czwartek, 20 czerwca 2013

Pomidory

A karteczka z przedszkola Hani brzmiała tak:
"Żabki przygotowują na Festyn Rodzinny sałatkę grecką. Prosimy o przyniesienie na piątek dwóch   dużych pomidorów".

Piątek jest jutro , więc wyciągam z lodówki 3 pomidory( bo niewielkie).
Hanna Maria jurystka strzela mi wykład , że dwa to dwa a trzy to trzy i mają być dwa duże.
Ale nie mamy dużych, mamy tylko średnie, to damy 3 średnie, co Hanusiu?
Nie!!!
Ale Haniu przecież to wyjdzie na to samo!!!
No mamoooo, jak dla Ciebie dwa  i trzy to jest to samo to chyba musisz zaczać chodzić do Biedronek( trzylatki), żeby się nauczyć liczyć.
...

Też odnosicie wrażenie, że laska jest bezczelnie logiczna?
No więc biorę patyczki, kubki z wodą zlewam do miarki, omawiam wielkości i wagę, odwołuję się do resztek litości( Haniu jest upał, nie będziem jechać do sklepu po duże pomidory).
Nie, bo nie.
Bo zasada. Bo dwa duże i basta.

I niby Antoś jest sztywniak z umiłowaniem do zasad???
Gdy ja toczyłam polemiki pomidorowe Antoni postanowił spór rozwiązać po męsku, z finezją. Jednego pomidora zjadł a dwoma zaczął w nas rzucać.
Efekt?
Wojna na pomidory, uwalona kuchnia i niezbędna wycieczka do sklepu celem nabycia pomidorów, bo teraz to już ani dużych ani małych nie było.

Nie ukrywam, że miałam swoje pięc minut triumfu gdy zziajana i spocona Hania lamentowała na gorąco. Ale tylko pięć minut, bo potem i mnie pot zaczął spływać strumieniami.

Żadnych  więcej własnych pomysłów. Trzeba się było od razu córki posłuchać. Zaoszczędziłabym mycia domu z przecieru pomidorowego.

Mam nadzieję, że jutrzejsza sałatka grecka zrobi furorę na festynie. Pomidory są mi to winne.

A na drugim froncie walki trwają

Na 8 rano stawiliśmy się w Prodeste.
Okazało się, że matka głowę zostawiła w łóżku a zestaw zmiany odzieży w przedpokoju.
Na szczęście p. Monika i p. Marlena przejęły Antulka a matka mogła wykonać stategiczny odwrót po zapas na mokre chwile.
Po zajęciach w Prodeste Antoś wyraził swoje szczere oburzenie, że p. Marlena nie jedzie z nim jak zwykle do żłobka i jawnie się awanturował. Na nic tłumaczenia, że ani p. Marlena dziś nie może ani my do żłobka nie jedziemy tylko na terapie do Fundacji Dom. Obecność Pań Wolontariuszek jest niezbędnym elementem spokojnego wyjścia z Prodeste i przyjemnej podróży, zdecydowanie bardziej potrzebnym niż matka za kółkiem.
Na szczęście p. Monika dziś wypracowała z Antosiem kolejny krok milowy w komunikacji i matka w windzie rysowała Antulkowi kolejność zdarzeń. Wreszcie!!!! Jeszcze nie wiem jak dobrze u nas ten system się przyjmie, ale jeśli będzie szło jak dotąd to jesteśmy uratowani!!! Bo jednak nie zawsze czlowiek ma piktogram na każdą okazję pod ręką, zaś kartkę i dlugopis owszem.

O 9.15 byliśmy już pod Fundacją Dom, szybkie przekazanie Antosia w ramiona naszej p. Ewy ( neurologopedy) i wsteczny po Hanię do przedszkola, bo o 10 Hania zaczynała zajęcia SI.

Wpadam przed godziną 10 na przedszkolny plac zabaw. Żar się z nieba leje, z oddali już widzę, że Hania na głowie nie ma ani jednego suchego włoska. Ale coś jeszcze widzę. Kolega z grupy, K. leje Hanię. Pani wychowawczyni interweniuje, Hania się broni.

Podbiegam i staram się pomóc. Uspokajam Hanię i zarazem staram się porozumieć z K. co się dzieje. Bo coś dzieje. K. bije, owszem. Zwłaszcza Hanię, to fakt. Ale K. ma też Zespół Aspergera. I to jest fakt który wiele tłumaczy.

Po dłuższej chwili udaje się wyjaśnić przyczynę konfliktu jednoczesnie ratując K. przed komarami, które doprowadzają chłopczyka do szału. Rozumiem. Naprawdę rozumiem. Osiągamy kompromis i umowę. K. zawsze będzie głośno mówił Hani , że nie chce z nią biegać, Hania wtedy nie będzie go gonić. Mamy przeprosiny.Niby jest ok.

Hania nie płacze. Skąd. Przywykła już.
Pyta tylko dlaczego K. chce ją zabić.
...
Dlaczego K. mówi, że ją nienawidzi i ma przestać istnieć?
...
Pani wychowawczyni na boku mówi, że ostatnio musi Hanię motywować do obrony przed K., bo Hania już się totalnie wycofala, boi się K., schodzi mu z drogi.
Bez sensu. Totalnie bez sensu.

Wsiadamy do auta, rozmawiamy z Hanią. Hania rozumie. Ja ją rozumiem. Wszystko obie wiemy.
I co z tego?

Docieramy spóźnione na SI. Trwa druga część diagnozy. Obserwuję jak moja córeczka ma problemy z trafieniem ręką w nos, nie potrafi wskazać miejsca w które terapeuta je dotyka. Czy to przez upał czy przez incydent z K? Nie wiem. Ale miesiąc temu potrafiła. O wynikach diagnozy będę rozmawiać z p. Gosią w piątek.
Wychodząc z Fundacji do Hani podbiega chłopiec. Nie mówi, dużo krzyczy, ale specyficznie macha raczkami.
Hania się mnie pyta dlaczego. Tłumaczę, że chłopiec ma autyzm.Hania ma szeroko otwarte oczy. " Znowu autyzm??? To wszyscy mają autyzm, mamo???"
Nie córeczko, nie wszyscy, podobno nie wszyscy.

Wsiadamy znów do auta, piekarnik, Hania się rozpływa , narzeka jak jej gorąco. Muszę ją odwieźć do przedszkola, bo muszę wrócić po Antosia. Teraz jest w Pogotowiu Terpeutycznym, ale za godzinę on zacznie terapię SI.

Odstawiam  Hanię do przedszkola. Wracam do Antosia. Antoś ciągnie resztką sił. Za ciepło. Ma wszystkie włoski posklejane i domaga się spania. Wsiadamy do auta, Maleńki zasypia w sekundę.
Dojeżdżamy do domu, wnoszę delikatnie umęczone upałem ciałko.

I zaczynam myśleć.
Wszystko wiem.
Wszystko rozumiem.
Nie mam żalu, naprawdę.
Przecież oboje i K. i Hania mają swoj zespół problemów , ktory po prostu w kontakcie iskrzy.
Ja to naprawdę wiem.




Ale jak ja czasem nie znoszę, nie trawię tych trzech cholernych literek. Po prostu czasem mam dość ASD. No wymiotuję nimi, chcę krzyczeć jak je słyszę i widzę.  Po kokardy, po szyję, po czubki włosów.
Nie często, w zasadzie to rzadko, ale za to cholernie mam dośc autyzmu i wszystkiego co z nim związane. Chciałabym zabrać czasem Hanię i uciec gdzieś na bezludną wyspę, z dala od autyzmu, ZA, ADHD i innych cudów i atrakcji. Na chwilę.

Jak znam nasze szczęście na bezludnej wyspie małpiatki radośnie brykały by po palmach kokosowych komunikując się Makatonem, a delfiny mialy by zaburzenia relacji. Na bank, bo takie nasze szczęście.

Ja- matka mam za duże stężenie autyzmu w autyzmie na dziś. Ja -matka martwię o Ciebie córeczko, bardzo. Wiem, że jesteś w najgorszej sytuacji, masz autuzm dookoła siebie całodobowo, nieustannie, cały czas wokół siebie. Nie masz przestrzeni na odpoczynek od tego autyzmu, choć sama go nie masz. I boję sie Kochanie, czy nie podjęłam złej decyzji gdy zaproponowałam żebyśmy wszyscy pojechali z Antosiem na turnus rehalibitacyjny.
Nie wiem kochanie, czy nie lepiej by było po prostu zostawić Cię z tatą lub babcią, byś odpoczęła, odetchęła chwileczkę...

środa, 19 czerwca 2013

Prawie wakacyjnie


Przede wszystkim chciałam Wam wszystkim najmocniej podziękować za Wasze zaangażowanie w kwestię " pani Krysi". Kochani, nawet nie wiecie jakie to dla nas ważne. Przez chwilę po aferze " zamkowej' sądziłam, że może to ja jestem przewrażliwiona. Może to ja egoistycznie uważam , że moje dzieci to pępki świata, a przecież inni też mają potrzeby i oczekiwania.
Ale na szczęście Wasz odzew tu i na facebooku pokazał mi właściwą optykę. Sprawy moich dzieci nie są ani bardziej błahe ani ważniejsze od spraw innych ludzi. Są równie ważne. Równie nie oznacza mnie, chocby pięć pań Kryś sądziło inaczej.
Dlatego rozwiązanie kwestii pani Krystyny trwa i na pewno nie popuszczę:)

A tymczasem przyszło lato. A wraz z nim nastroje prawie wakacyjne. Od 3 dni popołudniami pakujemy kocyk, kąpielówki i ręczniki i brykamy na plażę! Mamy swoją ulubioną , nad Jeziorem Srebrnym, gdzie jest mało ludnie.
Nie dopadła nas fobia społeczna po aferze z panią Krysią, bynajmniej. Po prostu tam gdzie jest gorąco i dużo ludzi tam też są inne dzieci, a każde ze swoim zestawem piłek, zabawek do piasku.  A że Antoni towarzyski jest, chętnie podejdzie, zaproponuje wymianę to potem są piski i wrzaski gdy nadejdzie pora oddawania. Toteż umiejętności społeczne niech sobie Antek ćwiczy na placu zabaw i w żłobku, a na plaży my( dorośli) wolimy pluskanie i budowanie zamków niż pogoń za nie naszą piłką.
I tu ciekawostka. O ile budowanie zamków to dla Antośka umiarkowana atrakcja, może dlatego że Hania zarządziła budowanie Canterlotu dla kucyków, o tyle jezioro, woda, pluskanie to jest coś arcyfantastycznego.
Kontakt z piaskiem- żaden problem. Bieganie boso po szyszkach i patyczkach? Nie ma sprawy! Błotko? a czemu nie?
Nawet przerwy żywieniowej Mlody nie chciał sobie zrobić i wsuwał kotleta z nogami w jeziorze. A że mama cos tam marudziła że tak nie wolno, że brudno. E tam, przecież to nie sanepid! Nawet jak kotlecior wpadł w piasek to wystarczyło go otrzepać i już był jadalny.

Model-podróżnik



















Najlepsza zabawa to jednak podrzucanie w wodzie i samoloty z lądowiskiem w jeziorze. Nie przypominam sobie, żeby Antoś kiedykolwiek tyle razy użył gestu " jeszcze". I jakoś nie przeszkadzało mu, że ma mokre włosy, że błotko kapnęło na brzuszek, że go dotykam w tej wodzie.
Niby oczywista oczywistość a dla mnie powód do niezłego zastanawiania. Bo skoro niechęć Antosia do kąpieli nie leży w kwestii wody, to trzeba szukać dalej.
Nieco tą niechęć już przełamali nasi nowi domownicy : Pani Rybka i Pan Żaba.




Teraz żadna wizyta w wannie nie może się obejść bez pacynkowo- myjkowego teatrzyku, ale nadal więcej jest łaskotek niż rzetelnego mycia, bo jednak coś koledze w czyszczeniu przeszkadza. Trzeba będzie przyjrzeć się tematowi z p. Gosią, naszą terapeutką SI.
Ale dzięki kreatywnemu przełamywaniu niechęci kąpielowej odkryłam , że Antoś bardzo lubi zabawy pacynkami, toteż poszukuję kogoś kto wybiera się do Ikei. Zestaw pacynek z Ikei jest wypaśny, ale do Wrocławia to jednak ja się po pacyneczki nie wybiorę. Czy ktoś z Pań lub Panów będzie niebawem i mógłby dla nas takowy zakup sfinalizować( oczywiście środki płatnicze wcześniej przeleję na wskazany adres:), albo wie gdzie można zakupić takie wypasione pacynki?
Bo zabawa w udawanie to jest to co teraz najbardziej ( poza autami rzecz jasna) Antośka fascynuje. Nawet dziś, na zajęciach logopedycznych, p. Ania nie mogła się Antośka nachwalić za zabawę symboliczną.

Przy okazji rozmawiamy już z terapeutami o grafiku wakacyjnym. Bo naszą tradycją jest...że Antoś ma wakacje. Caly rok ciężko zasuwał, więc w wakacje poza terapią SI i hipoterapią, których przerwać ani na chwilę nie możemy, mlody się byczy. Regeneruje, przetwarza to, czego się przez ostatni rok nauczył. I bawi, bawi, bawi.
W tym roku oczywiście spełnia się też nasze wielkie marzenie- turnus rehablitacyjny, co pracą też będzie. Ale poza turnusem luz, blues i letnie atrakcje.
Mamy to szczęście, że nasi terapeuci nie traktują takiego podejścia jako fanaberii tylko rzeczywiście rozumieją, że Antoś potrzebuje przerwy. Ba, rok temu to nasza terapeutka prowadzona wydała nam polecenie na wakacje by nie pracować a odpoczywać. Dlatego w lipcu i połowie sierpnia Antoś nawet do żłobka nie będzie chodził. Za to planujemy maleńki wypad w Beskid Żywiecki. No i matka postanowiła w tym roku podnieść poprzeczkę wysoko i dzięki wspaniałej matce chrzestnej- harcerce zabiera dzieci na biwak. Taki prawdziwy, bez prądu, bieżącej wody i z mieszkaniem w namiocie. To dopiero będzie kształtowanie samodzielności!

Odpoczynek od terapii Antulka jest też ważny ze względu na Hanię, bo akurat dla niej wakacje to czas na terapię. Korzystamy z sezony turnusowo-wakacyjnego i wykorzystujemy wolne miejsca na rehabilitacji na podreperowanie Hani. Zaczęliśmy juz w zeszłym tygodniu. Hanulec jest uosobieniem szczęścia że teraz to ona może latać na helikopterze w ramach zajęć SI!!!Toteż klin- klinem, nudno nie będzie i tak zupełnie matka nie zapomni co to znaczy wykonywanie ćwiczeń, sekwencje etc.

sobota, 15 czerwca 2013

Obuchem w głowę



Wczoraj Antulek miał imieniny. Generalnie nie przywiązujemy wagi do imienin, ale w końcu każda okazja jest dobra żeby zrobić coś fajnego, prawda?
Po południu więc postanowiliśmy odczarować złe doświadczenia z pałacem w Mosznej i wyruszyliśmy na wycieczkę.
Okoliczności bardzo sprzyjające, pogoda dopisała, w czwartek popołudniu jest tam mniej ludnie, sprawdziliśmy- nie była planowana żadna masowa impreza. Więc zapowiadał się fajny czas, mnóstwo otwartej przestrzeni do biegania, fontanna, mostki, wielgachny zamek ( który z historycznego punktu widzenia jest pałacem, ale nie czepiajmy się detali w imieniny). No i tym razem skład osobowy rodziny był pełny, więc i matka spokojniejsza,że Antonio się nie zgubi.

Hania od razu zarządziła zwiedzanie zamku, jednak etap fascynacji księżniczkami robi swoje. Po wywiadzie w recepcji okazało się, że generalnie nie ma możliwości zwiedzania indywidualnego wnętrz, ale akurat jedna grupa się wysypała i o 18.00 przewodnik będzie oprowadzał. Do 18.00 zostało nam 15 minut, więc zakupiliśmy bilet rodzinny i spokojnie czekaliśmy.

To znaczy prawie spokojnie. Na tyle na ile da się poczekać z niespełna trzyletnim bąblem pod pachą. Antoś chciał już i teraz wdrapywać się po schodach, ale udało nam się zapędy eksploratora poskromić do godziny 18.00. Tyle, że pani przewodnik się spóźniła. No niby nic, 15 minut. Żaden problem. Ale....
Dla Antosia który czekał już dłuższą chwilę to był niemały kawałek czasu. W holu wytworzyła się jakaś większa grupa emerytów, co jednak zamieszaniem pewnym jest. Antoś po prostu znudzony był komendami " nie wolno", " nie wchodzimy tu", " czekamy" i chciał już pognać przed siebie, przez co chwilkę pokrzyczał.

Nie jakoś wyjątkowo głośno. My wiemy przecież że Antoni może znaaaacznie więcej i głośniej krzyczeć. No ale wydawał z siebie odgłosy paszczowe co się ewidentnie nie spodobało pani przewodnik.
Pani przewodnik więc zaleciła nam podanie dziecku smoczka. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że smoczka nie mamy ale zaraz będzie spokojnie ( wystarczyło ruszyć wreszcie!!!).

Wtedy pani przewodnik wylała z siebie wiadro żółci. Że ona wie że teraz to niepedagogiczne używać smoczka, bo my nowocześni rodzice jesteśmy tak oświeceni, że w ogóle nam się w głowach poprzewracało i nie umiemy sobie radzić z dzieckiem.

Oho!!!!
Antosiowemu Tacie zaczęła się ruszać szczęka. Wiercenie Antosia ' na barana" nie ułatwiało sprawy, a babsko zamiast nawijać o historii opolskiego Kopciuszka peroruje pedagogicznie. Podeszłam więc, wyciągnęłam z portfela legitymację Antosia( zresztą pierwszy raz poza autobusami) i powiedziałam , że wprawdzie smoczka nie mamy, ale za to doskonale wiemy jak sobie radzić z naszym niepełnosprawnym dzieckiem i wystarczy by ona zajęła się swoją pracą- oprowadzaniem a natychmiast problem rozwiążemy.

I pani wtedy wniosła się na wyżyny!!! Poinformowała nas że skoro zdecydowaliśmy się przyprowadzać TAKIE dziecko to powinniśmy zadbać by się należycie zachowywało!!! I że jeśli dziecko będzie wydawało z siebie jakieś dźwięki to nie będzie mogło wejść dalej.

Antosiowy Tata natychmiast wyszedł z holu zamku, z Antosiem rzecz jasna.
Hania w ryk , bo chciała zwiedzać zamek a Tata i Antoś wychodzą. Więc pyta się mnie Hanulek dlaczego oni uciekli. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że ta pani nie pozwoliła Antosiowi wejść. Hania w ryk podwójny z okrzykiem " to mój braciszek, tez chciał zobaczyć schody!!!!".

Podeszłam więc do pani która sprzedawała nam bilety i zażądałam zwrotu pieniędzy za bilet, tłumacząc, że wykupiliśmy bilet rodzinny, pani widziała że jesteśmy z dwójką dzieci, nikt nas nie poinformował że wstęp dzieci tylko w pasach bezpieczeństwa i z taśma klejącą na buzi wobec powyższego, po informacji uzyskanej od pani przewodnik nie ma możliwości na realizację usługi którą wykupiliśmy wobec czego żądamy zwrotu pieniędzy ( całe 25 złotych).

Pani recepcjonistka w szoku, rzuciła do przewodniczki ' no pani Krysiu, bez jaj". A pani Krysia na to odpowiedziała , że nas nie będzie oprowadzała i koniec.

Wypełniłam więc formularz tłumaczący korektę paragonu. Pobrałam dane kontaktowe zwierzchnika pani Krysi oraz poznałam pełne personalia Krystyny. Oraz dostałam gorące przeprosiny.
I co z tego?
Hania płakała bo chciała zobaczyć zamek i przykro jej było z powodu braciszka wykrzykując na cały hol " tak nie wolno!!!!" I skutecznie zagłuszając wykład pani Krysi o genealogi rodu Thiele- Wincler.

Pani recepcjonistka bocznym wejściem wpuściła nas do kawiarni pałacowej i oranżerii by Hania mogła cokolwiek zobaczyć. Jak się wówczas czuł Antoś i Antosiowy Tato nie wiem, spotkaliśmy się w ogrodzie pałacowym po chwili. Antosiowy Tato odpalał wówczas jednego papierosa za drugim a Antoś moczył się w fontannie i nie wyglądał na przejętego sytuacją ( choć z relacji Taty po czasie wynika że jednak kryzys przy schodach był).

Hania pytała dlaczego. Nie potrafiłam jej sensownie odpowiedzieć.
I znów poczułam jest jesteśmy rodziną autystyczną. Nie tylko Antoś w naszej rodzinie ma autyzm, tylko wszyscy , cała czwórka jesteśmy wyrzuceni poza nawias jakiekolwiek społeczeństwa, systemu. Nie mamy płaszczyzny by możliwie normalnie żyć, nawet jeśli bardzo chcemy. I bynajmniej nie z "winy" Antosia.

Jak mam temu dziecko pokazać świat, oswoić go , skoro świat z definicji zamyka Antosiowi drzwi przed nosem , stygmatyzując go???
Jak mam wychować świadome drugie dziecko, obywatela świata, skoro ze względu na brata mamy siedzieć w domu??
No jak???

Ale potem dzieci zaczęły już biegać po parku, my porozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku że nie. Jednak nie w nas leży problem. Bo Antoś nie zachowywał się nadzwyczaj inaczej, jakoś wyjątkowo dziwnie czy uciążliwie. Po prostu, jak każde trzyletnie dziecko zmuszone do długiego czekania lekko protestowało.
Pewnie szybko udało by się ten protest zażegnać gdyby tylko dano nam na to szansę.
Nie dano. Podarowano nam za to serię złotych mądrości oraz niezły cios w głowę.
Poniekąd moja wina. Po ciężką cholerę w ogóle wdawałam się z babsztylem w dyskusję? Po co uprzedziłam ( legitymacją), że Antoś jest dzieckiem wymagającym nieco więcej czasu na aklimatyzację?
Trzeba było stać na stanowisku że mamy bilet i nie zawahamy się go użyć a babsztyla mieć w niskim i głębokim poważaniu.

Tytułem wyjaśnienia. O historii zamku w Mosznej mogę sama opowiadać godzinami, zresztą robiłam to nie raz, przez lata z moimi studentami. W końcu jestem historykiem. Obecność więc pani przewodnik była nam de facto potrzebna jak kwiatek do kożucha. No ale samodzielnie wejść nie mogliśmy ( choć uprawnienia muzealnicze mam). Ale, ale... Doskonale wiem, że płaczące głośno i długo dziecko może przeszkadzać grupie w zwiedzaniu, może zakłócać wykład przewodnika więc gdyby rzeczywiście tak się stało natychmiast wyprowadziłabym familię, aż tak egoistyczna nie jestem. Tyle że...Antoś rozdarł się nim baba cokolwiek na temat zamku powiedziała. Cokolwiek!!! Nie dano nam żadnej , absolutnie żadnej szansy na reakcję od razu stawiając nas do pionu, dziób na kłódkę albo wynocha!!!

Więc ja przepraszam bardzo, ale mam takie zapytanie, po ciężkiego grzyba w ofercie zwiedzania jest bilet rodzinny??? Dlaczego na wstępie, na recepcji nie pada informacja, że dziecko jest za małe i wejść nie może???
Oczywiście takie zapytanie skierowałam już do zwierzchnika ' pani Krysi", zobaczymy jakie będzie oficjalne stanowisko.
Pikanterii całej sprawie nadaje fakt, że na teranie zamku mieści się Centrum Terapii Nerwic. No to jakby kwestię zrozumienia w tymże sanatorium mamy już omówioną...

Właśnie dlatego tak bliska jest mi inicjatywa Miejsce Przyjazne Osobom z Autyzmem. Takie, w którym osoba z autyzmem- niezależnie od wieku i skali problemów- będzie zawsze mile widziana. Miejsce o uporządkowanej przestrzeni, pozwalające na zachowanie intymności. To przestrzeń dobrze oznakowana i łatwa w odbiorze. Ale nader wszystko miejsce w którym obowiązuje miła i uprzejma obsługa oraz jasna i przejrzysta oferta. Miejsce, gdzie  chce się wracać, gdzie każdy czuje się dobrze i nieskrępowanie.



Na szczęście udało nam się przed dzieciakami poskromić burzliwe emocje i Antosiowy Tato wyciągnął z plecaka zdalnie sterowany samochód ( bo Antosiowy Tato to jest taki marines co to ma zawsze jakąś super atrakcję na czarną godzinę). Dzieciaki więc szalały i biegały po parku goniąc samochodzik. Oglądały tęczę która prześwitywała przez strumienie fontanny. Ganiały się z gołębiami, wąchały kwiatki, wspinały na ( zewnętrzne) schody pałacu i generalnie miały naprawdę świetną zabawę. Zobaczcie sami:


Tato marines to też tak naprawde duuuży chlopiec:)


Dziewczynki początkowo nie podzielały entuzjazmu/

Ale ten mniejszy chłopczyk mia z tego mnóstwo frajdy








 























I tylko żal, straszliwy żal i niesmak w nas pozostał...



niedziela, 9 czerwca 2013

Działkowo

Jako, że chróbsko jednak postanowilo sie posluchac El doktorre i grzecznie sobie maleje z każdą tableteczką, zaś słonko dziś dopisalo postanowiliśmy się wybrać na działkę.

Wpierw Hania postawiła nam wysoko poprzeczkę: " Ja w ogóle juz nie mam piasku w piaskownicy i to trzeba natychmiast naprawić!!!!".

Jak natychmiast to natychmiast, co zrobić?
Tatko trochę się piachu nadźwigał, dzieci zaś pobrykały po plaży, Antoś był bardzo niepocieszony że mama nie pozwoliła wzleźć do jeziora ale jakoś sprawnie udało nam się przemieścić na działkę.

Posadziliśmy z Hanią dynię. I koperek,i rzodkiewkę!!! Rzecz trudna do wykonania jeszcze rok temu.
Uderzyło mnie jak zupelnie inne są teraz nasze wizyty na działce.
Jeszczr rok temu, właśnie na działce Antoś postanowil uskutecznić jedną ze swoich ucieczek. Bylismy wtedy w większym gronie, byli Dziadkowie. Coś tam robiłysmy z Hanią, Antosiowy Tato dyskutowal o kosiarkach z Dziadkiem a Antoś biegal swobodnie. Wlasnie dlatego w ogóle kupilismy działkę. Bo to ogromna przestrzeń do biegania, odgrodzona szczelnie dwoma furtkami na kłódkę od świata i ruchliwej ulicy. No bezpieczna. Aha, tak nam się do tamtej pory wydawało.
No więc gdy my coś tam sobie robiliśmy a Antoś ganiał Babcia poszła sprawdzić gdzież to Antka zagnało. I bogu dzięki, że poszła. Nakryła Antka gdy przeciskał się pod furtką ( jakieś 15-20 cm luzu, ale jak widać co to dla Antka) a potem pobiegł po schodkach na górę. A na górze już ulica, na peryferiach miasta, więc samochody prują tam nie bacząc na znaki. Babcia złapała Antulka-samobójcę dokładnie na ostatnim schodku.
Anam pękło poczucie bezpieczeństwa jak bańka mydlana. Ostatni bastion spokoju i normalności rozpadł się na kawałki. od tamtej pory wizyty na działce to byla mordęga. Nieustanne bieganie za Antosiem, a ten zatrzymywać się nie lubił. Pilnowanie by nie zrobił sobie krzywdy i nie zniszczył tych wypielęgnowanych grządek sąsiadów. A i tak parę pomidórów z krzaczka ukradł sąsiadowi.
I tak my biegaliśmy, Antek się wspinał i szarżował a nasza działka zarastała chaszczami tracąc już nawet wymiar rekreacyjny.

W tym roku jest zupelnie inaczej. Oczywiście wielkie zasługi tutaj należy przypisać bogini Clio, bo Antoś szybko załapał zasadę że właśnie na działce może się gramolić za kółko i udawać kierowcę. Tak więc boska Clio pochłania niemałą część czasu i energii Antosia bez strat w ludziach, sprzętach czy roślinach( co najwyżej lusterka trzeba potem znów ustawiać).
Ale dziś ja sobie pieliłam grządkę przy aucie a Antoś znowu włączył światła awaryjne. Więc drę się " Antek, wyłącz awaryjne bo akumulator padnie i już nigdzie nie pojedziemy!!!".
Podchodzi Antosiowy Tato i pyta czy mnie słoneczko za bardzo nie przygrzało. " Może jeszcze silnik wyreguluj, co? Przecież on...".
No ale przecież już nie było, bo w tym  momencie Antoś grzecznie wyłączył światła awaryjne i powiedział " juś".
Antosiowego Taty szczęka opadła mięciutko na wyrwane chwasty.
Postanowiłam sprawdzić. Gdy tylko Antoś włączył kierunkowskaz od razu krzyczałam " wyłącz kierunkowskaz". Wyłączył...
No to włącz prawy kierunkowskaz! Włączył!
Do cofania i stopu nie doszliśmy. Taka dzielna żeby dać mu kluczyki to ja nie jestem. Ale pewnie gdybym mu raz pokazała gdzie to i do czego służy na mur beton by zapamiętał. W końcu to motoryzacja, a do tej Antoś ma niezaspokojony nadal pęd do wiedzy.
Cóż, pora się chyba rozglądać za jakimś stypendium czy grantem z Generals Motors...

Potem był obiadek z grilla. O dziwo dzieci zjadły cały i z apetytetem. O dziwo, bo Antoś ostatnio przestawił się na tryb fruktowegetarianina a tu mięsiwo podano. Nie licząc połowy keczupy i ukradzionej przyprawy do grilla obiad przebiegł bez najmniejszych zakłóceń.







A potem dzieciaki się bawiły. Tak moi drodzy, bawili, razem. W komitywie, w relacji i z gromkimi śmiechami. Zjeżdżali na zjeżdzalni, ganiali się, turlali po trawie. Hania uczyła Antosia skakania na jednej nodze na trampolinie, a pojętny uczeń wiernie naśladował. Rysowali razem kredą na betonie. Podlewali kwiatki i wyrywali marchewkę. Kosili trawę bańkową kosiarką. Pikuś, prawda?

Przy okazji matka została pozbawiona złudzeń. Bo gdy wybuchnęło u Antosia ogromne zainteresowanie mrówkami, bąkami i dżdżownicami to matka myślała że może to początek nowej pasji- nie autkowej? A może pęd do eksploracji?
No jednak nie... w Antosiu obudził się kiler. Owszem, Antoni przygląda się owadom z ogromnym zainteresowaniem, ba, trzęsię się z radości gdy widzi że jakiś przemyka. Ale bynajmniej nie dla podziwiania okazu. Antoś z precyzją, gracją i sprawnością ruchów owady eksterminuje. Najbardziej lubi nogą, ale gdy może i patyka użyje, a także wodą podleje. Nieco się niepokoję o Antosiowego Taty patyczaki w domu...
Bo jest Antulek zadzwiająco skuteczny.



Nie bylo ganiania, ściągania z wysokości, wołania, krzyczenia, podnoszenia, ratowania i wyrywania z rąk. Była zabawa i śmiech. I mnóóóóóstwo brudu. A wiadomo, dziecko brudne= dziecko szczęśliwe:))

" Pomóż mi" bo " chcę"

Ta komunikacja z Antosiem to jednak idzie w jakimś takim bardzo specyficznym kierunku. Antosiowym.
Antoś gest " pomóż mi" zna od naprawdę dawna. Dotąd stosował wersję uproszczoną. Od kilku dni naśladuje gest idealnie.

A raz nawet poprosił werbalnie o pomoc!!! Oczywiście przyparty do muru bo przystawił sobie krzesło do łóżka z antresolą Hani, wdrapał się, uwiesił jak malpiatka na drzewie ale zejść już nie umiał, bo drabinka była za daleko. Wtedy wykrzyczał do taty w panice " Pomóż mi!!!!".
No ale zazwyczaj stosuje gest. I to właśnie w Antosiowy Sposób.

Otóż Antoni owszem, czasem prosi o pomoc gdy sobie z czymś nie potrafi poradzić. Wybadał jednak że szalenie nas to roztkliwia i pędzimy z pomocą na łeb na szyję więc postanowił tę kwestię udoskonalić po męsku. Lenistwo własne czort komunikacją przykrywa!!!!
Siedzi teraz mały budda na podłodze z nogami wystawionymi do przodu i nie....Już nie zdejmuje sam bucików. A po co , skoro mozna się poklepać prawą ręką po lewym łokciu i już siuuuuup , siostrzyczka rzepy odpina.
Obiadek? No można jeść samemu, pewnie że można, w żłobku jakoś wychodzi. Ale w domu jest przecież niezawodna Hania do zadań specjalnych. Smutne oczka a la " oczy kota ze Shreka", lekki usmiech półgębkiem, dwa machnięcia raczkami i już schboszczak sam się nadziewa. To znaczy nie do końca sam, Hania nadziewa, ale grunt , że on się nie spracuje.

Taki to niby delikatesik, chucherko biedne, pantoflarz co babami się wyręcza.
Ale niech no tylko coś chce....O, to od razu testosteron mu się uaktywnia. Z czym wiąże się kolejny udoskonalony, wreszcie w prawidlowej formie wykonywany gest " chcieć", wzbogacony słowem " cie, cie", by przekaz był naprawdę jasny.
Tu już jakoś Hanią się nie wyręcza, jasno pokazuje co chce i że chce to już. Teraz i natychmiast. Minkę ma poważną, brew zmarszczoną, usteczka zacięte gdy się ociagamy z realizacją. A gdy jeszcze pod drodze przedmiot upragniony w rękach Hani dostrzeże mamy tupanie nogami, stanowczą gestykulację a nawet próby zaganienia mienia.

I tak padliśmy od własnej broni. Młody z pedantyczną dokładnością wykonuje gesty Makaton a tato nie jest już takim wielbicielem metody jak choćby kilka tygodni temu. Bo faktycznie, jak o 4 nad ranem berbeć wepchnął się do łóżka z puzzlami i stosowną prośbą " pomóż mi " oraz " chcę" to jakoś te gesty nie cieszyły jak kiedyś...


P.s., matka pochwali syna, ale tak nieśmiało, tfu tfu spluwając przez lewe ramię- żeby nie zapeszyć. Te puzzle w nocy to taki epizod jednak był, bo generalnie Antosiowi się wewnętrzny timer przestawił i wstaje teraz w okolicach godziny 6. A jak przytupta do nas nad ranem, to gramoli się od razu do nas, prosi o nakrycie kołdrą i drzemie sobie z nami czasem i całą, długą godzinę!!! i stan ten trwa już kilka tygodni.
Ja nie pamietałam już że można miec tyle energii i powera!!! I aż mnie kości gniotą, strzykają i gruchotają bo ja przecież nie nawykła do takiej ilości czasu spędzanego w łóżku. Czaaaaaaad:)

piątek, 7 czerwca 2013

Choróbsko

Wczoraj jak co miesiąc w czwartki Antoś miał randkę z Justynką. Ale wyjątkowo niereprezentacyjny był na tej randce. W ciągu 45 minut nie wiadomo czemu zaliczyl trzy wpadki i na randce wystąpił w mokrych gaciach.

Dziwne. Bo Antoś zwykle świetnie sygnalizuje, a nawet sam z własnej acz nieco przymuszonej potrzebą woli potrafi trafić w okolice nocnika i sprawę dyskretnie załatwić.

No ale jakoś nie ruszyła mi się mózgownica, wytłumaczyłam sobie, że tak się doskonale bawil z p. Moniką i p. Gosią, że widać zapomniał o tak trywialnych kwestiach jak nocnik.

Pojechaliśmy więc do żłobka. Dwie godziny później nasza pani wolontariuszka, p. Marlena dzwoni że solidny zapas suchej odzieży się właśnie zakończył i że nie wie co się dzieje, ale dziś ma Antoś jakiś dziwny dzień bo kompletnie nie reaguje na nocnik.

Dowiozłam szybcikiem suche zapasy. Potem Antosiowy Tato odebrał Mlodego ze żłoba i myślałam, że po sprawie.
Ano nie do końca. Po drzemce Antoś wstał...chory. Lekka gorączka, taki rozbity biedaczek, oczka nieprzytomne, zapyziałe. A wieczorem podczas kąpieli Antoś jasno przekazał , że " ała" i " boji", czyli mamy zapalenie dróg oddolnych.

Dziś El Doktorre obawy moje potwierdził, specyfiki i żurawinę zalecił. No to kurujemy się, na razie łagodnie, spokojnie, ale w lodowce antybiotyk już stoi i łypie na mnie okiem, bo przecież piątek i jak się pogorszy to trudno byłoby z dostępem do naszego El Doktorre.

A ja mam nauczkę. Kolejną. Syn mądry jest i basta. Swoje opanował, swoje już umie i kiedy następują " dziwne okoliczności przyrody" to nie dlatego, że " może taki dzień miał dziś gorszy" tylko jest ku temu konkretna przyczyna. Zawsze. Tylko matka nie zawsze ją widzi.

czwartek, 6 czerwca 2013

Autek

No i doczekaliśmy. Antonio się określa. Wymawia imię swe.
Pierwszy raz wypowiedział ów wielkie słowo wcale nie nam, nie , nie.
To p. Monika na zajęciach obczaiła że Antoś mówi o sobie. Nagrała Antosia, puściła mu i zapytała kto to jest. A Antek wypowiedział " Autek".

Śmialysmy się z tego głośno. Bo tylko Antek tak mógł przekręcić swoje imię w wymowie by się i miejsce dla ukochanych autek znalazło. Nie wiedziałam, że to było preludium.

W domu natychmiast wzięłam sie za szkolenie tej umiejetności u Antulka. Poza tym , po ludzku, ciekawość mnie zżerała i chciałam to wreszcie i ja usłyszeć.

No to proszę bardzo. By nie było wątpliwości Antek wskazał na siebie ręką, wypowiedział to bosko brzmiące "ałłłłtek" i od razu zrobił ręką gest " chcę".
Oczywiście salwy mej radości byly wielkie, co spotkało się ze szczerym zainteresowaniem Mlodzieńca, więc postanowił drążyć temat.

Ja ( gest ręką) Ałłłtek chcę ( gest ręką). No kurteczka, przecież to już zdanie!!!!!

No to ekcytuję się, pytam , co chcesz Antosiu?

A ten patrzy na mnie jakbym się z choinki urwała. Albo pytała o coś kompletnie oczywistego. I z takim lekceważeniem zaczyna od nowa:

" No auto ałłtek ja ( gest ręką) chcieć ( gest ręką) !!!!"

Kurtyna. Przedstawienie skończone. Mama ma minę jak rozdeptana żaba.
Nikt inny nie wykombinował by sobie tak tego. Tylko Antek. Tylko Antek entuzjazm rodziców z okazji nazwania siebie samego przekuwa od razu w okazję do zdobycia przedmiotu upragnionego i robi to jeszcze z takim czarem i obezwładniającym usmiechem:))))

No i jak, jak mam teraz z uporem maniaka oddawać się swojej pasji? Jak mam w cichości i konspiracji dalej chować autka po szafkach i udawac że nie paniamaju, nic nie kumam, a w ogole to żadnego tu ostatnio nie widziałam. No jak???
Jak sie dziecko komunikuje to należy tą komunikację podtrzymywać, by utwierdzić dziecko, że komunikacja z jego strony ma sens. Tak? Tak to leciało?

No to Antek opentowuje komunikację która mu się baaaardzo opłaca. Opłaca mu się jak nie wiem co.
Przepadliśmy z kretesem:) Auto będzie się ścieleć gęsto:)


poniedziałek, 3 czerwca 2013

I kolejna ucieczka...

Widzę, że został otwarty " sezon na znikanie z pola widzenia". Mnie wczoraj wzięło na wspominki Antosiowej ucieczki, Bogusia i Józio wczoraj swoje przeżyli a dziś do pieca dołożyła Hania.

Podczas kasowania zakupów w Lidlu moje dziecko nagle wybiegło w panice ze sklepu na parking i biegała po nim jak oszalała. Zostawiłam natychmiast wózek z Antkiem( na szczęście pani kasjerka rzuciła mi w locie , że przypilnuje Małego i na szczęście Antoś tymrazem postanowił nie latać z wózka sklepowego). Dogoniłam Hanię, na szczęście żadne auto akurat nie jechało. Mocno przytuliłam, bo Maleńka była strasznie zapłakana.

Co się okazało? Hania biegała bo chciała dogonić mamę i bała się , że mama odjedzie bez niej!!!
Pytam więc spokojnie, Haneczko, czy ja Cię kiedykolwiek zostawiłam w sklepie?
Nie...
A w innym miejscu?
Nie...
Czy ja Cie kiedys zapomniałam?
Nie!
To dlaczego tak nagle wybiegłaś ze sklepu i odłączyłaś się ode mnie?
Okazało się, że Hania pakując ze mną zakupy wyjrzała za okno i zobaczyła panią, ktora w jej mniemaniu wyglądała jak ja. Więc sie orzestraszyła że wyszłam bez niej i pobiegła mnie szukać.

Całość trwała kilka sekund, wybiegłam za Hanuśką natychmiast i miałam ją cały czas w zasięgu wzroku. Ale Hania z jakiegoś powodu, mimo , że stała przecież obok mnie wybiegła za mną ze sklepu.
Zaczynam się martwić. To nie pierwsza taka sytuacja, kiedy Hania myląc osobę bliską z kimś w jej mniemaniu podobnym pakuje się w tarapaty lub bardzo niebezpiecznie skraca dystans z obcymi. Niepokoi mnie też fakt, że ona będąc koło nas, w zasięgu ręki potrafi wybiedz za " inną mną" czy dziadkiem. Nie wiem co o tym myśleć....
Może ma po mnie defekt genetyczny- jak się często z siebie śmieję- i kompletnie nie ma pamięci do twarzy. No ale w stosunku do nas? Do twarzy które zna najlepiej?
Dziwne to bardzo. Będę w środę znowu wiercić dziurę w brzuchu pani Monice...

A póki co dobranoc, Mili Państwo. Dni z moimi Aniołeczkami są nieco wyczerpujące i idę szukać spokoju pod poduszką i kołdrą.

Dzień dziecka kiedyś...

Pierwszych obchodów dnia dziecka z Antosiem nie pamiętam zupełnie. Ani trochę. Kompletne nic.
Antoś miał wówczas niespełna 9 miesięcy i dni pędziły nam jak szalone, głównie na podążaniu za raczkującym a już wowczas szalenie rozbrykanym Antosiem.
Za to doskonale pamiętam jak minął nam zeszłoroczny dzień dziecka. Choć mam nadzieję, że kiedyś jednak zapomnę...

Rok temu przyjaciele nakłonili mnie na wyjazd za Opole, do Mosznej na wielki dzień dziecka na terytorium zamkowego parku. Ciocia Kasia współorganizowała Święto Azalii, zapewniała że atrakcji będzie od groma. Miałam mieszane uczucia. Antosiowy Tato był w tym dniu w pracy, a jakoś nie uśmiechała mi się perspektywa ganiania za moją ciekawską parką po dość sporym areale wokół parku. Jednak Hania patrzyła na mnie takimi ciekawymi, wielkimi oczami, a przyjaciele zapewniali, że przecież będziemy tam całą paczką, więc nie będę do opieki nad dziećmi sama.

Wybraliśmy się w sumie na trzy samochody. Pierwsze schody zaczęły się nim jeszcze weszliśmy na teren zamku. Przed bramą były balony. Antoś nie był wówczas dzieckiem z którym dałoby się w jakikolwiek sposób negocjować. Wpadł w taką histerię na widok balonów, że wyrywając się przewrócił wózek w którym był posadzony. Dla spokoju Hani i w inwestycji o stan uszu własnych już na początku imprezy uległam i kupiłam największy jaki był. Dla świętego spokoju.

Weszliśmy do parku i mnie zatkało. Zobaczyłam wielki dmuchany zamek do skakania, pięciometrowy wielki balon naleniany helem, dzikie tłumy i ....tysiące balonów. Były wszędzie, autentycznie wszędzie!!!
A Antoś miał wówczas gigantyczny szał na balony, do tego stopnia że nawet jadąc na terapię brał zawsze jednego ze sobą, co niosło pewien dyskomfort jazdy, zważywszy że wówczas przemieszczaliśmy się wtedy na rowerze po mieście( probowaliście się kiedyś zatrzymyć na rowerze co 5 minut z dzieckiem z tyłu i łapać balona? Nie??? to szczerze NIE POLECAM! Doznanie dla największych twardzieli).

Hania kwiczy ze szczęścia, Antek wyrywa się w wózku na widok balonów i straganów z zabawkami a ja już wtedy poczułam , że to będzie naprawdę dłuuuugi dzień. Nie sądziłam jak bardzo.

Minutę później mieliśmy pat. Hania chciała iść oglądać występy taneczne a ja wiedziałam, że nie możemy tam iść bo jest zbyt blisko głośników z muzyką i Antoś tego nie przetrzyma.
Wujek Wojtek zaproponował by wyjąć Antośka z wózka, on schowa wózek i popilnuje Antosia  a ja pójdę z Hanią oglądać tańce.
A ja doznałam zaćmienia mózgu. Największego w moim dotychczasowym życiu. I najstraszniejszego.
Wyjęłam Antosia, złożyłam wózek, wzięłam dzieciaki za rękę i poszłam za wujkiem Wojtkiem.
W tym momencie Hania się przewróciła i rozwaliła kolano. To trwało chwilę, akurat tyle żeby ją podnieść, otrzepać kolano i pocałować. Sekundy tylko.
Tyle wystarczyło. Wypuszczona ręka Antosia wcale nie była w pobliżu. Gdy się odwróciłam Antosia nigdzie nie bylo. NIGDZIE gdzie sięgał mój wzrok. Gigantyczny park, muzyka z głośników, miliony balonów, ludziów jak mrówków a Antosia nie ma!!!!!!!
Natychmiast wcisnęłam Hanię jednej cioci, krzyknęłam " Antka nie ma!!!" i już biegłam przed siebie.
Probowałam myśleć jak Antoś. Co mogło go zainteresować?
Fontanna!
Nie ma go....
Rzeka!
Nie ma...przynajmniej wokół powierzchni....Łzy leciały mi jak grochy a ja biegłam dalej.
Auto!
Podbiegłam do zaparkowanych w pobliżu aut...Nie ma GO!
Balon! wielki helowy balon!!! Nie ma...
Dobiegłam w miejsce w które widziałam Antosia ostatnio, przyjaciele biegali również. Wiedziałam, że go nie ma.
Zaczęłam pędzić w kierunku organizatorów. Trzeba nadać komunikat.
Odesłali mnie do policjanta. starałam się spokojnie i rzeczowo tłumaczyć w czym rzecz ( na ile się dało). Wtedy policjant powiedział, że mam nie panikować , że chłopiec na pewno się sam zaraz znajdzie albo zawoła mamę.
Tą scenkę mam przed oczami jakby się odtwarzał film z taśmy. Podeszłam do pana policjanta , chwyciłam go za tą bielutką, wykrochmaloną koszulę i lodowato powiedziałam:
" chłopiec, niespełna dwuletni, blondynek z niebieskimi oczami. Ubrany w pomarańczowe spodenki, zółtą koszulkę i beżowy kapelusz. Ma autyzm. Nie mówi, nie rozumie mowy, bardzo szybko biega. Pomożesz mi do cholery czy nie???"

Do dziś nie wiem jak to się stało, że facet nie zawinął mnie w kajdanki i nie oskarżył o napaść na policjanta na służbie. Za to natychmiast zmienił front i sekundę później biegł już ze mną na miejsce zgubienia komenderując przez krotkofalówkę.

Dobiegliśmy do przyjaciół i już z oddali widziałam Antosia na rękach u cioci Kasi.
Analizując możliwy tok rozumowania Antosia pominęłam jedną kluczową kwestię. Jedzenie!!! Kiedy ja biegałam w amoku po parku Antoś schował się za maszynę do popcornu i spokojnie sobie zajadał prażoną kukurydzę z trawy. Dopiero gdy zaczął się facetowi od popcornu za bardzo wiercić pod nogami ten wszczął alarm. Ale ja już wówczas szarpałam policjantem.

Całość trwała może 15 minut. Na pewno nie więcej. A ja nigdy nie bałam się bardziej. Gdy go złapałam po prostu go przytuliłam i przeprosiłam.
Do końca dnia wyłam jak zwierzątko, choć ze względu na Hanię bardzo próbowałam sie wziąść w garść. Wrak człowiek.
Przyjaciółki zaczęły mnie pocieszać, opowiadać jak to kiedyś Agatka zgubiła się na plaży nad morzem, a Kasia koło garderoby w Tesco. A ja chciałam im wykrzyczeć w twarz " Co Wy chrznicie dziewczyny?!!! Wasze córki potrafią się przedstawić, powiedzieć jak ma mama na imię, gdzie mieszkają. Potrafią się rozpłakać gdy czują się przerażone i powiedzieć że się boją. A Antoś wtedy w takich stanach uczuć bil, kopał i gryzł w szale. To kto go utrzyma żeby sobie główki nie rozwalił o krawężnik, kto uspokoi?"

Nie powiedziałam, bo wiedziałam, że one przecież chciały mnie pocieszyć, nie chciały źle. Przecież to nie ich wina. Moja i tylko moja.
To ja znam to dziecko od podszewki. To ja wiem jak reaguje w różnych sytuacjach. To ja wiedziałam przecież że taka impreza to nie jest dobry pomysł. To ja puściłam na sekundę jego rękę. To ja powinnam przewidzieć!!!

Do końca dnia wypuściłam Antka tylko dwa razy z wózka. Zdążył wejść do fontanny oraz w pole zawodów łuczniczych. Ba, nawet strzałę łucznikowi zajumał- mam ją zresztą do dziś na pamiątkę.

Tamten dzień kosztował mnie bardzo wiele. I równie wiele nauczył. Choć znam Antosia jak nikt inny nie jestem w stanie przewidzieć co myśli , jak zareaguje. Pomimo największych starań zawsze muszę mieć w głowie, że Antoś w swej ciekawości świata i braku instynktu samozachowawczego jest jak torpeda. I to ja muszę jednak być krok naprzód. A gdy nie mogę, cóż, dla bezpieczeństwa Antosia nie mogę dać mu możliwości sprawdzenia danej czynności.
Wiem, że to strasznie trudne do pogodzenia z nauką samodzielności u Antosia. Bo nigdy nie nauczy się wielu czynności gdy ich po prostu nie spróbuje. Ale do próbowania jeszcze długo będziemy potrzebowali relacji 1:1. Jeśli Antosiowego Taty w pobliżu nie będzie nie ma możliwości by na tak masowe imprezy pójść z dziećmi. Nawet jeśli będą przyjaciele. Oni są wspaniali, oni chcą pomóc, oni znają Antosia. Ale nie w codziennych sytuacjach, nie sam na sam, a to zmienia optykę.

Nie wiem jaki jest Wasz stosunek do akcji " znakowania" dzieci z autyzmem.
Chyba nie wiem jaki jest też mój tak do końca. Rozumiem każde argumenty. Wcale nie chcę Antosia stygmatyzować, nie chcę skazywać na ciekawskie czy pełne pogardy spojrzenia.

Antoś zresztą bardzo się zmienił. 70 % zachowań, które były z nami rok temu dziś już nie ma.
Ale mimo to Antoś nadal ma autyzm. Nadal jego zmysły pracują inaczej niż moje. Dlatego nie jestem w stanie przewidzieć toku myślenia Antosia. Antulek nadal jest bardzo ciekawski, może nawet bardziej niż rok temu bo jest bardziej świadomy. I nadal jest diablo szybki.

Dlatego rzadko już chodzimy na imprezy masowe. Nie dlatego, że Antoś sobie na nich nie radzi. Radzi, świetnie radzi, Hania zresztą też. Ale ja nie, jeśli ich jest dwoje a ja tylko jedna.
Jesteśmy też bardziej asertywni wobec przyjaciół. Dziś otwarcie mówię dlaczego jakiegoś rozwiązania nie zastosuję.
Bardziej słucham się swojej intuicji. Jeśli coś w środku mi podpowiada, żeby w czymś nie brać udziału a ja nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć to otwarcie mówię, że nie wiem czemu odmawiam, ale odmawiam.

Ale przede wszystkim zamówię znów koszulkę. Biały zwykły t-shirt w rozmiarze 98, tyle, że ze zdjęciem Antosia i napisem " Jestem Antoś. Mam autyzm. Jeśli nie widzisz obok mnie mojej mamy zawdzoń pod nr 694......".

Nie wiem sama jaki jest mój stosunek do przypinania znaczków. Nie wiem jeszcze jak taki znaczek może wpłynąć na psychikę dziecka, jego relację z otoczeniem, samoświadomość.
Ale wiem jak może wpłynąć na bezpieczeństwo Antka gdyby miała sie taka sytuacja zdarzyć ponownie. Zwiększa jego szanse że wyjdzie z opresji cało i zdrowo.
A to jest wartość najwyższa. Startowa. Nad całą resztą można pracować. Tygodniami, latami, ale można.
Tylko Antoś musi być.

niedziela, 2 czerwca 2013

Dzień dziecka dziś

Jako, że matka miała nosa, że pogoda znów nam spłata figla dzień dziecka odbył się w dwóch etapach. Etap radosnych figli został przeniesiony na piątek. Były więc wszystkie place zabaw jakie moje maluchy sobie tylko zażyczyły, były lody, było jeżdżenie na rowerze. I było arcyfajnie. Pomijając pęd Antosia to taplania się w kałużach w parku, dwa próby ucieczki prościutko pod auto Antoś był radosnym brzdącem, ktory się po prostu cieszył zabawą. Na jednym  z placów zabaw Antoś wbił mnie w podłogę. Była tam taka mini-karuzelka, byłam pewna, że Antonio będzie w niej siedział i kręcił się godzinami.
No i faktycznie jak tylko zobaczył karuzelkę od razu do niej podbiegł i owszem kręcił. Ale nie siebie w niej. Wraz z dwom , nowo poznanymi kolegami kręcili karuzelką i mieli z tej zgodnej współpracy ibaw po pachy. A ja stałam i patrzyłam w zdumieniu. Antoś? Woli działanie z dziećmi niż samodzielną zabawę? Znaczy się mój syn???
Ale jak?
Ale kiedy???

No głupie pytanie. Przecież Antoś chodzi do żłobka żeby się uspołeczniać tak? Po prostu bawić z dziećmi. To co mnie tu dziwi???
Potem cłlopcy ( cała trójeczka) zgodnie powymieniała się swoimi wypasionymi brykami. Fakt,z oddawaniem był lekki problemik, ale nim to nastąpiło panowie w komitywie puszczali swoje powymieniane autka ze zjeżdżalni i zaśmiewali się w głos.
Hania w tym czasie z innymi dziewczynkami zwisała niczym nietopetrz głową w dół na linach:)






A na lodach Antoś ( na szczęście) stanął na stanowisku, że wafelek jest smaczniejszy niż lody:)))

W właściwy dzień dziecka lało jak z cebra. Hania wiedziała że w sobotę jest jej święto, pieczołowicie odliczała dni w kalendarzu czekając na prezenty. Wstała z samego świtu, ale mądre dziecko obrało dobrą strategię. Rodziców nie budziła, grzecznie posprzątała po sobie zabawki i dopiero wtedy zapytała czy już wreszcie może dostać jakiś prezent.

No to daliśmy. Szaleństwom nie było końca. Hania miała prezenty bardzo monotematyczne ( kucyko pochodne). Z Antosiem zakup kosiarki puszczającej banki mydlane to był strzał w dziesiątkę.

Jednego tylko nie wzięliśmy pod uwagę gdy kupowaliśmy kosiarkę, że przez pogodę przyjdzie nam ją testowac w domu a nie na działce. No i wyszorowana przez Antosiowego Tatę podłogi szybko zaczęła pływać i lepić się. Ale najważniejsza radość dzieci.







Popołudniu pogoda pozwoliła tylko na wizytę u Prababci. Hanka znowu się oblowiła kucykowo, zaś Antoś mógł Babci na własne oczy udowodnić, że puzzle to on już potrafi świetnie ukladac , o ile tylko są odpowiednio interesujące tematycznie ( a te były, bo ...pojazdy).

Taki jestem elegancki i samodzielny gdy idę w gości!!!



Dzieci szalały na dywanie zgodnie, energia je roznosiła, tyle samo razu się tarzały co całowały i przytulały. Babcia patrzyła na te dziecięce zapasy i nie potrafiła uwierzyć jak bardzo Antoś się zmienił. To brykające i arcyszcześliwe rodzeństwo, tandem razem brojący ale i - wreszcie!!!!- świetnie się ze sobą bawiący.

Antosiu i Haniu, w dniu Waszego święta mogę Wam tylko obiecać, że będę sie zawsze starała aby ten piękny śmiech brzmiał jak najczęściej:)))