań lub Panów myślałby że to już było nadto wrażeń dla Antulińskiego to muszę rozczarować. Perpetum Mobile jeszcze długo szalało w sali z kulkami a potem wybiegło i zażądało lodów.  Hania z lodem w ręku zaczęła się wieszać na słupkach więc Antek od razu zaczął ją naśladować i również się wspinać. Przebiegł na swoich krótkich ( i bosych, a jakże!) nóżkach pół Szczawnicy.





Gdy myśleliśmy że już padną, również z głodu okazało się że Antoni ma dla nas kolejną niespodziankę.
Zamówiliśmy najlepsze placki ziemniaczane w życiu( polecam, bo bossssskie) a Antoś w tym czasie szalał w ogródku plackarni z nowo poznanymi dziećmi. I to jak szalał!!!!



To kolejny pierwszy raz Antosia. Tym razem na dużej trampolinie- na małej, bez bocznej siatki lubi skakać, na dużą nie chciał wejść. Zwłaszcza gdy były inne dzieci. Tu i dzieci i boczne ścianki i uśmiech na ścianie i skakanie pierwsza klasa. 

A potem grzecznie wyszedł z trampoliny, wsunął , 1, 5 wielgachnego placka, popił kompotem i grzecznie dał się tacie zapakować na barana. Dotarliśmy do auta grubo po 20, a Antosiowi tylko uszy ograniczały uśmiech.



Najodważniejszy i najwytrwalszy Szkrab na świecie. A przynajmniej w Pieninach:)