sobota, 16 lutego 2013

Jeden dzień - post scriptum

Dostałam przed chwilą maila od koleżanki , która sugeruje że mojego bloga powinno się stosować jako środek antykoncepcyjny!
Stanowczo protestuję!!!
Moje dzieci są cudowne, mądre, wspaniałe, empatyczne, wesołe i w ogóle najlepsze na świecie.I uwielbiam je w każdym centymetrze ich ciała i osobowości!
Są jednak takie dni kiedy dochodzi czynnik " zmęczenie materiału".
To są zwykle takie dni w które nasze dzieci- niezależnie od posiadanej ilości uruchamiają program " dopiec mamie". I dokładnie są to te same dni w których wszystkie istniejące Prawa Murphiego determinują nasz rozkład dnia:)
Właśnie w taki dzień Hania nie chce wyjść za chiny z przedszkola. A jak już złazi do szatni to nagle okazuje się że nie ma jej szalika i czapki. Antek w tym czasie dostaje korby bo został obudzony żeby tylko zdążyć.
Czapka i szalik znajdują się w przegródkach innej grupy, nigdy, absolutnie nigdy wcześniej to się nie zdarzyło. W poniedziałek musiało.

Bo w poniedziałek Hania miała wizytę u lekarza rehabilitacji. Na którą czekałyśmy 4 miesiące. To właśnie dlatego na przystanku zobaczyliśmy odjeżdżający tył autobusu.
To właśnie dlatego wyjątkowo na postoju taksówek nie było ani jednej. A jak już przyjechała to oczywiście z małym bagażnikiem.
Właśnie dlatego wózek , który zazwyczaj składa się jedną ręką tym razem nie chciał się złożyć.
A jak się już złożył to nie chciał wejść do bagażnika.Więc taksówka jechała z otwartym bagażnikiem.
Właśnie dlatego Antek- który uwielbia jazdę samochodem w poniedziałek darł się jak obdzierany ze skóry.
I właśnie dlatego zdesperowany taksówkarz na skrzyżowaniu z Oleską wymusił pierwszeństwo na bogu ducha winnym aucie. Kątem oka dostrzegłam jednoznaczną mimikę "wymuszonego kierowcy". Była ona na tyle jednoznaczna że od razu też zauważyłam że to moja koleżanka.
Do lekarza ufffff....zdążyliśmy. A wieczorem brałam się za przepraszanie wymuszenia pierwszeństwa przejazdu tłumacząc że miałam 10 minut żeby dotrzeć do lekarza.
Hm...a ona miała 10 minut żeby dotrzeć do szkoły po dziecinę swą:)
Więc tak....każdej zdroworozsądkowej matce ze szczątkowym wprawdzie ale jednak istniejącym poczuciem instynktu samozachowawczego zdarzają się dni w których zapala się lampka " dzieciowstręt". A to że się zapala to już akurat niewiele zmienia, można sobie powarczeć do lusterka samochodowego lub z przyjemnością i relaksacyjnie  odliczać czas do momentu aż nasze przesłodkie pociechy zasną.
Jeśli Wasze koleżanki rozsyłają sielankowe tylko opisy boskich chwil z dziećmi  absolutnie nie wierzcie.Widocznie poprawność polityczna nie powala im się przyznać  ale na pewno tak nie jest. Nie ma takiej rzeczywistości.
Jaka jest? Też sielankowa, fajna, wesoła, niebanalna, kreatywna tylko czasem przetykana dniami " świra".
Że tylko mnie się takie " dni świra" zdarzają? Nie, bynajmniej!!!

Zamieszczam tutaj, by nie uciekł w komentarzach relację z jednego dnia A.
I nie wierzę, że chociaż raz w życiu taki dzień nie zdarzył się w Waszych rodzinach.Nie wierzę!!!
Dla mnie to codzienność  I myślę, że ta codzienność naprawdę nie zależy od tego czy w rodzinie jest dziecko z zaburzeniem czy bez. Po prostu- dzieci czasem tak mają!!!


" ech, życie:-) To ja Ci opiszę "dzień z życia" - może koło wsparcia udręczonych kociokwikiem założymy? Zaczęło się - niestandardowo w czwartek. 
Najstarsze Dziecko (z miną niewiniątka): mamooo, czy ja wspominałam, że jutro muszę być na 7.30 w szkole zaliczyć zaległy sprawdzian (2 tyg. absencji chorobowej w 6 klasie podstawówki robi swoje)
Nie wspominała. Część mnie opadła z rezygnacji i poczucia udręczenia;)
Dwie godziny później ND (najstarsze dziecko) biega po mieszkaniu w stanie furrriii: Czy ktoś widział moją torbę na basen?! (fakt, na 40 m.kw. żyje 5 osób, więc gratów dużo, wszędzie, bardzo wszędzie, jeszcze bardziej wszędzie - ciągle gdzieś coś komuś przepada). Nikt nie widział torby. Po bezskutecznej walce poddaję się: daj mi dziecko zeszyt korespondencji, nie pójdziesz jutro na basen. Jest 22.30. Nie mam siły już szukać.
Dzień właściwy. 
Pobudka o 6.45. Śniadanie na szybko, dwoje młodszych dzieci na zmianę: tego nie ubiorę, tamtego nie chcę, chcę koniecznie koszulkę z kotem (argument, że brudna - nie działa), ja biorę dwa kucyki do przedszkola (zapomnij, możesz jednego), ja chcę piórnik (a weźże), ND podczas śniadania potwierdza informację, że powinno samodzielnie dotrzeć po lekcjach na zajęcia o szesnastej. Tato dzieci chory, ale ma młodsze zebrać z przedszkoli, gdyż ja... pracuję. W końcu o 6.45 wyruszamy z domu. 20km po lodowisku rzecz urocza. Ciemno, zimno, ślisko. Na tylnim siedzeniu MD (młodsze dzieci) toczą zajadły spór o kwestie priorytetowe. Nie wjechać w słup? Jedyna rada, przestać tego słuchać, wyłączyć się. W końcu do udręczonych, moich uszu dobiega: "no cóż. Mama dziś nie jest zbyt rozmowna" - wyleciałe z paszczy trzylatka. Umarłam ze śmiechu, atmosfera nieco się rozrzedziła. Jedziemy dalej. Szkoła - ND wybiega, ma jakieś 3 min do rozpoczęcia sprawdzianu. Jedziemy do przedszkola....

Spór na tylnich siedzeniach nasila się - moje przedszkole ma być pierwsze (MD z przyczyn braku miejsc w placówkach edukacyjnych są rozlokowane w dwóch przedszkolach) nie, moje pierwsze, nie, nie, nie... W stanie skrajnego zrezygnowania, nie bacząc na protesty ląduję pod przedszkolem ŚD. Młodsze: mamo, zabieram kucyka, żeby nie zamarzł w samochodzie (acha, czemu tyle empatii nie mają w stosunku do matki udręczonej). Okej - jedno w przedszkolu, ostatnie to już pikuś. Koniec rozwożenia o godzinie 8.10. Napawając się rozkoszą dwóch godzin przed rozpoczęciem pracy jadę czatować na otwarcie sklepu, celem zakupu nowego kompa, gdyż stary dokonał żywota. Pani z punktu obsługi ratalnej sugeruje spłatę w 10 miesięcy (najkorzystniej, bo potem odsetki są już dość duże). Mówię pani, ze mnie interesuje jak najniższa rata i nic więcej. Osiągam cel, z nowym kompem ruszam do pracy. Wreszcie napisanie prostego tekstu nie będzie trwało godzinę (bo klawiatura nie żyje a zewnętrzna na USB funkcjonuje jakby jej nie było, gdyż wejścia USB dogorywają). Praca, praca, praca, praca. Spoglądam na zegarek - ND powinno już opuścić budynek szkoły, kontrolnie dzwonię - abonent niedostępny. Czyli abonentowi nie wzięło się telefonu z domu lub/i zdechła mu bateria. Cóż...praca. Postanawiam tedy zaufać faktowi, że dotąd zawsze dojeżdżało bez przygód i idę na zajęcia. 5 min przed końcem wpada do sali koleżanka - ważny telefon, to się nie zdarza, więc musi, że ważny. Odbieram: tata dzieci informuje, że ND czeka na mnie w szkole i zapytuje "jak wyście się dogadały?!". Nie czas by to tłumaczyć. Szybki skok do samochodu i gnam do szkoły (na szczęście nie mam kolejnych zajęć). Mam pół godziny, żeby ND dotarło na zajęcia. Po walce z korkami, istnym szaleństwem doboru dróg w końcu z 10min. spóźnieniem ND dociera na zajęcia. Ja? Praca;) Do domu wracamy o godzinie 19.00. Ja w stanie odmóżdżenia, ND w stanie superzachwytu światem (zapomniała, ze miała po szkole sama pojechać na zajęcia, ale cóż tam...Ważne, że zajęcia superanckie). W domu pacyfikacja MD, coś zjeść z obumarłym z głodu żołądkiem. Pacyfikacja zakończona o 22.00. Po drodze - dziesięć razy rozwiązywanie problemów natury państwowej: czy kucyk A jest lepszy niż B, czemu warto siostrze dać się pobawić swoją zabawką, do czego służy łazienka i pidżama... W końcu cisza. Spokój. Idziemy oglądać film. Faaaaajny! Po 20 min. zasypiam. Snem kamiennym. Dobrej nocy i podłączam się pod pytanie - jak żyć z kociokwikiem? :-) a."

4 komentarze:

  1. No ja mam kilka kolezanek zachwalajacych uroki i rozkosze macierzyństwa - tylko, że żadna jeszcze nie posiada potomstwa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie!Macierzyństwo ma uroki i rozkosze- tylko ma też tę " ciemną stronę mocy":) I o tym to każda mama wie:) A poeci niech pieśni piszą:)

      Usuń
  2. Gosiu i masz rację, każdy z nas ma taki okres ...., nie tak daleko jak dzisiaj nasz poukładany plan dnia wziął w łeb. Powód? Justynka go rozwaliła swoimi "jazdami". Chciało by się w takich chwilach wyjść z siebie i wyjść z domu, uciec jak najdalej ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No chciałoby a co najwyżej zaciskasz zęby i udajesz uśmiech. Na szczęście takich dni jest mniej:)

      Usuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...