niedziela, 17 lutego 2013

Buddyjska cierpliwość i poszukiwanie ZEN



Albo ja mam takie swoje szczęście albo to już taka procedura, że na maila przychodzą mi czasem zupełnie kuriozalne oferty reklamowe. Pal sześc jeśli jest to tylko oferta weekendu w spa, tu rozumiem że większość kobiet tak czyni i tylko ja przerażająco zaniżam statystyki wiarą w leczniczą moc mydła:)

Ale dziś dostałam zaproszenie na warsztaty medytacji w poszukiwaniu źródeł buddyjskiej cierpliwości, które miały by się odbyć bynajmniej nie w Tybecie a w grodzie Kraka.
Siedziałam przed monitorem i wpatrywałam się w treść mejla niczym mój kot w ruchomą tapetę z rybkami, co chwilę tylko przekrzywiając w zdumieniu łepek.
Ale o co chodzi???

Zajrzał Antosiowy Tato:
- ale że co, weekend w Krakowie bez dzieci? To ja mogę nawet i miesiąc szukać ZEN!!!

Smutną miał minkę jak się dowiedział że jednak nic z tego.
Zadzwoniłam do koleżanki żeby podzielić się tą wyjątkową ofertą:
- Ale oni zaoferowali ci że poprowadzisz te warsztaty czy co???

No nie...miałabym się uczyć cierpliwości buddyjskiej.
A najlepiej całe zamieszanie skwitowała Hania:
- bez seeeeensu, lepiej puść mi bajkę o konikach. 

Faktycznie bez sensu.
Po pierwsze dlatego że bagatela piąty rok planuje odwiedzić przyjaciółkę w Krakowie i jakoś mi kurde bele jeszcze nie wyszło. Niebawem przyjaciółka zmieni adres zamieszkania na londyński a jak próbowałam wykrzesać trochę czasu i grosza tak próbuję nadal.
Ale przede wszystkim. Nie urągając tybetańskim mnichom...o cierpliwości to ja mogę napisać na poczekaniu pięć opasłych traktatów lewą nogą w ciemnej łazience.
Wiem wszystko o cierpliwości. I tyleż samo o jej braku:)
Ba, mam codziennie przynajmniej 5 podstawowych i fundamentalnych okazji by medytować w poszukiwaniu źródeł mojej cierpliwości. To 5 posiłków z moimi wspaniałymi dziećmi.
Ja nie wiem, my chyba rzeczywiście jesteśmy jakąś sfiksowaną rodzinką. Bo u Superniani to dzieci nawet RAMĘ wsuwają z radością i im się uszy trzęsą. W każdym poradniku jak byk podkreślone że spożywanie wspólnych posiłków cementuje rodzinę. Blogi kulinarne prześcigają się we wstawianiu uroczych zdjęć z jeszcze bardziej uroczych, wspólnych posiłków.
A jak my mamy iść jeść wspólny posiłek to żołądek boli nas już na dobry kwadrans przed, apetyt ulatnia się w kosmos a ZEN jest pilnie poszukiwane.
Bo u nas wspólne posiłki to jest jedna wielka masakra. Prym nieprzerwanie wiedzie tu Hanna Maria żywiąca się głównie tlenem. Nie wiem jak to jest mieć dziecko z autyzmem i wybiórczością pokarmową.Ale wiem jak to jest mieć skrajnego niejadka który dodatkowo jest piekielnie cwany, elokwentny i techniki manipulacji  ludźmi ma opanowane do perfekcji.
Przećwiczyliśmy wszystko, prośby , groźby , motywację, kanapeczki żaglówki, jajeczka - myszki, pomidorki- muchomorki. Daliśmy wiedźmie prawo wyboru co chce jeść  Raz w niemocy i skrajnej frustracji poleciała miska z balkonu- i to był zdecydowanie nasz najgłupszy pomysł, bo nie tylko nie wpłynął na proces jedzenia u Hani( zbłaźniliśmy się jako rodzice okrutnie) to jeszcze miską przywaliliśmy pieskowi sąsiada na trawniku i do dziś się do nas nie odzywa( sąsiad rzecz jasna, choć pies też na nas patrzy spod byka).
No więc Panna Hanna generalnie nie je zbyt wiele od zawsze, ale tym razem zarządziła post głodowy już od środy. Nie żeby to była dla nas jakaś nowość,  pierwszy strajk strzeliła jak miała 4 miesiące i nie jadła przez tydzień. Ale tym razem wzbiła się na najwyższy poziom wyprowadzania nas z równowagi.
Otóż od środy zadręcza nas listą życzeń kulinarnych  a jak roszczenia zostaną zaspokojone to głosem aniołeczka obwieszcza po 3 łyżeczkach " że jej brzuszek jest już pełen i jest taaaaaaaaka najedzona". No i człowiekowi się nóż w kieszeni otwiera jak dzisiaj Antosiowemu Tacie, który gotował rosołek dla córeczki trzy godziny.
Więc każdy, ale to dosłownie każdy posiłek ubarwiony jest tybetańskimi mantrami " Haniu, jedz", które muszą wypowiadane wystarczająco regularnie ( kilkanaście razy na minutę) i wystarczająco opanowanym i spokojnym głosem by się dziecko nie zestresowało. Szukanie spokoju w sobie to dla nas pestka.

A Antosiem zawaliliśmy sprawę jednak my - rodzice. On tak żadnej wybiórczości nie miał od małego i garnął się do jedzenia jak mało które dziecko. Ale pchani egoistycznymi pobudkami zabarykadowaliśmy małego na czas jedzenia w fotelik. Bo jednak rodzic też chciał czasem zjeść coś o temperaturze pokojowej a Antoś zapał do jedzenia to miał owszem wielki, a zawsze jednak większą potrzebę ruchu i w czasie np. spożywania zupki zwiewał nam średnio 38 razy w między czasie umilając nam czas rzutem miską o podłogę czy ścianę. Ja wiem, dziś już wiem , no przeca nie jego wina. Chłopak musi se czasem pobiegać bo ma wbudowany atomowy motorek a i rzucić czasem musi tym i owym co by się lepiej poczuć.Ale te kilka miesięcy temu nie odnaleźliśmy w sobie właśnie pokładów tybetańskiej cierpliwości i postawiliśmy na wygodę własną pakując młodego w fotelik, zwykle zaopatrując go w odpowiednią ilość autek i wykorzystując zabawienie Antulka do szybkiego nafutrowania kałdunka.
Ale jednak niedawno przyszło otrzeźwienie. Resztki rodzicielskiej odpowiedzialności i rozumu się odezwały i stwierdziliśmy że tak dalej być nie może, przecież Antoś potrafi jeść sam.
A guzik z pętelką. Już nie potrafi. Siedzi niczym mały budda na krześle i z minka totalnego znudzenia domaga się karmienia. I jednocześnie obkłada się autkami , układa sobie z nich to i owo, jeździ nimi po ścianie a Ty rodzicu motywuj do samodzielnego jedzenia albo chociaż traf do paszczy jak Delikwent wierci się na każdą stronę. Po kilku trafionych, fajnych łyżkach Antoś zaczyna być wiernym fanem BLW i rozpoczyna konsumpcję palcami. To by nawet takie złe nie było, wszak różne faktury i temperatury też się przydają w rozwoju.
Ale Antoni tymi maleńkimi, słodkimi rączkami w całości zanurzonymi w pomidorówce postanawia robić stempelki na ścianie. Oczywiście jesteśmy stanowczymi i konsekwentnymi, oczywiście takowych dzieł sztuki zabraniamy i oczywiście same z tego potem kłopoty. Bo trzeba Antosia potem uspokoić  złapać  bo pewnikiem zwieje i zagonić do stołu. Jak się procedura uda to na pewno w trakcie jedzenia spadnie mu autko, Antoś będzie musiał po nie zejść, uciec , więc trzeba zagonić, posadzić....
A potem jeszcze ten jeden jedyny ryż który wypadł z miseczki psuje koncepcję estecie i Antoś musi go podnieść  no a jak się już ruszył to uciec, jak uciekł to zagonić, posadzić...
Jedzenie zupki to zwykle godzinka lekką ręką...z pozostałymi posiłkami jeść dość podobnie.
Próbowaliśmy wielu sposobów ale dotąd jedynie sprawdza się spokój i opanowanie. Kamienna twarz i łagodny głos. Jedz, jedz Haniu, Antoś jedz, jemy, jemy dzieci....Taka mantra

Zwykle po dwudaniowym obiedzie pytam Antosiowego Tatę co robimy na deser.Odpowiedź jest ostatnio jedna i ta sama :
- kawa i dwa Apapy forte...

Więc nie sądzę żeby warsztaty z buddyjskiej cierpliwości w jakikolwiek sposób były nam potrzebne. Dziękujemy za troskę, ale może jednak niekoniecznie. My wiemy wszystko o cierpliwości. O braku cierpliwości również. A także cierpliwie, w opanowaniu  ze stoickim obliczem cierpliwie ( i bezgłośnie) przeklinamy powody z powodu których jesteśmy wyprowadzani z cierpliwości.

A na poprawę nastrojów trzy wielkie sukcesy, bo Antoś prócz nauki jedzenia umila nam dzień i innymi, ważnymi rzeczami:

- o 4 rano Antoniusz wszedł po naszego pokoju witając nas " Dzynbobry". Brzmiało to koszmarnie niewyraźnie ale jak nic oznaczało " Dzień dobry" - proszę co ta edukacja żłobkowa robi z Maluchem!!!!!!

- Antulek opanował dziś fundamentalny gest  Makaton " myc zęby". Dla nas krok milowy, bo Antoś paszczękę szoruje kilkanaście razy dziennie i jest to cudna odmiana po scenach dzikiej wściekłości pod łazienką.

- Antoś coraz lepiej radzi sobie z multimediami  na razie korzysta z prostych aplikacji dla małych dzieci, ale jednak układa 4-elementowe puzzle, prawidłowo wskazuje pojazdy na komendę dźwiękową oraz zaczyna rysować  Jutro instalujemy program do piktogramów ( jutro post o komunikatorach Go Talk oraz aplikacjach dla autystów) i będziemy działać dalej. A dziś pierwsza, multimedialna praca plastyczna Antulka:


-

P.s Do tematu % wrócimy, po prostu dostałam mnóstwo wiadomości i coś tam zaczyna nam się w głowie układać  Jak się ułoży to na pewno będziemy tu dyskutować. 

3 komentarze:

  1. Jestem pełna podziwu dla Was, rodziców. Podziwiam Was właśnie za Wasz spokój , opanowanie i cierpliwość. Nawet sobie nie umiem wyobrazić siebie na Waszym miejscu. Mam już dorosłą córkę, wcześniej przed jej narodzinami przeżyliśmy ogromną tragedię. Naszej córce poświęciliśmy wiele uwagi i siebie. ale nawet w połowie nie przeszlismy w jej wychowywaniu tyle co Wy Gosiu. Brakuje mi słów, żeby opisać co czuję czytając Twoje posty. Jesteście wspaniali i macie wspaniałe dzieci:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ten weekend to mi akurat zdrowa córa tak boczków przypiekła ze musialam sie odwolywac do rezerw cierpliwosci o ktorych istnienie nawet mnisi tybetańscy by nikogo nie podejrzewali:-) a powaznie to takie sa te nasze dzieciaki, z wiktem i opierunkiem całym, ale przynajmniej nie jest nudno i zawsze jest się z czego( lub kogo) pośmiać.

      Usuń
  2. u nas Oli też bez wybiórczości. Za to Maja niejadek pospolity i nic jej nie pasuje, czasem już ręce opadają. A tekst " przyjdzie jak zgłodnieje" między książki mogę włożyć....

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...