środa, 15 maja 2013

Pasja motoryzacyjna

Wiem, wiem. wieki całe nie pisałam ale u nas teraz naprawdę wiele się dzieje. Antulek ma wyjątkowo dobry okres, o czym napiszę w osobnym poście niebawem. Odebraliśmy diagnozę Hani i wytyczne uczymy się wprowadzać w życie. Ponieważ stan środków na subkoncie Antosia niebezpiecznie blisko zblizył się do puli pieniędzy zarezerwowanych na turnus wystawiamy teraz aukcje na allegro, żeby puli turnusowej nie naruszyć a na terapie jednak grosza pozyskać.I cale wieczory płyną nam na mierzeniu, fotografowaniu i miganiu napisów " wystaw przedmiot", " wystaw podobny" itd. 
W przyszłym tygodniu  bedziemy skupować nakrętk,i tak więc śmigamy po całym mięscie od szkoły do przychodni i cenne kruszywo odbieramy, nieustannie dziękując za całe tony dobroci. No i oczywiście, z uśmiechem na twarzach toczymy starcia, potyczki i boje biurokratyczno-oświatowe celem pozyskania asystenta dla Antosia oraz uzyskania wreszcie subwencji oświatowej w ramach ksztalcenia specjalnego.

Ale...ale...coś jeszcze się wydarzyło. Naprawdę dużego. Matka wcześniej się nie chwaliła, bo wiecie jak to jest. Papier można sobie mieć ale z jego realizacją może być różnie.
Bo matka w marcu prawo jazdy zdała. W pocie , krwi i płaczu. Własnym i instruktora nauki jazdy ( panie Piotrze, najwyższe uznanie za nauczenie jazdy kogoś, kto nie ogarnia prawicy i lewicy oraz boi sie drążka od skrzyni biegów).
Prawo jazdy zdałam tylko ze wzg. na dzieci. Zawsze bałam się aut, wolę dwukołowce niemechaniczne, ale co zrobić. Ogarnianie rozlicznych terapii, w tym hipoterapii poza miastem bez auta stało się piekielnie trudne. A gdy jeszcze dzieciaki kompatybilnie chorowały to już w ogóle majątek szedł na taksówki.
Ale pewnie bym sobie wsadziła te świeżo odebrane prawko do porfela i zapomniała o jego istnieniu, gdyby nie Antosiowa Babcia, która ulitowala się nad nami i użyczyła nam swoją ognistą, w sile wieku brykę, póki nie skołujemy jakichś finansów na coś własnego. Czyli pewnikiem nieprędko.

Tak więc od 3 maja zalecam zachować w Opolu szczególną ostrożność i nie zbliżać się do krawędzi czerwonych samochodów. Na wszelki wypadek, bo matka jednak nie będzie nawet startowała w konkursie na kierowcę roku.

Auto oznacza dla nas inną jakość życia. Koniec przemierzania miasta w ciągłym poplochu z jęzorem na plecach. Oczywiście teraz zamiast jęzora matka ma duszę na ramieniu, bo boi się jeździć strasznie, a aparkowanie ( każde!!!) to już w ogóle do arytmii matkę doprowadza. Ale dzieci są bardzo szczęśliwe.

A najbardziej to Antoś. Już po pierwszym dniu z palcem wskazującym jak strzała biegł w kierunku zaparkowanego auta. I oczywiście się nie pomylił. Na przestrzeni ostatnich miesięcy slowo auto ewoluowało w wymowie Antosia. Najpierw było" to to". Potem " ato". Odkąd czerwona bryka skradła serce Antulka jest to już pełnowymiarowe i super wyraźne " au to"!.

Podjeżdżamy na terapię. na skutek okoliczności ludzkich odwołana. Ja się pocę, no bo jak teraz naklonić Antosia do wyjścia, skoro jesty przekonany że zaraz będzie się bawił...
" Antoś, jedziemy autem?". I już koleżka nasz stoi przed windą na baczność z wielkim usmiechem na twarzy.

Bałam się, że Antoś będzie w aucie rozrabiał, nie będzie dał się zapinać w pasy. A skąd!!! Gdyby mi tylko umiejętności pozwoliły ( oj nieprędko!) to spokojnie można z nim jechać nad morze. Grzeczniutki, żywo komentuje co widzi za oknem. Wszyscy dorośli mi mówią, że jadąc tak jakby szarpię autem. Antoś jakoś nie zauważył, zawsze styl mojej jazdy docelowo go usypia. Nie, matka , wcale tak płynnie nie prowadzi. Po prostu co można robić jak się jedzie z oszałamiającą prędkością 40 km/godz? No tylko spać!

Największe szczęście, gdy na odludzi mama wyłączy silnik , poblokuje co się da i posadzi Antulka za kółkiem. Że w tak malych oczkach może sie zmieścić tyle szczęścia!!! Przy okazji wychodzi, że Antoś tylko pozornie jest takim sobie zaspanym obserwatorem. A jednak kolejność wrzucania biegów już zna, za co wielki szacunek, bo matce ta sztuka z miesiąc zajęła ćwiczeń:)

Jako, że jesteśmy już teraz mobilni mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy niż zwykle pobyt w stadninie. Antosik oczywiście znowu polazl czarować właściciela, a że tym razem było ich dwoje to i Hanka zaczęła kręcić loczka na paluszku. Efekt? 10 minut później dzieci brudne jak nieboskie stworzenia jechały traktorem. a w zasadzie, gwoli ścisłości ciągnikiem. Tym największym. Matkę, tylko na chwilę ścisnęło pod bluzką w klatce piersiowej ale wytłumaczyła sobie, że skoro dzieciaki dojechały do stadniny ze mną i żyją to przejażdżka kilka metrów traktorem, z kimś , kto to robi od zawsze nie może byc bardziej niebezpieczna.

Kolejna zaleta auta. Po wyjątkowo długiej zimie odwiedziliśmy nasz ogródek działkowy. Rok nas tam nie bylo, bo dojazd dwoma autobusami zwykle trwa ponad godzinę w jedną stronę. Sądziłam, że będzie jak rok temu. Antoś będzie biegał, szalał, psocił i uciekał a my go będziemy gonić.
Nieprawda. To znaczy, oczywiście że broil i psocił i biegał. W końcu to Antoś. Ale!!! Przede wszystkim Antulek się rozglądał. A potem testował huśtawki, zjeżdżalnię, rowerek, piaskownicę...A potem zaczął przypatrywać się naturze. Sam pokazał biedronkę. Biegał za bąkiem ciągnąc mnie za rękę i pokazując mi jaki fajny ( boskie uczucie). Przypatrywał się mrówkom. No potem odezwały się z nim te gorsze instynkta, jakby trochę mordercze,bo najpierw dmuchał na mrówki a potem je szturchał kamyczkiem i patykiem, ale wmawiam sobie, że Antulek tylko chciał je wprawić w ruch, nie chciał ich skrzywdzić.
I tak właśnie rozpoczęliśmy etap podążania za przyrodą. Każdy nasz soacer, wyjście trwa...wieczność całą. Każdy robal musi zostać dokładnie obejrzany, poproszony o zmianę trajektorii ruchu( metodami pokojowymi " ty ić" i brutalnymi- bo jak się wsadzi kij w mrowisko to mrowy zasuwają prędziutko.
Biegamy za motylkami i gołąbkami. Próbowaliśmy wejść na drzewo za wróbelkiem, ale grawitacja nas pokonała. A już hitem są takie ruchliwe, czarno-czerwone robaczki. Zwykle występują w dzikich tabunach i doprowadzają Antosia do ekstazy.
Matka wie, że to są umiejętności które zwykle nabywa 12-miesięczne dziecko. Ale z Antosiem tego etapu nigdy nie było. Więc matka się cieszy  szalenie. I próbuje przypomnieć sobie jaka była gdy Hania przechodziła ten etap. Coś tam w resztkach pamięci się kołacze , że cierpliwa wtedy matka była i współpodekscytowana odkrywaniem światem. No tak, ale wtedy matka była młodsza...

A teraz ma potęgę argumentacji w kieszeni. Gdy owadologia trwa zbyt dlugo matka sięga do kieszeni po kluczyki do Boskiej Clio i pyta "Antosiu, jedziemy autem?"

"Ta, taaaaak, auto":)

3 komentarze:

  1. Moje GRATULACJE!!! :D Nie martw się, że kiepsko jeździsz. Każdy od tego zaczynał :) Strasznie się cieszę, że zdałaś i możesz zobaczyć jakie to ułatwienie. Jedziesz kiedy chcesz, gdzie chcesz i nie tracisz życia w autobusach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie delektuję się mozliwością zalatwienia tyluuuu spraw w ciągu kilku godzin i juz powoli myślę, co ja będę z tym wolnym czasem robić jak już wszystko do końca pozałatwiam:)

      Usuń
  2. Gratulacje - doczekałaś się, że jesteś w tym momencie "mobilna" i nie uwięziona od czasu innych środków lokomocji.
    Z biegiem czasu dojdziesz do wprawy i będziesz śmigać jak kierowca bolidu F1.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...