wtorek, 21 maja 2013

Seria niefortunnych zdarzeń

Ja chyba jednak nie powinnam podczytywać Matki Sanepid. Wprawdzie wyjątkowo swojsko brzmi każde jej słowo, jednak chyba się zasugerowałam i mam do czynienia z przeniesieniem. Ledwie Matka Sanapid zda relację to od razu u nas podobne cuda się wyprawiają.

Zaczęło niestandardowo. Bo w niedzielę. A przecież wiadomo, że zwykle seria niefortunnych zdarzeń zaczyna się w poniedziałki.
Ale zaczęło się w niedziele i trwa do nadal.
Bo wczoraj z samego rana Antoś stłukł kubek, ten ulubiony, z żabką. Bywa. Ale co to za fontanna łez plynęła z oczu Hani. Pół godziny uspokajania przez głupi kubek z Żabki, dodawany jako gratis. Tyle, że 5 lat temu.

Potem wybraliśmy się do babci. Antoś od jakiegoś czasu rozwija zainteresowania. Auta-autami, to chyba nigdy nie minie, ale teraz doszedł sprzęt multimedialny oraz wszelaki elektroniczny.
Najpierw postanowił Maleńki rozboić babciny budzik, pozbawiając go baterii. Po zagarnięciu mienia wcale nie zamierzał odpuścić. Skoro schowałam budzik na lodówkę Antulek w sekundę zbudował wieżę oblężniczą z taboretu i stołka i wdrapał się na lodówkę. No ale stołek chybotliwy był więc zaliczył bolesne lądowanie na podlodze. Dopiero dziś się okazało, że przeciął rączkę.
Gdy jednak ból minął postanowił poczynić ostateczny szturm na domofon. Babciny domofon musi mieć jakiś pierwiastek magiczny w sobie, bo Antoś postawił sobie za punkt honoru go zdobyć. Podczas poprzedniej wizyty pozbawił go guziczka, wczoraj...skromniutko wyrwał ze ściany. Z impetem, małym tumanem gruzu oraz wyłamaną tylnią ścianką:-(

Zwinęliśmy się więc szybko od babci i poszliśmy nad stawek karmić kaczki. I to był idiotyczny pomysł z mojej strony. Początkowo, owszem , ślicznie rzucał Antoni chlebek. Ale potem postanowił gonić skrzydlate zamaczając zupełnie i w sukundzie  buty. Oczywiście te nowe sandałki! Jedyna zaleta wodnej przygody: teraz już pięknie Antoni woła na kaczki " kwa kwa".

W drodze powrotnej dzieci już były senne, marudne, szalały więc w samochodzie okrutnie. Matce potrzebne jest skupienie do prowadzenia bogini Clio, więc rzuciła na tyły paczkę chrupek. Dwa skrzyżowania jadły spokojnie, ale potem je poniosła inwencja twórcza i zaczęły rzucać chrupkami po całym aucie, o zgrozo największą frajdę sprawiało im celowanie w Matkę.

Czy ktoś ma wiedzę czy spray do nosa z soli morskiej podany w sposób doustny i w dużych ilościach jest szkodliwy? Nie, ja nie podawałam. Antoś sam postanowił się rozprawić z katarem jak umiał. Odkręcił, zdjął atomizer i wypił. Trzeba będzie porozmawiać z p. Moniką, że tych ćwiczeń z odkręcaniem butelek i słoików to może jednak chwilowo dość?

Wieczorem Antoni sobie grał chwileczkę na tablecie. Normalna sprawa. Tylko jak już oddał ( a łatwo odzyskać nie było) to tablet okazał się mieć zmienioną opcję oprogramowania. To znaczy gry nadal były wszystkie, równiutenko ułożone na pulpicie jak należy, ale Mądraliński pokasował kilka mniej znaczących aplikacji takich jak Adobe, przeglądarka internetowa czy program mejlowy. No faktycznie komu to potrzebne???
Problem w tym, że tablet Tatusiowy. A Tatko z czcią i namaszczeniem do sprzętu swego podchodzi i żadnych innowacji Matce wprowadzać nie wolno. Zasada to zasada, Matka się pilnuje. No ale nie bylo mowy o 2,5 latku , prawda?
Cale szczęście, że Tatko byl w pracy a dzięki pomocy koleżanki, tej bardziej rozumnej technicznie udało się zniszczenia Antosia okiełznać. Bo wiecie, o stokroć lepszą ma się pozycję do rozmów o stratach gdy straty choć częściowo udaje się naprawić:)
Przy okazji instalowania od nowa oprogramowania odkryłam ciekawą sprawę. Otóż Antonio potrafi już zrobić zrzut z ekranu i zapisać takowy obrazek w galerii zdjęć. Niby nic? No pewnie, tyle, że Matka obslugi tabletu uczy się nadal i wyżej wymienionej umiejętności nadal nie posiadła. A Antulek chciał sobie Ciekawskiego Georga uwiecznić. To uwiecznił, bez problemu.




Sprzeda mnie kiedyś ten chłopak za dwa wielbłądy na czarnym rynku. Jak nic.

A potem Antoś postanowił wbić Matkę w podłogę. Rozłożył kilka książeczek i zaprosił mnie do oglądania. Więc Matka postanowiła sprawdzić co to tam synek już przyswoił. Przerobiliśmy 4 książeczki obrazkowe pytając  " gdzie jest" i chłopaczyna ani razu sie nie pomylił.
Wieczorem pytam ( zachęcona sukcesem) czy poczytamy książeczkę. Antoś patrzy na mnie jakbym się z choinki urwała po czym odpowiada " Nieeee, boPOco".
No fakt, po co?
Po co ja tu z jakimiś króliczkami i krówkami wyskakuję skoro 1) Antoś wszystko to wie 2) obrażam małego informatyka infantylną formą.
Trzeba zrobić małe czystki w biblioteczce Antosia. Niemowlęce książeczki  dla maluchów są już bardzo passe.

Seria niefortunnych zdarzeń trwa w najlepsze. Niedawno czytałam u Matki Sanepid jak to na ręcznym hamulcu wyjeżdżala spod domu i dziwiłam się jak tak można. Co nie można? Jak nie można? Wszystko można , tylko czwarty bieg ciężko wchodzi. Przejechalam tak dzisiaj 4 ulice to wiem!!! A mówiła teściowa żebym sie tak kurczowo tego ręcznego nie trzymała, bo kiedyś o nim zapomnę,oj mówiła....

Odbieram dziś Antulka ze żłobka z prostym i tradycyjnym planem. On zaśnie w aucie i podjedziemy na działkę. Pikuś. Tylko wyjątkowo Antoś spać nie chce. Bywa, to jedziemy na zakupy. Market skupulatnie wybrany, co by dzikich akcji wymuszeń uniknąć, jedziemy do Lidla. I co? I nadchodzący dzień dziecka w Lidlu. Sobie znanymi sposobami wyperswadowałam że to wypaśne Lego Duplo warte dwie wsie i młyn to jednak bardzo niekoniecznie i Antoni zadowolil się prostą zabawką z kulkami na działkę za kilka złotych. I to był mój błąd, bo małe, sprawne rączki ( ponoć nie sprawne, ale muszę to kwestię z terapeutami jeszcze raz omowić) rozpakowały zabawkę w sekundę i zaczęły rozrzucać po calym Lidlu. Fantastycznie się łapało piłeczki menewrując wypełnionym koszykiem. Prawie jak parkowanie równorzędne...
Ale w końcu udało się jakoś zapłacić i zapakować Antulka do auta. Pić się dzieciakowi chciało... Gdzie ja u diaska oczy miałam jak kupowałam mineralkę, co??? Kupiłam z dzióbkiem, owszem, ale bez opcji niekapek. Antoś zaczął wylewać. Żeby tam na siebie, a skąd!!! Wylał całą na fotel kierowcy gdy ja pakowałam zakupy do bagażnika. Super fantastycznie jechało się z mokrym odwłokiem.

No ale nie ma mocnych, po żłobku i zakupach to Antoś zaśnie w minutę. Acha...
Odbieramy Hanię z przedszkola, która jest w wyjątkowo nadruchliwej formie, patrzymy na te dwa, wolno śmigające elektrony i szybka decyzja. Jedziemy na działkę bo nas zamęczą Szkodniki!!!!

Na działkę hen , hen daleko, pół miasta w korkach. Dokładnie gdy je minęliśmy Hania pyta z minką aniołeczka (czyli wiedz, że coś się dzieje) czy mówiła mi , że ją kapcie w przedszkolu obtarły bo są za małe.
No nie mówiła. Zawracamy. Wsteczny. Kierunek obuwniczy. Ale najpierw...psia kurka krawężnik, bo Matka nie wytrzymała ciśnienia i źle wycelowała. Boska Clio na szczęście bez szwanku przeżyła tą przygodę, ale Antosiowy Tato ma śmierć w oczach. Dobra, grunt, że dojeżdżamy do obuwniczego.
No i dzieciaki się pospały. Trudno, idę wybrać kapcie sama. Mają być różowe i z konikami ( a jakże!).
Szybki sprint po galerii utwierdził mni,e że kwestia kapci będzie drażliwa. Ortopedycznych wamagań Hani nie spełniały żadne różowe kapcie, że o czterokopytnych nie wspomnę.
Stanęło na granatowych i maleńkim kucyku na przebłaganie.
Wpadam na parking, Antosiowy Tato prawie ugotowany, dzieci śpią. Co robimy?
Bez sensu wracać, jedziemy na działkę, przynajmniej coś pokopiemy póki śpią.
Dokładnie w momencie parkowania pod działką dziecięcia się obudziły. W morowych nastrojach. Antoś glodny to zły. Hania wyje bo nie takie miały być kapcie, nawet kucyk nie cieszy jak kiedyś ( " Pinky Pay w ogole nie jest mądra a ja chce mądrego kucyka, nie wiedziałaś Mamoooooo?"- no, nie wiedziałam...).
Grządki doczekają się pomidorów chyba w kolejnym sezonie działkowym, ale po dłuższej chwili podłe nastroje mijają. Antoś skacze na trampolinie, a Hania uczy Pinky Pay zjeżdzać na zjeżdżalni ( to do tego jest już wystarczająco mądra?).






Robi się chłodno to wracamy.
Hani rozburczał się brzuszek, domaga się frytek. A dobra, niech Ci będzie, preludium dnia dziecka.
Mało ducha nie wyzionęłam kręcąc wokół Mc Drive, zdecydowanie krzywizny nie były use and friendly dla aut oklejonych zielonych listkiem( Matka pokornie się okleiła w myśl zasady z przodu listek, z tyłu listek a środku głąb). Ale Maluchy mają fryty wiec jest git. Tylko, że skoro wczoraj  był rzut chrupką na odległość to Antoś zakodował i zainicjował nową zabawę : rzut frytą w Matkę. Antosiowy Tato walczy z tyłami auta zacięcie, Matka próbuje zmieniać pasy ruchu.

Dojechaliśmy pod dom. Jeszcze tylko parkowanie. TYLKO?!
Od dwóch tygodni nawet Hania wie, że jak Matka parkuje to należy milczeć i wstrzymać oddech. Dziś poszło gładko. Ostatecznie udało sie na 4 ( !!!) miejscu parkingowym , bez strat w ludziach i autach. Głównie dlatego, że nawigujący Tato w ostatnim momencie zamknął lusterko autkowi obok. Parkowanie trwało zaledwie 35 minut.
Wysiadamy. Antoś nie chce. Po trudnej misji parkowania nie jestem kwitesencją wyrozumiałości i wyciągam Wrzaskulca nie bacząc na protesty. Zamykam auto i co? I Antoś przemawia rzewnym głosem " Maamaa, auto i gest Makaton <otwórz>".
Jak to było? Jak się dziecko komunikuje to trzeba żywo reagować, by się do komunikacji nie zniechęciło?
No to ja, totalnie zniechecona otwieram boginię Clio. Jak dobrze pójdzie to tylko godzinka nie nasza. I może akumulator wytrzyma Antosia zabawę światłami awaryjnymi...







W końcu dotarliśmy do domu. Dzieci- cudowna regeneracja sił, nic nie wskazuje , że szybko zasną.
Antosiowy Tato podchodzi do lodówki, wyciąga piwo i wypija duszkiem niczym butelkę mineralki. Po chwili spokojnym i opanowanym głosem mówi:
" Gosiu, albo się nauczysz parkować albo ja sobie będę musiał wszyć esperal".

Hania skanduje radośnie " Mama nie umie parkować, Mama nie umie parkować".
Antoś radośnie rży...

Grunt to radosne dzieciństwo, co nie?



12 komentarzy:

  1. heheh wesoło u Was jak nie wiem :)
    ja w całym jeżdżensiu też pfoblemu nie widzę, tylko to prakowanie cholerka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet na wolnym pasie startowym pewnie miałabym problem z równimy zaparkowaniem. Ale coż, jesteśmy stuprocentowymi kobietami, jak mawia mój instruktor:)

      Usuń
  2. Gosiu pamietaj jestes matka Polka - z wyrozymialym usmiechem po tym wszystkim powinnas zrobic pierogi albo chociaz upiec ciasto :D nastepnie wziasc lekcje parkowania u kierowcy rajdowego, lekcje ogrodnictwa i nie zapomnij w miedzy czasie o pomalowaniu paznokci ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, z tego wszystkiego tylko paznokcie zrealizowane w ramach wspólnej akcji dbania o paznokcie Hani. Reszta mi...wisi jakoś kalafiorem:) I jeśli ja jestem Matką Polką to w ogóle się nie dziwie, że pomnik w Warszawie się sypie:P

      Usuń
  3. z przodu listek, z tyłu listek, a w środku głąb - hihihihihi dobre- cały tekst jest dobry!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to akurat riposta teścia gdy obwieściłam że trzeba listek klonowy zakupić:)

      Usuń
  4. Ale fajowski wpis-bardzo fajny.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Spoko z tym parkowaniem, mam 1,5 roku prawko a z parkowaniem różnie bywa, czasem składam się 4 razy, bo musi być równo, bezpiecznie i jeszcze żeby innym nie tarasować. Ostatnio zawracając o murek zahaczyłam i taka śliczna żółta krecha została powyżej zderzaka. Mój mąż tylko na to: "to ja czy Ty"?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O żółtej kresce nie chciałam pisać co by się nie kompromitować , ale cóż...i takową już mam na koncie. Ściana koło żłobka nie chciała ze mną współpracować:)

      Usuń
  6. Fajnie u WAS!!!!Majeczce podobały się najbardziej zdjęcia z trampoliną:)
    Całujemy mocno!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy i ściskamy mocno Majunię. Jutro idę na konsultację do naszych prawników, bo Twój dzisiejszy wpis mną porządnie tąpnął i mam wrażenie, że wizyta była niezgodna z prawem. Ale dowiem się, to zdam relację.

      Usuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...