niedziela, 9 czerwca 2013

Działkowo

Jako, że chróbsko jednak postanowilo sie posluchac El doktorre i grzecznie sobie maleje z każdą tableteczką, zaś słonko dziś dopisalo postanowiliśmy się wybrać na działkę.

Wpierw Hania postawiła nam wysoko poprzeczkę: " Ja w ogóle juz nie mam piasku w piaskownicy i to trzeba natychmiast naprawić!!!!".

Jak natychmiast to natychmiast, co zrobić?
Tatko trochę się piachu nadźwigał, dzieci zaś pobrykały po plaży, Antoś był bardzo niepocieszony że mama nie pozwoliła wzleźć do jeziora ale jakoś sprawnie udało nam się przemieścić na działkę.

Posadziliśmy z Hanią dynię. I koperek,i rzodkiewkę!!! Rzecz trudna do wykonania jeszcze rok temu.
Uderzyło mnie jak zupelnie inne są teraz nasze wizyty na działce.
Jeszczr rok temu, właśnie na działce Antoś postanowil uskutecznić jedną ze swoich ucieczek. Bylismy wtedy w większym gronie, byli Dziadkowie. Coś tam robiłysmy z Hanią, Antosiowy Tato dyskutowal o kosiarkach z Dziadkiem a Antoś biegal swobodnie. Wlasnie dlatego w ogóle kupilismy działkę. Bo to ogromna przestrzeń do biegania, odgrodzona szczelnie dwoma furtkami na kłódkę od świata i ruchliwej ulicy. No bezpieczna. Aha, tak nam się do tamtej pory wydawało.
No więc gdy my coś tam sobie robiliśmy a Antoś ganiał Babcia poszła sprawdzić gdzież to Antka zagnało. I bogu dzięki, że poszła. Nakryła Antka gdy przeciskał się pod furtką ( jakieś 15-20 cm luzu, ale jak widać co to dla Antka) a potem pobiegł po schodkach na górę. A na górze już ulica, na peryferiach miasta, więc samochody prują tam nie bacząc na znaki. Babcia złapała Antulka-samobójcę dokładnie na ostatnim schodku.
Anam pękło poczucie bezpieczeństwa jak bańka mydlana. Ostatni bastion spokoju i normalności rozpadł się na kawałki. od tamtej pory wizyty na działce to byla mordęga. Nieustanne bieganie za Antosiem, a ten zatrzymywać się nie lubił. Pilnowanie by nie zrobił sobie krzywdy i nie zniszczył tych wypielęgnowanych grządek sąsiadów. A i tak parę pomidórów z krzaczka ukradł sąsiadowi.
I tak my biegaliśmy, Antek się wspinał i szarżował a nasza działka zarastała chaszczami tracąc już nawet wymiar rekreacyjny.

W tym roku jest zupelnie inaczej. Oczywiście wielkie zasługi tutaj należy przypisać bogini Clio, bo Antoś szybko załapał zasadę że właśnie na działce może się gramolić za kółko i udawać kierowcę. Tak więc boska Clio pochłania niemałą część czasu i energii Antosia bez strat w ludziach, sprzętach czy roślinach( co najwyżej lusterka trzeba potem znów ustawiać).
Ale dziś ja sobie pieliłam grządkę przy aucie a Antoś znowu włączył światła awaryjne. Więc drę się " Antek, wyłącz awaryjne bo akumulator padnie i już nigdzie nie pojedziemy!!!".
Podchodzi Antosiowy Tato i pyta czy mnie słoneczko za bardzo nie przygrzało. " Może jeszcze silnik wyreguluj, co? Przecież on...".
No ale przecież już nie było, bo w tym  momencie Antoś grzecznie wyłączył światła awaryjne i powiedział " juś".
Antosiowego Taty szczęka opadła mięciutko na wyrwane chwasty.
Postanowiłam sprawdzić. Gdy tylko Antoś włączył kierunkowskaz od razu krzyczałam " wyłącz kierunkowskaz". Wyłączył...
No to włącz prawy kierunkowskaz! Włączył!
Do cofania i stopu nie doszliśmy. Taka dzielna żeby dać mu kluczyki to ja nie jestem. Ale pewnie gdybym mu raz pokazała gdzie to i do czego służy na mur beton by zapamiętał. W końcu to motoryzacja, a do tej Antoś ma niezaspokojony nadal pęd do wiedzy.
Cóż, pora się chyba rozglądać za jakimś stypendium czy grantem z Generals Motors...

Potem był obiadek z grilla. O dziwo dzieci zjadły cały i z apetytetem. O dziwo, bo Antoś ostatnio przestawił się na tryb fruktowegetarianina a tu mięsiwo podano. Nie licząc połowy keczupy i ukradzionej przyprawy do grilla obiad przebiegł bez najmniejszych zakłóceń.







A potem dzieciaki się bawiły. Tak moi drodzy, bawili, razem. W komitywie, w relacji i z gromkimi śmiechami. Zjeżdżali na zjeżdzalni, ganiali się, turlali po trawie. Hania uczyła Antosia skakania na jednej nodze na trampolinie, a pojętny uczeń wiernie naśladował. Rysowali razem kredą na betonie. Podlewali kwiatki i wyrywali marchewkę. Kosili trawę bańkową kosiarką. Pikuś, prawda?

Przy okazji matka została pozbawiona złudzeń. Bo gdy wybuchnęło u Antosia ogromne zainteresowanie mrówkami, bąkami i dżdżownicami to matka myślała że może to początek nowej pasji- nie autkowej? A może pęd do eksploracji?
No jednak nie... w Antosiu obudził się kiler. Owszem, Antoni przygląda się owadom z ogromnym zainteresowaniem, ba, trzęsię się z radości gdy widzi że jakiś przemyka. Ale bynajmniej nie dla podziwiania okazu. Antoś z precyzją, gracją i sprawnością ruchów owady eksterminuje. Najbardziej lubi nogą, ale gdy może i patyka użyje, a także wodą podleje. Nieco się niepokoję o Antosiowego Taty patyczaki w domu...
Bo jest Antulek zadzwiająco skuteczny.



Nie bylo ganiania, ściągania z wysokości, wołania, krzyczenia, podnoszenia, ratowania i wyrywania z rąk. Była zabawa i śmiech. I mnóóóóóstwo brudu. A wiadomo, dziecko brudne= dziecko szczęśliwe:))

1 komentarz:

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...