sobota, 16 lutego 2013

Jeden dzień z życia Bajkowej Rodzinki

Matka się jednak starzeje na potęgę. Matka pamięta że rok temu, na etapie montowania terapeutycznego zaopatrzenia był rollercoster totalny ale myślała że to taka jednorazowa akcja.
No i matka się przeliczyła.
Matka ma powtórkę z rozrywki, a raczej rozrywki całodniowe i matka stwierdziła że nie ogarnia, zadyszkę ma, odrosty na łbie siwe się zrobiły.
Matka chyba jednak powinna udać się na zajęcia z logistyki,bo chyba gdzieś mitręży czas. No innej opcji dla bycia ciągle zziajanym nie ma. Matka zatem przedstawia jeden dzień z życia Bajkiewiczów i prosi o sugestie, konstruktywną krytykę celem ulepszenia własnego funkcjonowania.

Ot, taki sobie zwykły piąteczek- dzień oceniany w skali trudności jako MEDIUM ( bo prym nieustannie wiedzie czwartek).

Pobudka od 6. Tzn. ta ostateczna pobudka, bo nie śpimy snem ciągłym już od czwartej kiedy to Antoni robi larum na cały dom. Od 4 do 6 jest " dosypianie", łapanie cennych minut snu między przełączaniem bajki, podawaniem jedzenia, picia i innych takich codziennych atrakcji.

No więc wstajemy o 6, myjemy się, jemy śniadanko i ubieramy się. Nie ma co pisać o tym, że jedno dziecko nie chce jeść,  drugie nie chce się ubierać,  potem to pierwsze kłóci się o lalkę którą chce zabrać do przedszkola, a to drugie próbuje wyjść z domu z traktorem większym od niego samo. To przecież standard. Nie tylko w naszym domu.

Wypełzamy więc o 7.30- ja z Antosiem ruszam do Prodeste. Tato z Hanią do przedszkola.

O 8 Antoś zaczyna terapię z p. Moniką. Wczoraj było przekazanie sekwencji, ta edukacyjna jest w całości już oparta na piktogramach. Rewelacja!!!! Tylko nasza Świętej Pamięci Drukarka nie podołała misji piktogramów i wyzionęła ducha dokładnie podczas drukowania piktogramu " spanie". Miała prawo, była starsza od naszych dzieci łącznie ich wiek nawet obliczając. Cześć jej pamięci. Kołujemy godną zastępczynię i troskliwie spoglądamy w kierunku laminarki by i jej niemoc nie objęła bo wtedy jesteśmy w lesie totalnym.

O 8.45 kończymy zajęcia z p. Monika i biegusiem się ubieramy. To znaczy mama biegusiem , bo Anteczek ma czas. Następuje proces zaganiania, wiązania szalika z jednoczesną misją zawołania taksówki i negocjacji z terrorystą że NIE zabieramy tego autka z Prodeste. Luzik.
Wczoraj poznaliśmy też naszą przyszłą Panią Wolontariuszkę- przesympatyczna dziewczyna. Na dłuższe pogaduchy czasu nie było. Mieliśmy tylko 15 minut na dostanie się do żłobka w celach adaptacyjnych.

Taksóweczka już stoi:) Udało się sprawnie dojechać do żłobka( co było tym razem cudem wielkim bo w godzinach porannych Oleska stoi głównie).
Antoś na widok znajomego budynku się ucieszył, szybciutko zapukał w odpowiednie drzwi.
Jeszcze tylko błyskawiczne przebranie, negocjacje że tego autka TEŻ nie bierzemy i na górę. W korytarzu spotkałam koleżankę od wielu lat nie widzianą, ale nie było jak pogadać bo Antoś już się na schody pakował. Następnym razem się uda...może:)

W żłobku bajka. Antoś pięknie przywitał się z Paniami Wychowawczyniami a ja wzruszyłam się totalnie na wieść  że dzieci już pytały o Antosia:) Znaczy się polubiły Naszego Bąbla:)
Atrakcją wczorajszej adaptacji były godzinki spędzone na sali zabaw. Szaleństwom nie było końca!!!

W pojedynkę.


I z kolegą!

I męską grupą ale ze wsparciem Pani:)

 Na " kulkach" Antosiowi bardzo się podobało. Nie zapomniał jak się zjeżdża ze zjeżdżalni, wcisnął się w każdą dziurę a nawet zaskoczył mnie, bo przechodził po ruchomej platformie, a Antoś zwykle nie pałał entuzjazmem do przedmiotów niestabilnych. Jedna była tylko scenka rodzajowa, o wnoszenie picia na teren sali zabaw. Nastąpiła tu próba charakterów, ale pod koniec jednak Antoś załapał " zasadę" i zostawił mi picie a sam chętnie pomagał w sprzątaniu klocków.

Po szaleństwach czas na łazienkę- Antoś powoli przekonuje się że to pomieszczenie nie gryzie i nie pluje, nawet dał sobie łapki umyć. A potem razem z dziećmi zajadał zupkę- szpinakową:) Sam:)



Dzień pełen wrażeń zmógł Małego Odkrywcę więc przed 12 ruszyliśmy do domu. Antoś bezwzględnie wymaga drzemek i z tego powodu musiałam odwołać na czas adaptacji piątkowe zajęcia z SI- po prostu malutki nie dałby rady.

Regeneracja sił od 12.30 do 14.30 a potem obiadek, przebieranko i biegiem po Hanię do przedszkola.

A Hania jak to Hania, ma czas. Ona musi dokończyć układanie klocków. I pożegnać z Dominiką. I Kajtkiem. I z panią Magdą. I zapomniała rękawiczek. I musi się wrócić bo w sali został kucyk. Antek w tym czasie buszuje, wygrzebał już dwa auta i ani myśli przestać  Tłumaczę Pannie Hannie , że ma się sprężać bo taksówka już czeka, bo jedziemy do stadniny. Wizja jazdy na koniu zadziałała motywująco, Hania dostała turbo przyspieszenia. Ale Antoś niespecjalnie, negocjacje w celu oddania autek nie powiodły się , wynoszę więc zawytego Antulka i jedziemy do Zawady.

Czas niezły, do zajęć hipoteraputycznych Antosia zostało 35 minut a to niedaleko. Czemu taksówką?
Bo autobusy tam nie jeżdżą, tylko busiki. Na początku próbowałam, ale...dwoje paskud rozbiegających się niebezpiecznie po busiku to nie jest fajne przeżycie. A do tego rozkład jazdy busików nie chciał się nijak zsynchronizować z naszymi zajęciami i zwykle pół godziny jazdy na koniu wiązało się z 3 godzinną wyprawą i czekaniem na śniegu czy mrozie. Zwykle koszty leczenia przekraczały koszt taksówki, wydębiłam więc w " naszej" firmie taksówkarskiej dużą zniżkę. Auta nie mamy, a na rower jeszcze za zimno:-/

I tak sobie jedziemy...i nagle korek widzimy po horyzont. Dzwonię do p. Magdy, że się jednak zgubimy. Fakt, piątek , ulica wyjazdowa z miasta. Nie mogło pójść gładko. 
W tym czasie Hania jest bardzo zmęczona i chce się położyć u mnie na kolanach a Antkowi włączył się tryb " eksplorator" i próbuje się przedostać do kokpitu samochodu, nadeptując na głowę Hani. Chwytem " podwójny Nelson" zablokowuję opcję ruchu Antosiowi i pocieszam Hanię. Teraz wyją już na dwa głosy:)
Chyba podziałało to mobilizująco na pana taksówkarza, bo gdy korek się rozluźnił znacząco przekroczył on dopuszczalną prędkość. Na tyle znacząco że zdarzyliśmy na zajęcia. 

Antoś na konia a my z Hanią spacerujemy obok. Młoda marudzi bo błoto. A co Ty byś córciu asfalcik chciała w stadninie?" Nie, ale dywan mogliby rozłożyć wtedy mi się buciki nie brudziły". Dziecko betonu przybyło na wieś i się odnaleźć nie umie!!!!
Po dwóch kółkach Hanię już bardzo bolą nóżki a po trzecim następują pytania niczym ze Shreka " Daleko jeszcze?", " Już?", " Kiedy moja kolej?". Tylko nie cmokała jak Osioł w drodze do Zasiedmiogórogrodu. 
Pewnie niebawem się nauczy.
Antoś też nie próżnuje, ćwiczy się we wszystkich możliwych technikach schodzenia z konia. Tyle, że podczas jazdy!!! Pani Magda dzielnie poprawia postawę niesfornemu jeźdźcowi na co on reaguje ostrym protestem i chęcią zejścia. I tak w kółko...
Nastroje na koniu poprawił na szczęście widok nadjeżdżającego traktora, ale w drużynie kroczącej w błotku nastroje coraz gorsze. No to zamiana- Hanka na konia a Antek na barana do mamy. Mamie się już totalnie nogi rozjeżdżają w błotku i walczy o postawę spionizowaną, ale dziecięcia szczęśliwe. Hania doznała cudownego ozdrowienia na grzbiecie, już ją nic nie boli a Antoś wynalazł sobie świetną zabawę- rzut resorakiem z wysokości w błotko. Ile to radości sprawia jak się mama tak ciągle schyla!!!! Przeklinam w myślach filmy familijne na których dzieci są wesołe, pogodne i zdyscyplinowane odkrywają świat. Telewizja kłamie!!!

Po zajęciach jest standardowe karmienie koników. Tyle że z dwójką dzieci to nie taka łatwa czynność.  Kiedy Hania podaje marchewkę Pauli Antoś już zwiewa w kierunku traktorów. Jednym sprawnym pociągnięciem odciągam samobójcę za kaptur na bok- akurat konie były zapędzane do boksów więc z niezłą prędkością biegły. Kiedy Antoś karmi konika Hania znajduje kotka i zaznajamia się z sierściuchem.
Mamy pat. Antoś nie chce odejść od koni, Hania nie chce odjeść od kota. A ja się nie umiem rozdwoić. 
Na szczęście Kicuś dostrzegł myszkę i prysnął od Hani:)
Nastroje wśród pociech jednak pozytywne. Hania strzela wykład o tym jak ją kotecek pokochał, Antoś pokazuje rękami gest Makaton" jazda konna". Czyli szczęśliwe maluchy:)
No to można wołać taksówkę i się zbierać.
Jeszcze tylko utrzymać Antosia z dala od ulicy, jeszcze tylko odpowiedzieć zmęczonej Hani kilkaset razy że taksówka zaraz będzie i że nie może w aucie pic mleka truskawkowego bo powylewa. Potem rozlokować towarzystwo w aucie, przytrzymać władczo uciekiniera i ...uffff, wracamy do domu.

Hania ryczy bo jest głodna. To nic , że pół godziny temu stanowczo odmówiła kanapki. Jej brzuszek teraz bardzo cierpi i się "rozburczał". Antoś chce zaś pic. Ale nie swojego soczku,nie, nie,  on chce mleko truskawkowe. Oczywiście nie przychylam się do tak uroczej prośby, oczywiście wyją uroczo razem:)

Wchodzimy do domu. Jest godzina 17.30 a ja chciałabym paść w progu jak goniec spod Termopil. Nic z tego , trza towarzystwo nakarmić. 
Po karmieniu mała estetka stwierdza że w domu jest bałagan i trzeba posprzątać  No ciekawe od kiedy jej to przeszkadza??? Bo rano jak rozwalała swoje zabawki to jakoś oporów moralnych ni estetycznych nie miała.
Ale po prawdzie Hania proponuje swą pomoc. Ona pozmywa naczynia a ja mam się zając resztą domu.
Do kitu z takim podziałem pracy- mamroczę pod nosem ale głośno pomysł zachwalam , co by entuzjazmu u pomagacza nie ostudzić. Następuje więc praca w podzespołach.

Hania obstawiła zmywak:
Wprawdzie po myciu naczyń przez Hanię niezbędne jest też mycie podłogi...


Ale czy ktoś miałby serce odebrać dziecku taką przyjemność?


Antoś zajął się górnymi powierzchniami płaskimi:
Jasne mamo, że pozmywam blaty! Szczoteczką do zębów! No przecież da się....





Mama ogarnia resztę.

Tuż przed 19 misja zakończona. Dzieciaki idą się edukować na bajkę. Mama w tym czasie ogarnia to i owo w pełnej konspiracji, żeby małoletniego ego nie urazić  Bo naczynia owszem wszystkie pomyte, ale tak że nie tylko sanepid miałby używanie.

19.30 zajadamy kolację. To znaczy dzieci zajadają, bo ja zajęta jestem naganianiem do jedzenia.
Jeszcze tylko wykapać towarzystwo. Bajeczkę przeczytać. Ululać. Utulić. Karne sako u Antosia...

20.45- Bąble słodko pochrapują. 
Trzeba by wstawić pranie ( po błotku ze stadniny jest co prac). Ugotować Antosiowemu Tacie jakiś obiad na jutro do pracy. Posta jakiegoś napisać. Miałam na mejle odpisać. I paczki z allegro spakować  I trzeba wystawić na allegro te 3 kartony co już łypią na mnie okiem z rogu pokoju. 

Siły mi starcza na przebranie się w piżamę- dzień dziecka, dziś się nie kąpię. Nawet nie wiem kiedy zasypiam. Podobno wrócił Antosiowy Tato z pracy- nie pamiętam. Podobno się Antoś obudził i przyszedł przytulic- nie pamiętam, ale skoro o 4 był wtulony we mnie to chyba tak było.

Zmęczona jestem po tym tygodniu jak koń po wyścigu. Wspaniałe jest to że Antoś tak fajnie wszedł w grupę żłobkowa i tak mu się podoba. Ale druga strona medalu to totalna reorganizacja naszego dotychczasowego rytmu, wszystkie ranne terapie trzeba teraz " gdzieś" poupychać. 
Doba mi się skurczyła strasznie. Albo zadań jest więcej albo ja się starzeję i mniej mam możliwości adaptacyjnych. Albo kurde nieumiejętnie zarządzam czasem...
Kawa już nie pomaga, Yerba mate też nie zawsze stawia już na nogi.
Macie jakieś sprawdzone sposoby jak przetrwać " kociokwik"?








7 komentarzy:

  1. ech, życie:-) To ja Ci opiszę "dzień z życia" - może koło wsparcia udręczonych kociokwikiem założymy? Zaczęło się - niestandardowo w czwartek.
    Najstarsze Dziecko (z miną niewiniątka): mamooo, czy ja wspominałam, że jutro muszę być na 7.30 w szkole zaliczyć zaległy sprawdzian (2 tyg. absencji chorobowej w 6 klasie podstawówki robi swoje)
    Nie wspominała. Część mnie opadła z rezygnacji i poczucia udręczenia;)
    Dwie godziny później ND (najstarsze dziecko) biega po mieszkaniu w stanie furrriii: Czy ktoś widział moją torbę na basen?! (fakt, na 40 m.kw. żyje 5 osób, więc gratów dużo, wszędzie, bardzo wszędzie, jeszcze bardziej wszędzie - ciągle gdzieś coś komuś przepada). Nikt nie widział torby. Po bezskutecznej walce poddaję się: daj mi dziecko zeszyt korespondencji, nie pójdziesz jutro na basen. Jest 22.30. Nie mam siły już szukać.
    Dzień właściwy.
    Pobudka o 6.45. Śniadanie na szybko, dwoje młodszych dzieci na zmianę: tego nie ubiorę, tamtego nie chcę, chcę koniecznie koszulkę z kotem (argument, że brudna - nie działa), ja biorę dwa kucyki do przedszkola (zapomnij, możesz jednego), ja chcę piórnik (a weźże), ND podczas śniadania potwierdza informację, że powinno samodzielnie dotrzeć po lekcjach na zajęcia o szesnastej. Tato dzieci chory, ale ma młodsze zebrać z przedszkoli, gdyż ja... pracuję. W końcu o 6.45 wyruszamy z domu. 20km po lodowisku rzecz urocza. Ciemno, zimno, ślisko. Na tylnim siedzeniu MD (młodsze dzieci) toczą zajadły spór o kwestie priorytetowe. Nie wjechać w słup? Jedyna rada, przestać tego słuchać, wyłączyć się. W końcu do udręczonych, moich uszu dobiega: "no cóż. Mama dziś nie jest zbyt rozmowna" - wyleciałe z paszczy trzylatka. Umarłam ze śmiechu, atmosfera nieco się rozrzedziła. Jedziemy dalej. Szkoła - ND wybiega, ma jakieś 3 min do rozpoczęcia sprawdzianu. Jedziemy do przedszkola.... c.d.n. (dyskryminacja długich komentów;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Spór na tylnich siedzeniach nasila się - moje przedszkole ma być pierwsze (MD z przyczyn braku miejsc w placówkach edukacyjnych są rozlokowane w dwóch przedszkolach) nie, moje pierwsze, nie, nie, nie... W stanie skrajnego zrezygnowania, nie bacząc na protesty ląduję pod przedszkolem ŚD. Młodsze: mamo, zabieram kucyka, żeby nie zamarzł w samochodzie (acha, czemu tyle empatii nie mają w stosunku do matki udręczonej). Okej - jedno w przedszkolu, ostatnie to już pikuś. Koniec rozwożenia o godzinie 8.10. Napawając się rozkoszą dwóch godzin przed rozpoczęciem pracy jadę czatować na otwarcie sklepu, celem zakupu nowego kompa, gdyż stary dokonał żywota. Pani z punktu obsługi ratalnej sugeruje spłatę w 10 miesięcy (najkorzystniej, bo potem odsetki są już dość duże). Mówię pani, ze mnie interesuje jak najniższa rata i nic więcej. Osiągam cel, z nowym kompem ruszam do pracy. Wreszcie napisanie prostego tekstu nie będzie trwało godzinę (bo klawiatura nie żyje a zewnętrzna na USB funkcjonuje jakby jej nie było, gdyż wejścia USB dogorywają). Praca, praca, praca, praca. Spoglądam na zegarek - ND powinno już opuścić budynek szkoły, kontrolnie dzwonię - abonent niedostępny. Czyli abonentowi nie wzięło się telefonu z domu lub/i zdechła mu bateria. Cóż...praca. Postanawiam tedy zaufać faktowi, że dotąd zawsze dojeżdżało bez przygód i idę na zajęcia. 5 min przed końcem wpada do sali koleżanka - ważny telefon, to się nie zdarza, więc musi, że ważny. Odbieram: tata dzieci informuje, że ND czeka na mnie w szkole i zapytuje "jak wyście się dogadały?!". Nie czas by to tłumaczyć. Szybki skok do samochodu i gnam do szkoły (na szczęście nie mam kolejnych zajęć). Mam pół godziny, żeby ND dotarło na zajęcia. Po walce z korkami, istnym szaleństwem doboru dróg w końcu z 10min. spóźnieniem ND dociera na zajęcia. Ja? Praca;) Do domu wracamy o godzinie 19.00. Ja w stanie odmóżdżenia, ND w stanie superzachwytu światem (zapomniała, ze miała po szkole sama pojechać na zajęcia, ale cóż tam...Ważne, że zajęcia superanckie). W domu pacyfikacja MD, coś zjeść z obumarłym z głodu żołądkiem. Pacyfikacja zakończona o 22.00. Po drodze - dziesięć razy rozwiązywanie problemów natury państwowej: czy kucyk A jest lepszy niż B, czemu warto siostrze dać się pobawić swoją zabawką, do czego służy łazienka i pidżama... W końcu cisza. Spokój. Idziemy oglądać film. Faaaaajny! Po 20 min. zasypiam. Snem kamiennym. Dobrej nocy i podłączam się pod pytanie - jak żyć z kociokwikiem? :-) a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A., ja już nawet filmów nie włączam, i tak nigdy nie wiem jak się kończą:-) powywalałabym również te parszywe kucyki Filly przez okno, Hanka ma ich 30 i zawsze musi dokonywać życiowych wyborów na minutę przed wyjściem, i jeszcze trzeba się o nie bić z Antosiem bo prawa Murphiego niezbicie dowodzą że Antoś zainteresuje ten jeden jedyny raz w roku kucykami właśnie w dniu w ktorym nie powinien.

      Usuń
  3. z czasem nie pomogę, sama mam z tym problem....
    a jak macie piktogramy w wersji do drukowania to może byście się podzielili ?? taka mała prośba...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam stronkę www.sclera.be - my stamtąd ściągaliśmy. Gdyby jakichs tam nie było to pisz na mejla:-)

      Usuń
  4. pocieszyłaś mnie tym postem o 24:20 :)

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...