poniedziałek, 3 czerwca 2013

Dzień dziecka kiedyś...

Pierwszych obchodów dnia dziecka z Antosiem nie pamiętam zupełnie. Ani trochę. Kompletne nic.
Antoś miał wówczas niespełna 9 miesięcy i dni pędziły nam jak szalone, głównie na podążaniu za raczkującym a już wowczas szalenie rozbrykanym Antosiem.
Za to doskonale pamiętam jak minął nam zeszłoroczny dzień dziecka. Choć mam nadzieję, że kiedyś jednak zapomnę...

Rok temu przyjaciele nakłonili mnie na wyjazd za Opole, do Mosznej na wielki dzień dziecka na terytorium zamkowego parku. Ciocia Kasia współorganizowała Święto Azalii, zapewniała że atrakcji będzie od groma. Miałam mieszane uczucia. Antosiowy Tato był w tym dniu w pracy, a jakoś nie uśmiechała mi się perspektywa ganiania za moją ciekawską parką po dość sporym areale wokół parku. Jednak Hania patrzyła na mnie takimi ciekawymi, wielkimi oczami, a przyjaciele zapewniali, że przecież będziemy tam całą paczką, więc nie będę do opieki nad dziećmi sama.

Wybraliśmy się w sumie na trzy samochody. Pierwsze schody zaczęły się nim jeszcze weszliśmy na teren zamku. Przed bramą były balony. Antoś nie był wówczas dzieckiem z którym dałoby się w jakikolwiek sposób negocjować. Wpadł w taką histerię na widok balonów, że wyrywając się przewrócił wózek w którym był posadzony. Dla spokoju Hani i w inwestycji o stan uszu własnych już na początku imprezy uległam i kupiłam największy jaki był. Dla świętego spokoju.

Weszliśmy do parku i mnie zatkało. Zobaczyłam wielki dmuchany zamek do skakania, pięciometrowy wielki balon naleniany helem, dzikie tłumy i ....tysiące balonów. Były wszędzie, autentycznie wszędzie!!!
A Antoś miał wówczas gigantyczny szał na balony, do tego stopnia że nawet jadąc na terapię brał zawsze jednego ze sobą, co niosło pewien dyskomfort jazdy, zważywszy że wówczas przemieszczaliśmy się wtedy na rowerze po mieście( probowaliście się kiedyś zatrzymyć na rowerze co 5 minut z dzieckiem z tyłu i łapać balona? Nie??? to szczerze NIE POLECAM! Doznanie dla największych twardzieli).

Hania kwiczy ze szczęścia, Antek wyrywa się w wózku na widok balonów i straganów z zabawkami a ja już wtedy poczułam , że to będzie naprawdę dłuuuugi dzień. Nie sądziłam jak bardzo.

Minutę później mieliśmy pat. Hania chciała iść oglądać występy taneczne a ja wiedziałam, że nie możemy tam iść bo jest zbyt blisko głośników z muzyką i Antoś tego nie przetrzyma.
Wujek Wojtek zaproponował by wyjąć Antośka z wózka, on schowa wózek i popilnuje Antosia  a ja pójdę z Hanią oglądać tańce.
A ja doznałam zaćmienia mózgu. Największego w moim dotychczasowym życiu. I najstraszniejszego.
Wyjęłam Antosia, złożyłam wózek, wzięłam dzieciaki za rękę i poszłam za wujkiem Wojtkiem.
W tym momencie Hania się przewróciła i rozwaliła kolano. To trwało chwilę, akurat tyle żeby ją podnieść, otrzepać kolano i pocałować. Sekundy tylko.
Tyle wystarczyło. Wypuszczona ręka Antosia wcale nie była w pobliżu. Gdy się odwróciłam Antosia nigdzie nie bylo. NIGDZIE gdzie sięgał mój wzrok. Gigantyczny park, muzyka z głośników, miliony balonów, ludziów jak mrówków a Antosia nie ma!!!!!!!
Natychmiast wcisnęłam Hanię jednej cioci, krzyknęłam " Antka nie ma!!!" i już biegłam przed siebie.
Probowałam myśleć jak Antoś. Co mogło go zainteresować?
Fontanna!
Nie ma go....
Rzeka!
Nie ma...przynajmniej wokół powierzchni....Łzy leciały mi jak grochy a ja biegłam dalej.
Auto!
Podbiegłam do zaparkowanych w pobliżu aut...Nie ma GO!
Balon! wielki helowy balon!!! Nie ma...
Dobiegłam w miejsce w które widziałam Antosia ostatnio, przyjaciele biegali również. Wiedziałam, że go nie ma.
Zaczęłam pędzić w kierunku organizatorów. Trzeba nadać komunikat.
Odesłali mnie do policjanta. starałam się spokojnie i rzeczowo tłumaczyć w czym rzecz ( na ile się dało). Wtedy policjant powiedział, że mam nie panikować , że chłopiec na pewno się sam zaraz znajdzie albo zawoła mamę.
Tą scenkę mam przed oczami jakby się odtwarzał film z taśmy. Podeszłam do pana policjanta , chwyciłam go za tą bielutką, wykrochmaloną koszulę i lodowato powiedziałam:
" chłopiec, niespełna dwuletni, blondynek z niebieskimi oczami. Ubrany w pomarańczowe spodenki, zółtą koszulkę i beżowy kapelusz. Ma autyzm. Nie mówi, nie rozumie mowy, bardzo szybko biega. Pomożesz mi do cholery czy nie???"

Do dziś nie wiem jak to się stało, że facet nie zawinął mnie w kajdanki i nie oskarżył o napaść na policjanta na służbie. Za to natychmiast zmienił front i sekundę później biegł już ze mną na miejsce zgubienia komenderując przez krotkofalówkę.

Dobiegliśmy do przyjaciół i już z oddali widziałam Antosia na rękach u cioci Kasi.
Analizując możliwy tok rozumowania Antosia pominęłam jedną kluczową kwestię. Jedzenie!!! Kiedy ja biegałam w amoku po parku Antoś schował się za maszynę do popcornu i spokojnie sobie zajadał prażoną kukurydzę z trawy. Dopiero gdy zaczął się facetowi od popcornu za bardzo wiercić pod nogami ten wszczął alarm. Ale ja już wówczas szarpałam policjantem.

Całość trwała może 15 minut. Na pewno nie więcej. A ja nigdy nie bałam się bardziej. Gdy go złapałam po prostu go przytuliłam i przeprosiłam.
Do końca dnia wyłam jak zwierzątko, choć ze względu na Hanię bardzo próbowałam sie wziąść w garść. Wrak człowiek.
Przyjaciółki zaczęły mnie pocieszać, opowiadać jak to kiedyś Agatka zgubiła się na plaży nad morzem, a Kasia koło garderoby w Tesco. A ja chciałam im wykrzyczeć w twarz " Co Wy chrznicie dziewczyny?!!! Wasze córki potrafią się przedstawić, powiedzieć jak ma mama na imię, gdzie mieszkają. Potrafią się rozpłakać gdy czują się przerażone i powiedzieć że się boją. A Antoś wtedy w takich stanach uczuć bil, kopał i gryzł w szale. To kto go utrzyma żeby sobie główki nie rozwalił o krawężnik, kto uspokoi?"

Nie powiedziałam, bo wiedziałam, że one przecież chciały mnie pocieszyć, nie chciały źle. Przecież to nie ich wina. Moja i tylko moja.
To ja znam to dziecko od podszewki. To ja wiem jak reaguje w różnych sytuacjach. To ja wiedziałam przecież że taka impreza to nie jest dobry pomysł. To ja puściłam na sekundę jego rękę. To ja powinnam przewidzieć!!!

Do końca dnia wypuściłam Antka tylko dwa razy z wózka. Zdążył wejść do fontanny oraz w pole zawodów łuczniczych. Ba, nawet strzałę łucznikowi zajumał- mam ją zresztą do dziś na pamiątkę.

Tamten dzień kosztował mnie bardzo wiele. I równie wiele nauczył. Choć znam Antosia jak nikt inny nie jestem w stanie przewidzieć co myśli , jak zareaguje. Pomimo największych starań zawsze muszę mieć w głowie, że Antoś w swej ciekawości świata i braku instynktu samozachowawczego jest jak torpeda. I to ja muszę jednak być krok naprzód. A gdy nie mogę, cóż, dla bezpieczeństwa Antosia nie mogę dać mu możliwości sprawdzenia danej czynności.
Wiem, że to strasznie trudne do pogodzenia z nauką samodzielności u Antosia. Bo nigdy nie nauczy się wielu czynności gdy ich po prostu nie spróbuje. Ale do próbowania jeszcze długo będziemy potrzebowali relacji 1:1. Jeśli Antosiowego Taty w pobliżu nie będzie nie ma możliwości by na tak masowe imprezy pójść z dziećmi. Nawet jeśli będą przyjaciele. Oni są wspaniali, oni chcą pomóc, oni znają Antosia. Ale nie w codziennych sytuacjach, nie sam na sam, a to zmienia optykę.

Nie wiem jaki jest Wasz stosunek do akcji " znakowania" dzieci z autyzmem.
Chyba nie wiem jaki jest też mój tak do końca. Rozumiem każde argumenty. Wcale nie chcę Antosia stygmatyzować, nie chcę skazywać na ciekawskie czy pełne pogardy spojrzenia.

Antoś zresztą bardzo się zmienił. 70 % zachowań, które były z nami rok temu dziś już nie ma.
Ale mimo to Antoś nadal ma autyzm. Nadal jego zmysły pracują inaczej niż moje. Dlatego nie jestem w stanie przewidzieć toku myślenia Antosia. Antulek nadal jest bardzo ciekawski, może nawet bardziej niż rok temu bo jest bardziej świadomy. I nadal jest diablo szybki.

Dlatego rzadko już chodzimy na imprezy masowe. Nie dlatego, że Antoś sobie na nich nie radzi. Radzi, świetnie radzi, Hania zresztą też. Ale ja nie, jeśli ich jest dwoje a ja tylko jedna.
Jesteśmy też bardziej asertywni wobec przyjaciół. Dziś otwarcie mówię dlaczego jakiegoś rozwiązania nie zastosuję.
Bardziej słucham się swojej intuicji. Jeśli coś w środku mi podpowiada, żeby w czymś nie brać udziału a ja nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć to otwarcie mówię, że nie wiem czemu odmawiam, ale odmawiam.

Ale przede wszystkim zamówię znów koszulkę. Biały zwykły t-shirt w rozmiarze 98, tyle, że ze zdjęciem Antosia i napisem " Jestem Antoś. Mam autyzm. Jeśli nie widzisz obok mnie mojej mamy zawdzoń pod nr 694......".

Nie wiem sama jaki jest mój stosunek do przypinania znaczków. Nie wiem jeszcze jak taki znaczek może wpłynąć na psychikę dziecka, jego relację z otoczeniem, samoświadomość.
Ale wiem jak może wpłynąć na bezpieczeństwo Antka gdyby miała sie taka sytuacja zdarzyć ponownie. Zwiększa jego szanse że wyjdzie z opresji cało i zdrowo.
A to jest wartość najwyższa. Startowa. Nad całą resztą można pracować. Tygodniami, latami, ale można.
Tylko Antoś musi być.

4 komentarze:

  1. Rozumiem Cię w 100%. Cały czas pamiętam mojego Skarba zagubionego w śnieżycy. Koszulka to za mało niestety. Dobrze jest mieć jeszcze ten sygnalizator, który piszczy jak dziecko odejdzie dalej, niż powinno. Daję Ci linka, bo warto http://minikraina.pl/na-spacerze/732-straznik-dziecka-lokalizator-abakus-baby.html Jak mi się Kubuś zgubił, cud sprawił, że kobieta była na ulicy. Gdybym to miała, wcześniej zorientowałabym się, że opuścił sklep :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu dziękuje!!! Czekamy na św. Pieniężnego i zamawiamy! To jest strzał w dziesiatkę! Wybór rok temu padł na koszulkę, bo bransoletki i naszyjńiki ściągał z siebie z prędkością światła. Ale teraz Antoś jest na innym etapie, i myślę, że można go już powoli przuczać do noszenia takiego zegarka. A na pewno sprawdzi się przy Hani, co pozwoli mi uniknąc najbardziej stresujących sytuacji, kiedy maluchy rozbiegają się w przeciwstawnych kierunkach.

      Usuń
    2. Podejrzewam, że zdolny Antoni przerobi tego kotka na pieska albo zrobi dwa, ale warto spróbować. Widziałam też misie, które można było przymocować wszędzie, nie tylko na ręku. Warto też wpisać hasło "lokalizator" i poszukać czegoś mniej atrakcyjnego żeby przy tym nie majstrował.

      Usuń
  2. też kiedyś weszłam na kilka minut do samochodu, prosząc znajomych, żeby przypilnowali Józka, gdy ja nakarmię małego wtedy Stasia. Gdy wyszłam, Józka nie było- wycofał się cichcem do lasu, żeby przyjrzeć się upatrzonej wcześniej stercie ściętych drzew. Znalazłam go po śladach -zima była, natomiast nikt ze znajomych do tej pory nie wie, kiedy Józio wymknął się.
    Zbiegły nam się te posty o ucieczkach, oj zbiegły. Nawet słowo torpeda powtórzyło się i u mnie.

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...