środa, 29 maja 2013

" To tato"


Uspać Antosia na drzemkę to nie jest ostatnio łatwe zadanie. Ale konieczne, bo mimo wielkiej ochoty na szarzowanie bez drzemki Antoś już koło godziny 15 wygląda jak te króliczki Energizera, którym się baterie wyczerpały. Mimo, że drzemka zajmuje nam 2,5 godziny, że do wprowadzania Antosia w stan snu trzeba żelaznych nerwów to jednak codziennie podejmujemy tą próbę. Czasem sie udaje, a czasem nie.

Ale dziś udal to się Antoś podczas drzemki. Proces usypiania rozpoczął Antosiowy Tato, ale po 40 minutach zaczepiania przez Antosia, śpiwania pod nosem w narzeczu Antosia i arcydługiej liście roszczeń dotyczącej ekipunku łóżkowego ( 7 autek, dwa kawałki chlebka, picie, Fred i mazak)nastąpiła zmiana warty.

Nie, nie, spokojnie, to tylko na filmach tak wygląda, że wkracza mama i dziecię natychmiast odplywa w krainę Morfeusza. A skąd, cośmy się z Antosiem naprzekonywali kto ma rację z tym spaniem to nasze:) W końcu coś mnie tknęło, zwlekam się poprawić kołderkę Marudzie. A tu mokro...

- No to faktycznie, tak nie mogłeś zasnąć. Gdzie Ty masz pieluchę Antosiu?
- Nie ma :)
- Jak to nie ma, zdjąłeś pieluchę?

- To tata!!!! 

I palec jak strzała wskazuje jednoznacznie na wychylającą się głowę Taty z kuchni. Wybucham śmiechem. Koniec spania:)


A Tato rzuca do Antka " Kabel jesteś ! I przedłużacz! Każdy czasem czegoś zapomni zrobić":)

I tak oto Antoni zdobył kolejną umiejętność. Nie wiem jak to ona wygląda w normach rozwojowych, ale jakby co denuncjować Antoś już potrafi:) Najlepszy ekspert go nauczył- Hanna Maria Prawdomówna.
To przepadliśmy z kretesem. Po nas.

Już Hanka sama na skutek edukacji przedszkolnej chodzi po domu i denuncjuje, kto osmielił sie wyrzucić jedzenie ( " ale to tylko resztka sałatki Haniu", " ale dzieci w Afryce są glodne mamo i nie wolno wyrzucać jedzenia"- jak mi każde zakładać kompostownik w bloku to się wyprowadzam). Doniesie od razu, że Tato zjadł czekoladkę i nie umył zębów. A poza tym to nie wolno jeść tyle słodyczy bo szkodzą zębom ( na nic tłumaczenia, że to nedzne resztki, ostatni kawałek znaleziony w szafce). Teraz- jak sie wydaje jest ich dwoje. Antoś wprawdzie takich kazań jak Hania na razie nam jeszcze nie zafunduje ( to niech ta mowa jednak rozwija się powooooli:), ale doniesie już bezbłednie kto nabroił. Oczywiście sam na siebie nigdy nie wskaże, a gdzież tam!!!

Popołudniu wybraliśmy się nad jezioro. Gdy tylko wjechaliśmy w las Antoś natychmiast zaczął piszczeć z radośći- poznał okolicę. pierwsze 10 minut udało nam się energię dzieci skomasować na placu zabaw, ale potem to już Antoś rozdawał atrakcje. I w ten sposób Tato zaliczył pierwszą kąpiel w jeziorze w akcji ratunkowej czerwonego resoraka utopionego a jeziorze a pozostała trójka zamoczyła buty solidnie. Było i bieganie za robaczkami, było pisanie patykiem po mokrym piachu. I wlazł jegomość do żaglówki. I z pomostu sie ciut nóżka omsknęła przez co wracał królewicz w stroju mocno niekompletnym autem ( matka ma żelazny zapas majtek i skarpetek, ale spodnie suche jakoś z bagażnika wyszły).

Łap mnie!



Taaaaki garaż mozna zbudowac z piachu!



To może chociaż jedną nogą , co?
A mogę wejść do jeziora? NIE!!!





A rysować chociaż mogę? MOŻESZ!!! No, wreszcie coś...







W drodze powrotnej towarzystwo na tylnim siedzeniu urządzało zawody w przeciąganiu liny. To znaczy liny nie bylo, ale mój sweter świetnie im się do tego nadał. Kwiczeli przy tym ze śmiechu okrutnie a nawet Hanna Zwycięzca wyraziła zgodę na wygraną Antosia:)

Lubię takie dni.

Logopedycznie

Tydzień temu Antoś miał, jak zawsze we wtorki zajęcia logopedyczne z p. Anią. Akurat była mała roszada i zamiast popołudniu pojechalismy na nie bezpośrednio po żłobku. Spodziewałam się meksyku na kółkach, bo jak Antoś nie prześpi swoich regulaminowach 2,5 godziny po żłobku to nie jest skory do jakichkolwiek negocjacji. A było jak zawsze po Antosiowemu. Na opak.
Pani Ani stwierdziła, że to byly najlepsze zajęcia odkąd razem pracują!!!
I zapytała mnie co się dzieje, bo to jest jakiś inny Antoś niż tydzień wcześniej. Zabawa symboliczna, w relacji, komunikacja, postepy w sferze poznawczej. To wszystko tak zaskoczyło p. Anię, że była w szoku. A jak terapeuta tej rangi co p. Ania i z takim doświadzceniem jest w szoku to Matka zbiera uzębienie z podłogi.
I gdy tak rozmawiałyśmy na materacu przed oczami stanęły mi zajęcia z dnia poprzedniego, gdy p. Ewa, nasza neurologopedka wychodziła ze skóry by Antoś powtórzył jakikolwiek dźwięk zwierzątka. I nic. Absolutna dupa blada. Antoś był juz pod koniec tak sfrustrowany, że gdyby mógl naprawdę by zamiauczał czy zagdakał byleby mieć już spokój. Ale nie mógł...
Fakt faktem, że gdy na tapetę idą te nieszczęsne zwierzątka to nic dobrego z tego nie może wyniknąć. Antoś ma już dość zwierzątek po uszy. No bo ile można? Półtora roku walkowania jak robi kotek i piesek. Gdy w tym samym czasie chlopak uklada pierwsze historyjki obrazkowe ze zwierzątkami, układa puzzzle 20-elementowe z krówką czy konikiem. No ale tu ja dałam plamę, bo na skutek przeróżnych okoliczności świąteczno- chorobowych mamy teraz zajęcia neurologopedyczne raz w miesiącu i p. Ewa nie zna po prostu aktualnego stanu wiedzy Antulka a ja przed zajęciami nie zdążyłam streścić.

No ale to nie było fajne zajęcia i strasznie mi było patrzeć na niemoc Antosia w artukalacji dźwięków.
Coś mi nie grało...
No bo obraz Antosia, z bezsilnymi oczkami nijak nie pasuje do aktualnego skoku rozwojowego Małego.

Zapytałam więc p. Anię, czy jest możliwe , żeby dziecko miało i autyzm i afazje ( czy dysfazje, dyslalię, czy jak tam sie jeszcze nazywa niewykształcenie mowy). Pani Ania odpowiedziała , że owszem , przy czym wyjaśniła te wszystkie dys, lalie i inne fazje oraz powiedziała , że sama chciała ten temat poruszyć. Bo mowa Antosia, pomimo niewątpliwego i tak już progresu nijak nie podąża za ogólnym rozwojem Tośka. A przede wszystkim za jego gotowością do komunikacji. Jest więc kilka opcji:

- problemy z przetwarzaniem bodźców słuchowych w mózgu- trza zrobić badanie ABR pilnie, bardzo pilnie.

- należy raz a porządnie zająć się podejrzeniem padaczki typu Petit Mai, bo jej obecność może determinować rozwój mowy. To już trudniejsza sprawa do zrealizowania, napady charakterystyczne dla tego typu epilepsji trudno jest upolować w obrazowaniu. A nasza wspaniała pani doktor neurolog wysłała nam smsa, że z powodów choroby jest poza kontaktem do listopada. Nikomu innemu tak nie ufam jak jej. W Opolu nikomu innemu z zakresu neurologii nie dam zbadać Antosia, o nie! Już nigdy więcej. Myślimy więc co z tą kwestią ruszyć...

- zespół problemów sensorycznych, zwłaszcza w okolicach oralnych. No to jest bardzo sensowny trop. Od kilku tygodni Antoś pracuje z obciążnikami na ręce i nogi. Efekty są spektakularne, ba, on sam doprasza się by mu coś cieżkiego założyć na rączki. Skoro ma tak silne kłopoty z poczuciem swoich kończyn, to można spokojnie przypuszczać, że w paszczy swej Antonio ma kombinacje nadwrażliwości i niedowrażliwośći. Jest też ku temu kilka innych sympomów. A więc kierunek p. Ola Łada. A do gry znów wkraczają masażyki. A to się akurat Antośkowi nie spodoba.

- trzeba zanieść płytkę z MRI mądrym głowom właśnie od mowy i niech sprawdzą czy nie ma obszarów uszkodzonych. Bo jeśli mamy do czynienia z demielinizacją obszaru odpowiedzialnego za mowę to...no jak ma się pojawić mowa? MRI było wałkowane już kilkukrotnie, ale na okoliczność tętniaków, guzów, wylewów ogólnych. Trzeba się przyjrzeć bliżej.

- problemy z gryzieniem, żuciem, połykaniem. Antoś wszystko to robi, nie krztusi się, nie dusi. Ba, konsumuje rzeczy które teoretycznie do konsumpcji nie nadają się. Pytanie tylko czy robi to prawidłowo. Bo jesli nie, to nie miały jak prawidlowo wykształcić sie artykulatory. A wtedy trzeba wrócić do podstaw.


A póki co, normalna codzienność. Zalewanie krótkimi komunikatami, zabawy naśladownicze, komunikacja, komunikacja i jeszcze raz komunikacja, głównie za pomocą AAC. I masażyki. I zwykła praca logopedyczna.

Po co nam to wiedzieć? Co to za różnica co odpowiada za kłopoty Antosia z mową, autyzm w czystej postaci czy z jakimś dodatkiem?
Ano spora. Od 10 lat u nas na półce stoi przewodnik po języku migowym. Są mówiki i inne programy mówiąco- pisząco-obrazkowe. Można z Antosiem pracować powoli nad czytaniem i pisaniem, do tego ma potencjał ogromny. Wiele można. Ale nie można wymagać żeby chrumknął czy zamuczał jeśli ma barierę techniczną. No nie, po prostu nie. I po to musimy wiedzieć co się dzieje u Antośka, by prawidłowo pokierować jego komunikacją i podać mu odpowiedni kanal przez który będzie mógł siebie wyrażać.

Dziś podążylismy na zajęcia z p. Anią z wyjątkowym ekwipunkiem. Surowa marchewka, schabowy oraz bułka. Sprawdzane było jak Antoś posługuje się paszczęką. Wybitnie! Trop z niewyktszałconymi prawidłowo odruchami gryzienia więc wykreślamy, choć wprowadzamy więcej elementów twardych do gryzienia bo ewidentnie się chłopak tego domaga ( trop z zaburzeniami sensorycznymi wysuwa się na prowadzenie).

Kilka godzin po zajęciach p. Ania wysłała nam dyrektywy dotyczące następnych zajęć: chrupki, cukierek krówka, lizak, miętowy landrynek, dwa malutkie kubki plastikowe, przegotowana ciepła i zimna woda ( male butelki). P. Ania mały fragment zajęć spędzi z Antosiem przed lustrem logopedycznym. Wykorzystają te produkty do treningu czucia ułożenia artykulatorów( a pupą Antosia po takiej uczcie też sie oczywiście natychmiast zajmiemy).

Zatkało mnie.
Zamurowało i wbiło w podłogę.
No bo ilu terapeutów po godzinach myśli i kombinuje jak efektywniej , lepiej dla dziecka pracować. Co jeszcze można zrobić? No ilu? Ilu dzwoni i wypytuje o detale , bo akurat myślało o Antosiu?

Oczywiście natychmiast podziękowałam za takie zaangażowanie.
Odpowiedź była błyskawiczna: " Niesamowity to jest Antoś! Praca z Nim zobowiązuje!".

Spłakałam się jak bóbr.
Jesteśmy w czepku z Antosiem urodzeni. To fakt. Bez dwóch zdań.

wtorek, 28 maja 2013

Nakrętkowy zawrót głowy

Gdy my z p. Gosią dogrywalysmy ostatnie szczegóły Antosiowego SUO nasz dzielny, silny i wspaniały TATO uzyskał tytuł siłacza roku.
juz od 6 rano w piatek nastepowała akcja opróżniania piwnicy. A w zasadzie dwóch piwnic, bo tym razem akcja " Wrzuć kora do wora dla Antosia" przekroczyła nie tylko nasze najśmielsze marzenia ale też możliwości lokalowe.

Więc Tato 3 godziny ładował wory z nakrętkami do wielgachnęj ciężarówki. Trochę się jednak nanosił.
Tym razem udalo nam się sprzedać....1 tonę i 125 kg nakrętek!!!! Wyobrażacie sobie to w ogóle?

To tylko jedna z rozgległych przestrzeni przeładkowych

Cieżarówka się z każdą godziną zapełniała....


Aż pod koniec załadunku była absolutnie pełna!!!


Wiecie co to oznacza? Subkonto Antosia zostalo zasilone kwotą 1125 złotych!!! I w ten sposób złowrogie widmo ruszenia puli środków na turnus, by zapewnić ciągłość terapii Antulka zostało chwilowo oddalone!!!!!!!

DZIEKUJEMY!!!!!!!!!


Z całego serca bardzo WAM wszystkim dziękujemy. Za wiele, wiele miesięcy codziennej pamięci o naszym synku. Za noszenie tych ciężkich worków z korkami. Za wiarę, że razem nam sie uda!


Jesteście z nami prawie dwa lata. Już prawie dwa lata codziennie wrzucając kora do wora pamiętacie, że ten mały chlopiec jest i bardzo potrzebuje Waszego wsparcia.

Już tyle czasu ciocia Ania i wujek Marek leasingują nam swoją piwnicę.
Tyle razy wujek Marek kursował w okolice ziemi brzeskiej napakowanym po sufit samochodem. I Dziadek Staszek z Radomia!

Jest Was ogromna,dzielna i wspaniała DRUŻYNA.
Jest WAS wielu z nami od początku. Ale też stale przyłączają się do nas nowi Nakrętkowi Przyjaciele Antosia.
Tym razem pragnę  gorąco podziekować za Wasz trud:

Mamie Ewie, która zaraziła całą ziemię brzeską sympatią do Antosia.
Cioci Brydzi, która postawila na nogi cały Szpital Powsiatowy w Strzelcach Opolskich.
Fundacji DOM w Opolu, która w tym roku postanowiła wesprzeć korkami właśnie Antosia.
Szkole Podstawowej w Czepielowicach, Zespolowi Szkolno- Przedszkolnemu w Lubszy, Przedszkolu w Skarbimierzu, Szkole Podstawowej w Starych Siołkowicach, Publicznemu Gimnazjum nr 8 w Opolu, Bibliotece Prawa Uniwersytetu Opolskiego- jesteście z nami od niedawna, ale Wasze zaangażowanie przekroczyło nasze najśmielsze marzenia.

I Wam, cała Drużyno Szlachetnej Nakrętki!!! Jesteście z nami naprawdę bardzo dlugo, codziennie. Codziennie pomagacie Antosiowi pokonywać swoje ograniczenia i cieszyć się każdym dniem, mocniej, intensywniej i z większą nadzieją na przyszłość.

Tak, Antoś jest sprytnym szkrabem o najbardziej roześmianych oczach na świecie. Ale to, że może czynić oszałamiające postępy to praca zbiorowa setek ludzi. Nas rodziców, terapeutów, rodziny i przyjaciół. I właśnie Was.

Od kilku tygodni z przerażeniem wystawiałam aukcje allegro. Pula środków na subkoncie Antosia zbyt szybko się kurczyła. Do turnusu zostało mało czasu. Dziś boję się mniej. Wiem, że sobie poradzimy, że Antoś pojedzie na turnus i nie będziemy musieli rezygnować z bieżącej terapii czy żłobka. Dzięki Wam ten spokój.

Dziękuję więc Wam bardzo.

Nie kończymy akcji, o nie!!! Nadal każda nakrętka jest na wagę złota.
Niebawem najdzielniejsi Dziadkowie na świecie, Babcia Beatka i Dziadek Staszek będą organizować skup nakrętek w Radomiu. Rozumiecie? W Radomiu!!!300 kilometrów stąd!!! Bo i tam Antoś ma wspaniałych Organizotorow akcji oraz pamiętających przyjaciół.

Z taką ekipą jak Wy nie mamy czego się bać:)

Mamy SUO

Ha!
I nie zawahamy się go użyć!!!
W czwartek zadzwoniła nam pani z MOPS poinformować , że jest decyzja, że uslugi opiekuńcze przyznane i to nawet w jednynej akceptowalnej dla naszego budżetu formie, czyli nieodplatnie.

Rozstąpiło się niebo, rozśpiewały chóry anielskie a cud się stał prawdziwy:)

Jedynie pani było ogromnie przykro, gdyż niestety nie mają dla Antośka terapeuty i muszę sobie znaleźć jakiegoś sama.
To lepsze niż szóstka w totka!!!!
Jeszcze nie wiedziałam jak po naszym preludium z SUO, a dokładniej z panią kierowniczką przejść do wrażliwego tematu nr 2 : czyli chce terapeutę, którego sobie wybrałam dla Antośka i żadnego innego!!!

A tu proszę, problem rozwiązany na poczekaniu.

Tak więc w piątek udałysmy się z p. Gosią do PCK celem dowiedzenia jakaż to teraz czeka nas uwertura biurokratyczna, celem zatrudnienia jej jak osobistą i specjalistyczną usługę opiekuńczą Antulka.

Trzy godziny później umowa cywilno-prawna została spisana, wobec czego antonio od 3 czerwca zaczyna mieć wsparcie w żłobku oraz prywatną terapię domową. He, he , krezus mały:)

Pani Gosia...to nasza p. Gosia, wolontariuszka z Prodeste, która Antosia zna, pracuje z nim w ramach wolontariatu już od lutego , a Antoś uwielbia ją. Do tego stopnia , że byl dziś nawet skłonny odpuścić jazdę autem by tylko iść z p. Gosią:)

A p. Gosię dzielnie będzie wspierać w pracy p. Marlena, nasza Kochana Druga Pani Wolontariuszka, za którą również Antonio szaleje z kretesem.

No dobra. Z nomenklatury i formalności. Godzin mamy 30 miesięcznie. Psychiatra wnioskował o 20 tygodniowo. Nic to ! I tak się będę odwoływać!!! I MOPS już o tym wie, ba, nawet wie dlaczego.
Bo...bo w grudniu MOPS będzie musiał wowczas wystąpić do budżetu centralnego o więcej środków na Antosia.Czyli...co sie odwlecze, to nie uciecze:)

No powiedzcie sami...sielanka!!!

środa, 22 maja 2013

Cyklista

Nie wierzę!!!
Antoś próbuje jeździć na rowerze! Oczywiście czterokołowym. Oczywiście dziecięcym!. oczywiście na razie pół pokoju jest w stanie przejchać. Ale bardzo, bardzo chce pedałować!!!

Jazda na rowerze to jest wyższa szkoła jazdy. Bardzo pożadana. Rower dopieszcza przedsionki Antosia, wplywa pozytywnie na poczucie rówowagi, koordynację ruchowową. Rower wspomaga praksję. Rower to również ruch naprzemienny, który wspanialne stumuluje półkule mózgowe.

Ale..wszystko to ważne. Jednak najważniejsze że rower to frajda! To wyprawy rowerowe na punkcie których mamy absolutnego bzika. Rower to przygoda, wesołe dzieciństwo, pozdzierane kolane!

Póki co Antosiowy Tato z dwoch rowerków, spadków po innych dzieciach usiłuje zmontowac opimum uzwględniające to, że jednak ściskanie hamulca to dla Antosia na razie wiedza z Hogwardu. Póki co są to pierwsze nieśmiałe początki. Ale Antulek się zapalił, chce bardzo i ostro probuje.
Od tego próbowania to już ma rysę na plecach i kilka siniaków, ale nie zraża się. Ba , wymyslił sobie jak to zycie sobie ulepszyć i wywarł wpływ na Hanię...to ona go sadza na rowerku. Bo po co się gramolić i ryzykować upadek skoro siostra pomoże?

Dla nas to jest szok. Już rok temu były podchody do roweku- dla dzidziusiów z prowadzeniem na kijku, biegowy, trzykołowie, czterokołowiec. Pedały po środku, pedały z przodu...Nic. Absolutnie nic wtedy nie wyszło. Ba rowerek biegowy nawet sprzedaliśmy bo jednak nawet Antoś ma tylko jeden zestaw kości i ograniczone mozliwości upadków. Ruch naprzemienny, pedałowanie? Nie no, rok temu pedały też Antka interesowały, siedział sobie na podlodze i kręcił pedałami rączką prawą...potem lewą. Czasem i kilka godzin...

Coś takiego się z Antosiem teraz wyprawia że brakuje mi słów do opisania. Nawet dziś, na przekazaniu nowych sekwencji p. Monika stwierdziła że przyprowadziłam innego Antosia niż tydzien temu. Coś, co nas rozczuliło zupełnie to zabawa. Antoś zwinął kółko z jednego koszyka, przyłożył mi do twarzy i zaprosił do zabawy w noski- eskimoski przez kółko. Po prostu się bawiliśmy. Tak zupełnie...normalnie.I młody sam to wymyślił. Takich sytuacji zresztą jest mnóstwo w ostatnim czasie. W żuchwę będę sobie musiała wstawić jakieś zawiaski, bo nie nadążam z podnoszeniem z podłogi.

A w pogotowiu terapeutycznym dziś takiego kwiatka dla mnie zrobił Artysta. No i doczekaliśmy się talentu plastycznego w rodzinie. Wreszcie. Albo cierpliwych pań pracujących z Antosiem:)
Ale kwiatek cudny jest i basta!!!




A propos prac plastycznych. Pod wieczór rysowaliśmy sobie, Antoś bazgrał sobie co oczywiście z naganą w głosie zauważyła Hanna I Skromna i od razu zaznaczyła, że to brzydko tak bazgrać i Antoś lepiej żeby nie rysował skoro nie umie zrobić takich ładnych tulipanów jak ona ( Oaza Skromności i Demotywator Stulecia). Szybciutko więc wyciagnęłam opasłą teczkę z półki i pokazałam Hani. Nie chciała uwierzyć że to jej obrazki sprzed roku czy dwóch. Bazgroły totalne, w dodatku monokolorystyczne.
Jako, że matka jest też nieźle zafiksowana, każdy obrazek był opisany datą i adnotacją wzięło nam się na wspominki. I tak po dłuższym czasie oglądania bazgrołków Hania rezolutnie swierdziła że w takim wypadku jak Antoś tez już będzie w Żabkach ( czterolatki) to też już będzie umiał narysować tulipana.
Się wie!

Ale nim rozwinie się w Antosiu artysta-plastyk czeka nas przeprawa z klockami. W nowej sekwencji Antoś ma zadanie na budowanie z klocków konstrukcyjnych. Jako, że dotąd zainteresowanie puzzlami u Młodzieńca było delikatnie rzecz ujmując żadne zasobów klockowych mamy niewiele, wszystkie w jednym typie. Czyli pilnie trzeba wykombinować różniste klocki i klocuszki, bo Antoś szybko się nudzi.
Nic to, damy radę. Puzzli też dwa miesiące temu nie tykał a teraz układa dwudziestoelementowe:)

wtorek, 21 maja 2013

Seria niefortunnych zdarzeń

Ja chyba jednak nie powinnam podczytywać Matki Sanepid. Wprawdzie wyjątkowo swojsko brzmi każde jej słowo, jednak chyba się zasugerowałam i mam do czynienia z przeniesieniem. Ledwie Matka Sanapid zda relację to od razu u nas podobne cuda się wyprawiają.

Zaczęło niestandardowo. Bo w niedzielę. A przecież wiadomo, że zwykle seria niefortunnych zdarzeń zaczyna się w poniedziałki.
Ale zaczęło się w niedziele i trwa do nadal.
Bo wczoraj z samego rana Antoś stłukł kubek, ten ulubiony, z żabką. Bywa. Ale co to za fontanna łez plynęła z oczu Hani. Pół godziny uspokajania przez głupi kubek z Żabki, dodawany jako gratis. Tyle, że 5 lat temu.

Potem wybraliśmy się do babci. Antoś od jakiegoś czasu rozwija zainteresowania. Auta-autami, to chyba nigdy nie minie, ale teraz doszedł sprzęt multimedialny oraz wszelaki elektroniczny.
Najpierw postanowił Maleńki rozboić babciny budzik, pozbawiając go baterii. Po zagarnięciu mienia wcale nie zamierzał odpuścić. Skoro schowałam budzik na lodówkę Antulek w sekundę zbudował wieżę oblężniczą z taboretu i stołka i wdrapał się na lodówkę. No ale stołek chybotliwy był więc zaliczył bolesne lądowanie na podlodze. Dopiero dziś się okazało, że przeciął rączkę.
Gdy jednak ból minął postanowił poczynić ostateczny szturm na domofon. Babciny domofon musi mieć jakiś pierwiastek magiczny w sobie, bo Antoś postawił sobie za punkt honoru go zdobyć. Podczas poprzedniej wizyty pozbawił go guziczka, wczoraj...skromniutko wyrwał ze ściany. Z impetem, małym tumanem gruzu oraz wyłamaną tylnią ścianką:-(

Zwinęliśmy się więc szybko od babci i poszliśmy nad stawek karmić kaczki. I to był idiotyczny pomysł z mojej strony. Początkowo, owszem , ślicznie rzucał Antoni chlebek. Ale potem postanowił gonić skrzydlate zamaczając zupełnie i w sukundzie  buty. Oczywiście te nowe sandałki! Jedyna zaleta wodnej przygody: teraz już pięknie Antoni woła na kaczki " kwa kwa".

W drodze powrotnej dzieci już były senne, marudne, szalały więc w samochodzie okrutnie. Matce potrzebne jest skupienie do prowadzenia bogini Clio, więc rzuciła na tyły paczkę chrupek. Dwa skrzyżowania jadły spokojnie, ale potem je poniosła inwencja twórcza i zaczęły rzucać chrupkami po całym aucie, o zgrozo największą frajdę sprawiało im celowanie w Matkę.

Czy ktoś ma wiedzę czy spray do nosa z soli morskiej podany w sposób doustny i w dużych ilościach jest szkodliwy? Nie, ja nie podawałam. Antoś sam postanowił się rozprawić z katarem jak umiał. Odkręcił, zdjął atomizer i wypił. Trzeba będzie porozmawiać z p. Moniką, że tych ćwiczeń z odkręcaniem butelek i słoików to może jednak chwilowo dość?

Wieczorem Antoni sobie grał chwileczkę na tablecie. Normalna sprawa. Tylko jak już oddał ( a łatwo odzyskać nie było) to tablet okazał się mieć zmienioną opcję oprogramowania. To znaczy gry nadal były wszystkie, równiutenko ułożone na pulpicie jak należy, ale Mądraliński pokasował kilka mniej znaczących aplikacji takich jak Adobe, przeglądarka internetowa czy program mejlowy. No faktycznie komu to potrzebne???
Problem w tym, że tablet Tatusiowy. A Tatko z czcią i namaszczeniem do sprzętu swego podchodzi i żadnych innowacji Matce wprowadzać nie wolno. Zasada to zasada, Matka się pilnuje. No ale nie bylo mowy o 2,5 latku , prawda?
Cale szczęście, że Tatko byl w pracy a dzięki pomocy koleżanki, tej bardziej rozumnej technicznie udało się zniszczenia Antosia okiełznać. Bo wiecie, o stokroć lepszą ma się pozycję do rozmów o stratach gdy straty choć częściowo udaje się naprawić:)
Przy okazji instalowania od nowa oprogramowania odkryłam ciekawą sprawę. Otóż Antonio potrafi już zrobić zrzut z ekranu i zapisać takowy obrazek w galerii zdjęć. Niby nic? No pewnie, tyle, że Matka obslugi tabletu uczy się nadal i wyżej wymienionej umiejętności nadal nie posiadła. A Antulek chciał sobie Ciekawskiego Georga uwiecznić. To uwiecznił, bez problemu.




Sprzeda mnie kiedyś ten chłopak za dwa wielbłądy na czarnym rynku. Jak nic.

A potem Antoś postanowił wbić Matkę w podłogę. Rozłożył kilka książeczek i zaprosił mnie do oglądania. Więc Matka postanowiła sprawdzić co to tam synek już przyswoił. Przerobiliśmy 4 książeczki obrazkowe pytając  " gdzie jest" i chłopaczyna ani razu sie nie pomylił.
Wieczorem pytam ( zachęcona sukcesem) czy poczytamy książeczkę. Antoś patrzy na mnie jakbym się z choinki urwała po czym odpowiada " Nieeee, boPOco".
No fakt, po co?
Po co ja tu z jakimiś króliczkami i krówkami wyskakuję skoro 1) Antoś wszystko to wie 2) obrażam małego informatyka infantylną formą.
Trzeba zrobić małe czystki w biblioteczce Antosia. Niemowlęce książeczki  dla maluchów są już bardzo passe.

Seria niefortunnych zdarzeń trwa w najlepsze. Niedawno czytałam u Matki Sanepid jak to na ręcznym hamulcu wyjeżdżala spod domu i dziwiłam się jak tak można. Co nie można? Jak nie można? Wszystko można , tylko czwarty bieg ciężko wchodzi. Przejechalam tak dzisiaj 4 ulice to wiem!!! A mówiła teściowa żebym sie tak kurczowo tego ręcznego nie trzymała, bo kiedyś o nim zapomnę,oj mówiła....

Odbieram dziś Antulka ze żłobka z prostym i tradycyjnym planem. On zaśnie w aucie i podjedziemy na działkę. Pikuś. Tylko wyjątkowo Antoś spać nie chce. Bywa, to jedziemy na zakupy. Market skupulatnie wybrany, co by dzikich akcji wymuszeń uniknąć, jedziemy do Lidla. I co? I nadchodzący dzień dziecka w Lidlu. Sobie znanymi sposobami wyperswadowałam że to wypaśne Lego Duplo warte dwie wsie i młyn to jednak bardzo niekoniecznie i Antoni zadowolil się prostą zabawką z kulkami na działkę za kilka złotych. I to był mój błąd, bo małe, sprawne rączki ( ponoć nie sprawne, ale muszę to kwestię z terapeutami jeszcze raz omowić) rozpakowały zabawkę w sekundę i zaczęły rozrzucać po calym Lidlu. Fantastycznie się łapało piłeczki menewrując wypełnionym koszykiem. Prawie jak parkowanie równorzędne...
Ale w końcu udało się jakoś zapłacić i zapakować Antulka do auta. Pić się dzieciakowi chciało... Gdzie ja u diaska oczy miałam jak kupowałam mineralkę, co??? Kupiłam z dzióbkiem, owszem, ale bez opcji niekapek. Antoś zaczął wylewać. Żeby tam na siebie, a skąd!!! Wylał całą na fotel kierowcy gdy ja pakowałam zakupy do bagażnika. Super fantastycznie jechało się z mokrym odwłokiem.

No ale nie ma mocnych, po żłobku i zakupach to Antoś zaśnie w minutę. Acha...
Odbieramy Hanię z przedszkola, która jest w wyjątkowo nadruchliwej formie, patrzymy na te dwa, wolno śmigające elektrony i szybka decyzja. Jedziemy na działkę bo nas zamęczą Szkodniki!!!!

Na działkę hen , hen daleko, pół miasta w korkach. Dokładnie gdy je minęliśmy Hania pyta z minką aniołeczka (czyli wiedz, że coś się dzieje) czy mówiła mi , że ją kapcie w przedszkolu obtarły bo są za małe.
No nie mówiła. Zawracamy. Wsteczny. Kierunek obuwniczy. Ale najpierw...psia kurka krawężnik, bo Matka nie wytrzymała ciśnienia i źle wycelowała. Boska Clio na szczęście bez szwanku przeżyła tą przygodę, ale Antosiowy Tato ma śmierć w oczach. Dobra, grunt, że dojeżdżamy do obuwniczego.
No i dzieciaki się pospały. Trudno, idę wybrać kapcie sama. Mają być różowe i z konikami ( a jakże!).
Szybki sprint po galerii utwierdził mni,e że kwestia kapci będzie drażliwa. Ortopedycznych wamagań Hani nie spełniały żadne różowe kapcie, że o czterokopytnych nie wspomnę.
Stanęło na granatowych i maleńkim kucyku na przebłaganie.
Wpadam na parking, Antosiowy Tato prawie ugotowany, dzieci śpią. Co robimy?
Bez sensu wracać, jedziemy na działkę, przynajmniej coś pokopiemy póki śpią.
Dokładnie w momencie parkowania pod działką dziecięcia się obudziły. W morowych nastrojach. Antoś glodny to zły. Hania wyje bo nie takie miały być kapcie, nawet kucyk nie cieszy jak kiedyś ( " Pinky Pay w ogole nie jest mądra a ja chce mądrego kucyka, nie wiedziałaś Mamoooooo?"- no, nie wiedziałam...).
Grządki doczekają się pomidorów chyba w kolejnym sezonie działkowym, ale po dłuższej chwili podłe nastroje mijają. Antoś skacze na trampolinie, a Hania uczy Pinky Pay zjeżdzać na zjeżdżalni ( to do tego jest już wystarczająco mądra?).






Robi się chłodno to wracamy.
Hani rozburczał się brzuszek, domaga się frytek. A dobra, niech Ci będzie, preludium dnia dziecka.
Mało ducha nie wyzionęłam kręcąc wokół Mc Drive, zdecydowanie krzywizny nie były use and friendly dla aut oklejonych zielonych listkiem( Matka pokornie się okleiła w myśl zasady z przodu listek, z tyłu listek a środku głąb). Ale Maluchy mają fryty wiec jest git. Tylko, że skoro wczoraj  był rzut chrupką na odległość to Antoś zakodował i zainicjował nową zabawę : rzut frytą w Matkę. Antosiowy Tato walczy z tyłami auta zacięcie, Matka próbuje zmieniać pasy ruchu.

Dojechaliśmy pod dom. Jeszcze tylko parkowanie. TYLKO?!
Od dwóch tygodni nawet Hania wie, że jak Matka parkuje to należy milczeć i wstrzymać oddech. Dziś poszło gładko. Ostatecznie udało sie na 4 ( !!!) miejscu parkingowym , bez strat w ludziach i autach. Głównie dlatego, że nawigujący Tato w ostatnim momencie zamknął lusterko autkowi obok. Parkowanie trwało zaledwie 35 minut.
Wysiadamy. Antoś nie chce. Po trudnej misji parkowania nie jestem kwitesencją wyrozumiałości i wyciągam Wrzaskulca nie bacząc na protesty. Zamykam auto i co? I Antoś przemawia rzewnym głosem " Maamaa, auto i gest Makaton <otwórz>".
Jak to było? Jak się dziecko komunikuje to trzeba żywo reagować, by się do komunikacji nie zniechęciło?
No to ja, totalnie zniechecona otwieram boginię Clio. Jak dobrze pójdzie to tylko godzinka nie nasza. I może akumulator wytrzyma Antosia zabawę światłami awaryjnymi...







W końcu dotarliśmy do domu. Dzieci- cudowna regeneracja sił, nic nie wskazuje , że szybko zasną.
Antosiowy Tato podchodzi do lodówki, wyciąga piwo i wypija duszkiem niczym butelkę mineralki. Po chwili spokojnym i opanowanym głosem mówi:
" Gosiu, albo się nauczysz parkować albo ja sobie będę musiał wszyć esperal".

Hania skanduje radośnie " Mama nie umie parkować, Mama nie umie parkować".
Antoś radośnie rży...

Grunt to radosne dzieciństwo, co nie?



czwartek, 16 maja 2013

Boska codzienność

Ale była dzisiaj afera pod naszym blokiem!!! Ktoś na szóstym pietrze zemdlał w swoim mieszkaniu, dostrzegli to panowie-fachowcy, remontujący balkony i wezwaliśmy pogotowie. Natychmiast przyjechały wozy straży pożarnej i karetki, gapie wypełzli pod klatkę, ktoś krzyczał, harmider duży.

A ja sobie w tym momencie pomyślałam jak bardzo zmieniło się nasze życie.
Mniej więcej rok temu nastapiła u nas chwila przełomowa. Jedliśmy obiad, za oknem jechała karetka i po raz pierwszy Antek zasłonił uszy, powiedział " mama, jedzie" i wykonał gest " pomóż mi".

Dla mnie to był chyba najwiekszy dotąd krok milowy. Bo po raz pierwszy Antoś zamiast płakać i zamykać się w sobie, skomunikował się , pokazał mi co mu przeszkadza, boli go i poprosił o pomoc.
Wtedy po raz pierwszy tak odważnie pomyślałam, że będzie dobrze. Bo skoro Antoś może pokazać mi co go boli, sprawia mu trudność to ja mogę mu pomóc. A więc poradzimy sobie.

A jak było dziś? Dziś patrzyłam na Antosia i zastanawiałam się gdzie się podział ten chłopiec sprzed roku. Wyjące syreny karetki i wozów strażackich nie sprawiały Antosiowi bólu. Podciągnięty do okna natychmiast się ożywił i zaczął komentować co widzi. Zażądał wpuszczenia na balkon, umościł tam sobie worek sako, rozsiadł się wygodnie i bacznie przyglądał sytuacji ze swojego obserwatorium. Ale...mimo, że z balkonu bylo widowisko na największą fiksację Antosia- auta " grające" to jednak cały czas byl w kontakcie. Pokazywał mi paluszkiem gdzie karetka a gdzie wóz strazacki, zapytał " kto to?" widząc strażaków.  Gdy akcja ratownicza się zakończyła grzecznie poszedł na obiad, bez prostetów...
A potem wyciagnął puzzle z pojazdami i pokazywał mi straż pożarną.

To ja tu sobie posiedzę " chwileczkę"...



Obiad??? No bez jaj...Teraz??




Potem pojechaliśmy całą rodzinką nad jezioro. To miejsce znane Antosiowi, w końcu matka chrzestna to żeglujący harcerz. Ale...biegalismy, oglądaliśmy pawie, pagugi i inne ptaszyska w klatach, wrzucaliśmy kamyki i patyki do jeziora. Pokazywaliśmy żaglówki. Bawiliśmy się na placu zabaw. Antoś wdrapał się na wieżę obserwatorską ( oj, wysoką) i podziwiał jezioro z wysokości. Tu nastąpiła jedyna nieprzyjemna sytuacja, bo przy schodzeniu Antosiowi omsknęła się noga, utracil rownowagę. Nie, nie spadł, ale przestraszył się i nie chciał już więcej schodzić. Czy płakał? Chwileńkę. Czy tupał nogami, rzucał sie po wieży? Nie, poprosił o pomoc i wyciagnął rączki w geście" na ręce". Tyle. Tylko tyle. I aż tyle.
Gdy zgłodniał poprosił o jedzenie. Ale nie chciał musu owocowego. Pokazał palcem na restaurację a chwilę potem z zapałem jadł frytki mażąc sie keczupem okrutnie. I cały czas był usmiechnięty, brykający i zaczepiający do zabawy. To dla nas nowe doświadczenie. Po raz pierwszy zaczynamy czerpać radość ze zwykłych, rodzinnych czynności. Zwykly spacer po lesie jest frajdą ( dziś Antoś upolował GĄSIENICĘ! Czy Wy wiecie jak szybko taka gasieniczka potrafi zasuwać gdy ją koni Antulek z patyczkiem?:)
Można Antosiowi wytłumaczyć dokąd idziemy i po co, a potem po prostu cieszyć się wyprawą. Genialny jest widok tych dwoch berbeciów ganiających się po plaży, łaskoczących się i rzucających w siebie szyszkami. Niesamowita jest ciekawość świata Antosia. To nagle wybuchło. Wszystko musi zobaczyć, dotknąć, doświadczyć. Wszystkim się nagle interesuje. Ma swoje pomysły na zastosowanie darów natury( patyczki, kamyczki, szyszki). A po wszystkim zmachany wraca do auta na plecach taty, bez bicia, kopania, wyrywania się. Za to szczęśliwy. z takim zwykłym, zmęczonym ale szelmowskim uśmiechem na twarzy.
Zachwyca nas codzienność. Delektujemy się nią. Probujemy nacieszyć każdą chwilą.
Rok temu, przy okazji dnia dziecka przysięgłam sobie, że już nigdy , przenigdy nie popełnię tego błędu i nigdy nie pójdę z Antosiem na imprezę masową. To trauma mojego życia. Tak naprawdę dotąd tylko dwa razy naprawdę się bałam. Gdy Hania przechodziła zapalenie mięśnia sercowego i gdy właśnie rok temu, w dniu dziecka Antoś mi uciekł i się zgubił. To bylo najdłuższe 15 minut w moim życiu.
Dziś skłonna jestem zaryzykować jeszcze raz, oczywiście już mądrzejsza, uzbrojona we wszystkie środki ostrożności. Ale Antoś jest dziś innym dzieckiem. Naprawdę można sie z nim dziś porozumieć. Już nie jest żywiołem, gnającym przed siebie nawet na złamanie karku. Dzis owszem, biega, broi, nie slucha się. Ale nawet wtedy kontrolnie sprawdza, co na to wszystko mama.
Niesamowite.

P.s.
Muszę Wam sie też wytlumaczyć ze straszenia facjatą własną w dzisiejszych wiadomościach. Wczoraj dzwoni pani redaktor z telewizji Opole . Czy zgodzę sie na nakręcenie materiału o autyzmie i Antosiu. No dobrze, ale na kiedy? Za 15 minut:)
Że co? Przecież my terapię zaraz zaczynamy, poza tym terapeutka się nie zgodzi, szef fundacji pewnie też nie. 5 minut później szef Fundacji zagaduje że zaraz będzie telewizja. Na podrasowanie wlasnej facjaty czasu już nie styknęło. Tak jak w dzisiejszych Wiadomościach czasu nie styknęło na umieszczenie wypowiedzi p. Gosi Stefanowskiej o zaburzeniach integracji sensorycznej. A szkoda, bo to bardzo wartościowe slowa były, obalające mity o autyzmie. W każdym razie...te Wiadmości dzisiaj to wiecie...przez przypadek wyszły:)

Fred i inne cuda

Podczas majówki wydarzylo coś zupełnie niesamowitego. Któregoś dnia kładłam Antosia spać na popołudniową drzemkę a Maleńki wdał się w akcję protestacyjną  domagając sie ekwipunku do łóżka.
Już się skrzywiłam, bo pewnikiem miało nastąpić rytualne wybieranie autek do snu. Które trwa wieki...
A jednak tym razem bylo inaczej. Antoś wygrzebał się z łóżka, zgarnął Freda z szafki i wrócił pod kołderkę. I zasnął. Z Fredem pod pachą!!! Pluszowym!!!



Niby nic. To przecież normalne, że dzieci śpią z maskotkami. Nie dla nas. Maskotki- wszelakie- dotąd parzyły. Matce tam w pamięci kołacze, że gdy bezsenność niemowlęca Antosia ostro nam już dała popalić matka wypożyczyła takiego konika morskiego, uspokajacza. Takiego co to gra super uspakajającą melodyjkę i delikatnie świeci. Tego, co to piątkę dzieci w naszym towarzystwie cudownie usypiał.
A Antosia doprowadzał do takiego szału, że dopiero wówczas poznaliśmy co to znaczy bezsenność.
Antoś nigdy nie pałał estymą do maskotek. Nie potrzebował też gadżetów do spania, żadnej swojej podusi, pieluszki czy innych milusich dodatków.
Ale teraz śpi z Fredem.
A jak nie śpi to pokazuje gdzie Fred ma buty, gdzie kurtkę, gdzie stetoskop. Fred był również na wycieczce u koników. W koncu Fred jest weterynarzem, więc odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu:)))

Cudów jest u nas zresztą więcej. Jeszcze dwa tygodnie temu zastanawiałam się czy nie kluje się u nas regres. Bo Antoś miał trudniejszy czas. Nie, to było choróbsko połączone z nudą. I taki gorszy etap przed lepszym.

Bo teraz...teraz ja sama nie nadążam za tym chłopczykiem. 
Komunikacyjnie...no dobra, Antoś niewiele mówi. Ale poza tą kwestią, gadamy ze sobą całkiem długie rozmowy. Antoś żartuje, przekomarza się, udaje, zaczepia. Marzyć o czymś takim nie śmiałam. To nawet nie o to chodzi, że Antoś jest w świetnym kontakcie. On ten kontakt sam inicjuje!!!

Nowe wyrazy również się pojawiają. Aktualnym hitem jest " moje" i " sio"! Ale przede wszystkim Antoś mimo, że jest go wszędzie pełno stał sie bardziej spostrzegawczy, uważny. Mimo, że tatuaż mam od stycznia,  dopiero teraz Antulek go wyczaił i lubi go oglądać. Początkowo pokazywał że jest to ptaszek. Po prawdzie to feniks, ale przecież nie będziemy się wdawać w szczegóły, na smokologię przyjdzie jeszcze czas. 
Jakież bylo moje zdumienie gdy nagle zamiast ptaszka Antoś zaczął pokazywać gest konia. No kurde blaszka, o co chodzi???Nijak nie umieliśmy się dogadać, im dłużej ja tłumaczyłam że to nie konik tym bardziej wkurzał się Antek. Z pomocą przyszła Hania, ktora stwierdziła że to jest feniks księżniczki Celestii. Ki diabeł????Księżniczki Celestii, która rządzi całą Eqestrią i wszystkimi kucykami, pegazami i jednorożcami.
Acha. No to jesteśmy w domu, znowu te cholerne kucyki!!!
Ale czy to możliwe żeby Antoś coś obejrzał w bajce i pokojarzył?
Nie było innego wyjścia, obejrzałam caly sezon wspaniałego serialu o wdzięcznym tytule" My little pony. Przyjaźń to magia". Swoją drogą synku, doceń, muszę Cię bardzo kochać, bo to 25 odcinków. No i jak byk. Ptaszysko księżniczki Celestii to żadna wyleniała wrona tylko faktycznie feniks. Antoś miał rację i słusznie pokojarzył. 

Zresztą kojarzenie u naszego bąbla tez nas zaskakuje. Antoś zasuwa na tablecie z puzzlami jak burza. Codziennie ściagam nowe gry, bo młody zbyt szybko uczy się ich na pamięć. Ale wymiata już z bardzo skomplikowanymi jak na jego wiek ukladankami, pięknie porządkuje wg kolorow, kształtów i przynalezności. W wydaniu realnym te umiejętności jeszcze kuleją przy puzzlach, niestety rączki Antosia są nadal bardzo niesprawne i gdy tylko przyjdzie refundacja gnam do TK MAXX po obciążniki na nadgarstki, bo Antulek poszuł własne rączki, bo straszne jest gdy ręce nie są w stanie podążyć za główką. Ale dziś na terapii z p. Moniką Antoś grał w grę! Rozumiecie? W grę towarzyską, prawie planszową!!! Nie pchał się, pilnował czyja kolej.Coś niesamowitego.

W żłobku w szatni ogląda autka innych dzieci po czym grzecznie odkłada na półkę. Własne również. Bez awantur, Rejtana na podłodze, tupania. Rozumie zasadę, wie że po zabawia z dziećmi wróci i zabierze swoje autko. 

Gna na place zabaw. Przemierza tory przeszkód, huśta się z dziećmi. Próbuje przechodzić małpi gaj wieszając się na rękach oraz zjeżdżać na rurze- widać nauki latania u p.Gosi na SI zadziałały. 

Naprawdę bawi się z Hanią. I tuli do niej, całuje.

Wreszcie, po roku nauki samodzielnie ściąga buciki.
I...przeprosił się z nocnikiem. Oraz cudnie sygnalizować, że pora ten nocnik odwiedzić. A nawet kilka razy olał dorosłych i sam poszedł sprawę załatwić:) 
I w żłobku przez 3 godziny prezentuje sukcesy odpieluszkowania:)

Czary mary?
Hokus pokus?
Magia maja?


środa, 15 maja 2013

Pasja motoryzacyjna

Wiem, wiem. wieki całe nie pisałam ale u nas teraz naprawdę wiele się dzieje. Antulek ma wyjątkowo dobry okres, o czym napiszę w osobnym poście niebawem. Odebraliśmy diagnozę Hani i wytyczne uczymy się wprowadzać w życie. Ponieważ stan środków na subkoncie Antosia niebezpiecznie blisko zblizył się do puli pieniędzy zarezerwowanych na turnus wystawiamy teraz aukcje na allegro, żeby puli turnusowej nie naruszyć a na terapie jednak grosza pozyskać.I cale wieczory płyną nam na mierzeniu, fotografowaniu i miganiu napisów " wystaw przedmiot", " wystaw podobny" itd. 
W przyszłym tygodniu  bedziemy skupować nakrętk,i tak więc śmigamy po całym mięscie od szkoły do przychodni i cenne kruszywo odbieramy, nieustannie dziękując za całe tony dobroci. No i oczywiście, z uśmiechem na twarzach toczymy starcia, potyczki i boje biurokratyczno-oświatowe celem pozyskania asystenta dla Antosia oraz uzyskania wreszcie subwencji oświatowej w ramach ksztalcenia specjalnego.

Ale...ale...coś jeszcze się wydarzyło. Naprawdę dużego. Matka wcześniej się nie chwaliła, bo wiecie jak to jest. Papier można sobie mieć ale z jego realizacją może być różnie.
Bo matka w marcu prawo jazdy zdała. W pocie , krwi i płaczu. Własnym i instruktora nauki jazdy ( panie Piotrze, najwyższe uznanie za nauczenie jazdy kogoś, kto nie ogarnia prawicy i lewicy oraz boi sie drążka od skrzyni biegów).
Prawo jazdy zdałam tylko ze wzg. na dzieci. Zawsze bałam się aut, wolę dwukołowce niemechaniczne, ale co zrobić. Ogarnianie rozlicznych terapii, w tym hipoterapii poza miastem bez auta stało się piekielnie trudne. A gdy jeszcze dzieciaki kompatybilnie chorowały to już w ogóle majątek szedł na taksówki.
Ale pewnie bym sobie wsadziła te świeżo odebrane prawko do porfela i zapomniała o jego istnieniu, gdyby nie Antosiowa Babcia, która ulitowala się nad nami i użyczyła nam swoją ognistą, w sile wieku brykę, póki nie skołujemy jakichś finansów na coś własnego. Czyli pewnikiem nieprędko.

Tak więc od 3 maja zalecam zachować w Opolu szczególną ostrożność i nie zbliżać się do krawędzi czerwonych samochodów. Na wszelki wypadek, bo matka jednak nie będzie nawet startowała w konkursie na kierowcę roku.

Auto oznacza dla nas inną jakość życia. Koniec przemierzania miasta w ciągłym poplochu z jęzorem na plecach. Oczywiście teraz zamiast jęzora matka ma duszę na ramieniu, bo boi się jeździć strasznie, a aparkowanie ( każde!!!) to już w ogóle do arytmii matkę doprowadza. Ale dzieci są bardzo szczęśliwe.

A najbardziej to Antoś. Już po pierwszym dniu z palcem wskazującym jak strzała biegł w kierunku zaparkowanego auta. I oczywiście się nie pomylił. Na przestrzeni ostatnich miesięcy slowo auto ewoluowało w wymowie Antosia. Najpierw było" to to". Potem " ato". Odkąd czerwona bryka skradła serce Antulka jest to już pełnowymiarowe i super wyraźne " au to"!.

Podjeżdżamy na terapię. na skutek okoliczności ludzkich odwołana. Ja się pocę, no bo jak teraz naklonić Antosia do wyjścia, skoro jesty przekonany że zaraz będzie się bawił...
" Antoś, jedziemy autem?". I już koleżka nasz stoi przed windą na baczność z wielkim usmiechem na twarzy.

Bałam się, że Antoś będzie w aucie rozrabiał, nie będzie dał się zapinać w pasy. A skąd!!! Gdyby mi tylko umiejętności pozwoliły ( oj nieprędko!) to spokojnie można z nim jechać nad morze. Grzeczniutki, żywo komentuje co widzi za oknem. Wszyscy dorośli mi mówią, że jadąc tak jakby szarpię autem. Antoś jakoś nie zauważył, zawsze styl mojej jazdy docelowo go usypia. Nie, matka , wcale tak płynnie nie prowadzi. Po prostu co można robić jak się jedzie z oszałamiającą prędkością 40 km/godz? No tylko spać!

Największe szczęście, gdy na odludzi mama wyłączy silnik , poblokuje co się da i posadzi Antulka za kółkiem. Że w tak malych oczkach może sie zmieścić tyle szczęścia!!! Przy okazji wychodzi, że Antoś tylko pozornie jest takim sobie zaspanym obserwatorem. A jednak kolejność wrzucania biegów już zna, za co wielki szacunek, bo matce ta sztuka z miesiąc zajęła ćwiczeń:)

Jako, że jesteśmy już teraz mobilni mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy niż zwykle pobyt w stadninie. Antosik oczywiście znowu polazl czarować właściciela, a że tym razem było ich dwoje to i Hanka zaczęła kręcić loczka na paluszku. Efekt? 10 minut później dzieci brudne jak nieboskie stworzenia jechały traktorem. a w zasadzie, gwoli ścisłości ciągnikiem. Tym największym. Matkę, tylko na chwilę ścisnęło pod bluzką w klatce piersiowej ale wytłumaczyła sobie, że skoro dzieciaki dojechały do stadniny ze mną i żyją to przejażdżka kilka metrów traktorem, z kimś , kto to robi od zawsze nie może byc bardziej niebezpieczna.

Kolejna zaleta auta. Po wyjątkowo długiej zimie odwiedziliśmy nasz ogródek działkowy. Rok nas tam nie bylo, bo dojazd dwoma autobusami zwykle trwa ponad godzinę w jedną stronę. Sądziłam, że będzie jak rok temu. Antoś będzie biegał, szalał, psocił i uciekał a my go będziemy gonić.
Nieprawda. To znaczy, oczywiście że broil i psocił i biegał. W końcu to Antoś. Ale!!! Przede wszystkim Antulek się rozglądał. A potem testował huśtawki, zjeżdżalnię, rowerek, piaskownicę...A potem zaczął przypatrywać się naturze. Sam pokazał biedronkę. Biegał za bąkiem ciągnąc mnie za rękę i pokazując mi jaki fajny ( boskie uczucie). Przypatrywał się mrówkom. No potem odezwały się z nim te gorsze instynkta, jakby trochę mordercze,bo najpierw dmuchał na mrówki a potem je szturchał kamyczkiem i patykiem, ale wmawiam sobie, że Antulek tylko chciał je wprawić w ruch, nie chciał ich skrzywdzić.
I tak właśnie rozpoczęliśmy etap podążania za przyrodą. Każdy nasz soacer, wyjście trwa...wieczność całą. Każdy robal musi zostać dokładnie obejrzany, poproszony o zmianę trajektorii ruchu( metodami pokojowymi " ty ić" i brutalnymi- bo jak się wsadzi kij w mrowisko to mrowy zasuwają prędziutko.
Biegamy za motylkami i gołąbkami. Próbowaliśmy wejść na drzewo za wróbelkiem, ale grawitacja nas pokonała. A już hitem są takie ruchliwe, czarno-czerwone robaczki. Zwykle występują w dzikich tabunach i doprowadzają Antosia do ekstazy.
Matka wie, że to są umiejętności które zwykle nabywa 12-miesięczne dziecko. Ale z Antosiem tego etapu nigdy nie było. Więc matka się cieszy  szalenie. I próbuje przypomnieć sobie jaka była gdy Hania przechodziła ten etap. Coś tam w resztkach pamięci się kołacze , że cierpliwa wtedy matka była i współpodekscytowana odkrywaniem światem. No tak, ale wtedy matka była młodsza...

A teraz ma potęgę argumentacji w kieszeni. Gdy owadologia trwa zbyt dlugo matka sięga do kieszeni po kluczyki do Boskiej Clio i pyta "Antosiu, jedziemy autem?"

"Ta, taaaaak, auto":)