środa, 27 lutego 2013

Przerwa w nadawaniu

W nocy pojawil sie kaszel. Rano było już zapalenie gardła. Teraz mamy regularne zapalenie krtani. Nasz El Doktorre przewidział taki rozwój wypadków więc odpalamy inhalator. Wobec szczekających odgłosów z pokoiku Antosia odmeldowuję na dzisiejszy  wieczór do sekcji dywanowo- czuwającej i zdam szczegółowy raport jutro. Jak również wyniki konkursu o ptasie mleczko:-)

My się kurujemy a Wy kombinujcie co też takiego nawydziwiał Antoś że matka prawie w rozpaczy i czemuż to o Pani Wolontariuszce mówi prawie w czasie przeszłym skoro to świetna kobietka i fantastycznie sobie z Antosiem poczynia:-)

Taaaaaaka impreza

Tak na szybko, bo dzień był dziś szalony i bardzo męczący.
Ha! Pisałam o 7 rano , że to tylko preludium??? Że Antulek się rozkręca i dzień będzie " niezwykły"?
To był, bo:

1. Antoś wrzucił moje klucze do torby z zaopatrzeniem. Antosiowy Tato wziął torbę pod pachę oraz Małego Gerwazego i pognał na Wczesne Wspomaganie Rozwoju- tak z trzy osiedla dalej pognał. A jak dotarł to odkrył poczynania Antulka, porzucił dziecię na terapii i pognał pędem do domu. Tomy Lee Jones nie ma pojęcia o tym co to znaczy być szybkim. Ani wściekłym. Wpadł Antosiowy Padre z zadyszką okrutną na 10 minut przed rozpoczęciem śniadania Hani w przedszkolu oraz na 15 minut przed rozpoczęciem moich jazd przedgzaminowo-samochodowych. Rzucił kluczem, zarzucił język na plecy i pognał po syneczka bo terapia trwa tylko godzinę i do żłobka trza było pędzić  Na oko pół miasta do przemierzenia. Trepcedesem rzecz jasna. Antosiowy Tato ogłosił dziś bezwarunkową kapitulację....

2. A w żłobku Antoni ponoć wzór cnót moralnych. Nie awanturował się. Nie alienował zbytnio. Zupę zjadł. Przeszło mu to pacyfistyczne nastawienie do świata dokładnie w chwili w której Tato go odebrał:)

3. Na terapii logopedycznej na Antosia czekały same atrakcje. Taaaaaka wielka wywrotka do przewożenia pomocy terapeutycznych i piktogramów. Wszystko by chłopaka zmotywować do pracy. Antoni wywrotkę zignorował zupełnie, zainteresował się za to bardzo bardzo bębenkiem, którego zwykle kijem nawet nie rusza. Ot, taki psikus zrobił naszej pani Ani. A to nie prima aprilis przecie.

Phi, wywrotka. Też mi coś!


Bębenek! Bębenek to jest czad!!!!



4. Niniejszym informuję że po powrocie do domu mój komputer został znów " podrasowany". Już nie tylko ma ruchomy ekran ( w postaci wyrwanego zawiasu). Antoni i nad pisownią pracuje od jakiegoś czasu. " C z kreseczką ( ci)" nie mam już od kilku miesięcy. A od popołudnia nie mam też klawisza N. To z troski rzecz jasna, żeby mama też mogła poćwiczyć motorykę małą pisząc posty poprzez naciskanie gumeczki mikroskopijnej zamiast klawisza. A co, tylko on się ma doskonalić? Wszyscy powinniśmy dążyć do ideału!!!

5. Mieliśmy dziś nasze pierwsze spotkanie z naszą Panią Wolontariuszką, p. Marleną. Oczekiwania miałam ogromne, chciałam jakąś godzinkę sama na sam z Hanią i żeby Pani Marlena przerwała ten czas cała, zdrowa i w pełni władz umysłowych. No to trzeba mamie pokazać figę z makiem!!!! Jak tylko zobaczył Antuliński Panią Marlenę to od razu strzelił uśmiech nr 54 ( to TY!!!!!) i od razu popędził się przywitać  Przytulił się....i pozamiatał sprawę, bo powiedział do niej mama. Bardzo niewyraźnie, myślę że Pani Marlena nie zrozumiała. Ale mnie się jednak ścięło białko w oku. Pocieszam się że p. Marlena miała czerwone włosy i grzywkę, więc może jednak chłopakowi się z mamą porąbało. Ciemno było( za oknem ale jednak), późno było. No może się pomyliło. Proszę!!!! Bo jak nie... to amen w pacierzu. Pozamiatane. Po ptokach. Nacieszyliśmy się Wolontariatem aż jeden raz.... A tak było fajnie... A tak się mały zaśmiewał... A tyle miała frajdy Hania.
Tu konkursik mały. Jak ktoś zgadnie czemu Matka rwie włosy z głowy dlatego że dziecię do innej pani powiedziało " mama" to dostaje największe opakowanie ptasiego mleczka jakie tylko jest w Opolu. Bo powód jest. I to bardzo...konkretny. Mama Jaśka, Mama Justynki, Ciocia Ania, oraz WSZYSTKIE panie terapeutki z Prodeste są wyłączone z konkursu, bo czarcie umiejętności Antosia są im znane. Ba,  dla zwycięzcy konkursu dorzucę usługę w wykonaniu Antosia gratis ( ale na własne ryzyko, reklamacji nie uwzględnia się!!!)

6. Dzień był  długi, wyczerpujący i pełen wrażeń. Antoś się już słaniał ze zmęczenia. Wobec czego usypiał dziś 1,5 godziny zamiast standardowych 15 minut:)

7. A na końcu się biedaczysko rozchorowało. Kaszle doniośle z pokoju, chrapie od kataru...

I tak to się kończą u nas taaaaakie imprezy ;-(

Wobec powyższego Matka o Konkursie Dziennikarz Obywatelski 2012 roku napisze jutro. O dzisiejszej audycji z dr Joanną Ławicką w Radiu Opole również. I o tym jak Antoś dziś powiedział do pani logopedki " spadaj", chociaż przecież nie mówi. Matka ma na dzisiaj dość atrakcji. A jak się cud nie stanie jutro czeka nas kolejna- wyprawa do Ulubionej Przychodni.
Psia kostka....

wtorek, 26 lutego 2013

Jak dobrze wstać skoro świt

Jest siódma rano. Nasz Królewicz Złoty wstał dwie godziny temu. To znaczy, dokładnie nie wiem o której wstał, mój mózg zakodował jego obecność koło piątej, ale buszować musiał chyba jednak ciut wcześniej. Skąd ten wniosek?
Z wywalonych na podłogę wszystkich albumów na zdjęcia a z nich pieczołowicie powyciąganych wszystkich zdjęć.
Ze złamanego rogu u różowego jednorożca Hani- trzymajcie kciuki za mistyfikację, bo jak się mała zorientuje że klejony to będzie trzecia wojna światowa.
Z nadepniętej łapki królika Edka- mam nadzieję że niechcący, bo przemocy domowej to ja nie stoleruję...
Z wyżartego całego pojemnika bez. Owszem ksylitolowych, ale jednak w ilościach hurtowych. Więc albo będzie biegunka na maksa albo mu korba od ilości prawie- cukru odbije.
A nade wszystko ze stłuczonej pokrywki od pojemnika na słodycze, co definitywnie postawiło mnie na nogi i wprowadziło nowy obyczaj do naszego domu.
Pierwszą czynnością po wstaniu nie jest trywialne mycie zębów tylko zasuwanie na zmiotce i szufelce.

Jegomość humor ma szampański. Chodzi z szelmowskim spojrzeniem i informuje nas w ten sposób że to będzie długi i obfity w atrakcje dzień.
Jeszcze nie wyszliśmy z domu a ja już wiem że jego kreatywność jest dziś na najwyższym poziomie.
Niniejszym detronizujemy czwartek. Tytuł dnia tygodnia o poziomie hard otrzymuje wtorek.

Jak dożyję do wieczora to zdam raport z przyrostu pomysłów w tej małej blond główce...
Będzie epicko...:-)

poniedziałek, 25 lutego 2013

Lalka, Pozytywna Wariatka oraz kabelek

Antek nienawidzi pluszaków. Nie bawi się misiami, nie tuli lalek. Czasem jak ma wyjątkowo dobry humor to poproszony nakarmi misia, ale to już wtedy jest święto lasu.
I oczywiście zawsze, ale to zawsze na każdej możliwej obserwacji i badaniu jest sprawdzany stosunek Antosia do pluszaków, na ostatnim w PPP również.
I zawsze ta strefa leży i kwiczy, bo Antoś misia nie tknie. To że zabawa tematyczna nie jest u nas na oszałamiającym poziomie to my wiemy doskonale i usilnie nad tym pracujemy. Ale wynik takich " pluszowych" pomiarów jest też o tyle niemiarodajny , że gdyby to była gumowa lalka, albo plastikowy koń do jest jeszcze jakaś nadzieja że Antulek się tematycznie pobawi. Z pluszakami nadziei brak.

Na szczęście w poniedziałki Antoś ma terapię psychologiczno- pedagogiczną z Pozytywną Wariatką. To absolutnie żadna obelga, Pozytywna Wariatka jest szalenie kompetentną, niesamowicie doświadczoną w pracy z dziećmi z ASD terapeutką. Ale oprócz tego jest totalnie zakręconą,  wesołą i pogodną Wariatką. Pozytywną. O baaaaardzo pozytywnych pomysłach. I prawdziwym wulkanem energii. No i właśnie p. Dagmara przyciągnęła na zajęcia lalkę- chłopca rodem z Ikei i postawiła przed Antosiem dziś podwójnie trudne zadanie.
Bo będziemy się bawić z chłopcem w kąpiel.
No to pozamiatane. Mało że blondynek z Ikei jest pluszowy to jeszcze mają wykonać wyjątkowo przez Antosia ostatnio nielubianą czynność- kąpanie:)

Pozytywna Wariatka to jest taka czarownica. Jak postanowi kiedyś zarzucić karierę w psychologii ( oby nie!!!) to świat bajek stoi przed nią otworem. W dubbingu zrobi karierę jak nic! Ma kobieta gadane, a to tego zaraża optymizmem nawet takich ignorantów jak Antoś. Już dwa tygodnie temu tak się Antkowi spodobały umiejętności naśladowcze Pozytywnej Wariatki , że małpuje mimikę mówiąc " bleee" ( gdy coś jest nie dobre). A także próbuje bekać.

To nie brzmi może oszałamiająco poważnie. Poważna Pani Psycholog na Poważnej Terapii Psychologicznej wespół z Poważnie Zaburzonym w Rozwoju Antosiem robią " bleee" oraz bekają.
Ale... to działa!!!!
Całości niestety nie udało mi się nagrać. To nie jest takie proste zachować kamienną twarz i nagrywać postępy edukacyjne dziecięcia gdy się człowiek spłacze ze śmiechu, makijaż spłynie a atmosfera jest jak na najlepszej komedii animowanej. Ale coś się udało nagrać.
Terapia śmiechem i dubbingiem w wykonaniu Pozytywnej Wariatki.










Przysięgam, nie uwierzyłabym nigdy gdybym nie widziała na własne oczy.
Antoś dotykał pluszatego kolegi, mył mu części ciała wykazując się niezłą ich znajomością,wycierał, ubierał, nakrywał. Dotknął prysznic- pluszowy , mimo że w rzeczywistym świecie na widok słuchawki zwiewa najdalej jak potrafi. A do tego śmiał się, łaskotał, naśladował w piękny sposób mowę Pozytywnej Wariatki ( a to wcale nie takie proste, ja nie umiem) i uplastyczniał sobie twarz strzelając takie miny że siedziałam wyjąc ze śmiechu pod stołem.

A najlepsze? Wykąpał się bez najmniejszych problemów!!!
Pozytywna Wariatka jest wiedźmą, posiadła tajemne sposoby na śmiechoterapię i choć nie wygląda to absolutnie poważnie to POWAŻNIE DZIAŁA!!!!

Była lalka, była Pozytywna Wariatka to teraz czas na kabelek.
Antosiowego Tatę wkurzyć to jest sztuka. Nieliczni ją opanowali ( ja oczywiście potrafię tego dokonać w nanosekundy). Na płaszczyźnie poza domem jest to naprawdę bardzo trudne bo Antosiowy Tato lata temu zapadł na kompletny tumiwisizm i niewiele go rusza.
A w domu, owszem, zachowanie naszych Słodkich Aniołeczków rusza go często i gęsto ale prędzej łyknie dwa Apapy niż wybuchnie. Do naszych dzieci jest krainą łagodności , opanowania i cierpliwości. Jeśli coś fuknie Hani to znaczy że Młoda wzbiła się już na takie wyżyny Mendzenia, że statystyczny Polak odpalił by już ze dwie bomby atomowe.
A Antulek to już w ogóle chyba nie widział zdenerwowanego ojca. Antosiowy Tato prędzej wyjdzie na balkon ćwiczyć się w cierpliwości niż fuknie czy prychnie.
A jednak Antulek dokonał niemożliwego.
Od dwóch dni trwały gorączkowe poszukiwania ładowarki do tableta. Widziana była ostatnio w łazience  bowiem jest to jedyna przestrzeń bezpieczna do ładowania delikatnego sprzętu. Jedyna której Antoś samodzielnie nie potrafi otworzyć i zdemolować. No i właśnie diabeł ogonem nakrył. Hania się zaklinała że nie widziała,czego by o niej nie powiedzieć prawdomówna jest a na dodatek zawsze skora do poszukiwań. Skoro ona nie wie gdzie jest to znaczy że naprawdę kabel zaginął.
Poszukiwania trwały dwa dni. Antosiowy Tato bynajmniej nie klął, po prostu z każdą godziną poszukiwań żuchwa mu się coraz bardziej ruszała a cera zmieniała barwę na ceglaną.
Przeszukaliśmy CAŁY dom. Przy okazji za łóżkiem Antosia odnaleźliśmy niezłą skrytkę z autkami " na czarną godzinę", kilka suchych kromek chleba oraz jedną flaszkę z sokiem. Zestaw antykryzysowy jak nic.
Odnalazło się w sumie 9 złotych w miedzi pod różnymi meblami.
Dwie karty do telefonu pod kuchenką.
I 4 skarpetki Hani pod pralką. Dwie puszeczki pasty do butów w odcieni czerni między klockami.
I mocno nieświeża gruszka za kablami od sprzętu grającego.
I rachunek za prąd w lipca pod dywanem( co ja się go naszukałam!!!).
Ale kabelka ani widu ani słychu.
Antosiowemu Tacie już lata powieka, już mu oko mruga. Mina jego gdy ubierał się by przegrzebać zsyp na śmieci bezcenna. Gdyby wzrok mógł zabijać leżelibyśmy w równiutkim rządku na podłodze, cała trójka.
I wtedy znalazłam kabelek!!!! Pieczołowicie zawinięty w kaloryfer w kuchni, który w 2/3 schowany jest za kuchenną szafką.
Jak Antulek go tam wsadził? Nie mam pojęcia!!!! Ja się męczyłam pół godziny żeby go stamtąd wyciągnąć.
Więc hmm...jakby tezy o ograniczonych umiejętnościach motoryki małej oraz słabej praksji możemy uznać za pomówienia:) Motoryka mała i sprawczośc u Antosia działa. Może nie tak jak leciwi rodzice by sobie marzyli( jakieś klocki, puzzle może ), ale niewątpliwie jest rozwinięta.

Pozostaje jeszcze jeden drobiażdżek. Jak on ten kabel wyciągnął z łazienki????????????
Na pewno nie umie jej otworzyć. Pozostaje przenikanie ścian siłą woli!!!
Skoro ma zajęcia z Pozytywną Wariatką... to w sumie, kto wie?!

niedziela, 24 lutego 2013

Audycja w Radiu Plus a wymiar rodzinny

Położyłam maluchy spać i przybiegłam donieść!
Prawie całą rodziną ( prawie-bo Antosiowy Tato w pracy) słuchaliśmy dziś audycji w Radiu Plus. O takiej .
I było to bardzo ciekawe przeżycie. Bo u nas w domu tak generalnie nie słucha się radia, Antoś jeszcze nie specjalnie je  toleruje. Muzykę już coraz lepiej akceptuje, ale jednak wybraną, no a w radiu wybrać sobie nie można.
I mimo że to 19 godzina była i Antonio już lekko śnięty to jednak zareagował. Chyba zdziwił się bardzo że mama gada jak ma usta zamknięte bo aż " rybkę " z wrażenia zrobił i o dziwo całą audycję wysłuchał grzecznie, nawet się na piosenkach- przerywnikach nie buntował.
Ja byłam spięta bo pamiętam przecież że gdy nagrywałyśmy z dr Joanną Ławicką tę audycję to Joasia walczyła z katarem i powstrzymywała kichanie a ja walczyłam z jelitówką...no i też pewne rzeczy powstrzymywałam. Więc bałam się jak to wypadnie, bo liczyłam się z tym że bredziłam niepojęcie.
Na ocenę merytoryczną naszych poczynań przyjdzie jeszcze czas. Najważniejszą wystawiła dziś Hania.
Oczy zrobiły jej się taaaaaaaakie wielki kiedy usłyszała moje nazwisko w radiu. A gdy wydało się , że mama córkę swą obgadała to najpierw patrzyła na mnie tak kokieteryjnie, filuternie spod oczka a potem się tak bardzo ucieszyła!!!!
Jejku, jaka ona jest dumna, że o niej powiedziałam, że jest mądra!!!!
Jeszcze zasypiając upewniała czy na pewno ja to mówiłam o Hani Bajkiewicz, i czy jestem pewna że babcia też tego słuchała.
Naprawdę fajnie spędziliśmy czas przy okazji tej audycji. Dla mnie to bardzo ważne, żeby Hania też poczuła się doceniona, żeby wiedziała że kochamy ją tak samo mocno.
Po audycji kiedy Antoś zasnął udało nam się chwilkę porozmawiać  Okazuje się , że jeszcze wiele razy czeka nas " przepracowanie" tematyki autyzmu. Że Hania owszem wiele rozumie, ale niektóre sprawy odczuwa zupełnie inaczej. Chwile w których możemy pobyć razem i sobie porozmawiać są bezcenne. Zwłaszcza teraz, gdy na skutek wieczornych, nie do końca fajnych zachowań u Antosia Hania widzi scenki które są dla niej bardzo trudne. Zatyka uszy przed krzykiem...
Już w piątek ustaliliśmy że większa ilość czasu poświęcanego tylko Hani to absolutna konieczność  Już i natychmiast. Dlatego już we wtorek przyjdą do nas nasze Kochane Panie Wolontariuszki.
Ale też pora na wsparcie psychologiczne Hani. Prawda jest taka, że Hania nie ma płaszczyzny na której mogłaby odpocząć od krzyków. Dla niej, jak i dla mnie zaburzenia ze spektrum autyzmu otaczają ją całodobowo. Tylko, że ja- trzydziestoletnia baba czasem nie daję rady, mam dość  A Hania ma 4,5 roku, nawet nie wie, nie potrafi dokładnie nazwać tego co czuje. Ale też czuje , że czasem ma dość.
Dlatego musimy bardziej wyciągać na powierzchnię fajne wspólne chwile a niefajne trochę bardziej " chować " przed Hanią. I kochać, tulić, głaskać, tłumaczyć, budować bliskość i poczucie wartości  tej małej kobietki.
Nie sądziłam, że audycja poświęcona Antosiowi i autyzmowi może sprawić jej tyle radości.Dlatego tym bardziej dziękuję Pani Redaktor Radia Plus Opole, Ewie Szyndler za poświęcony nam czas, który okazał się dla nas, całej rodziny czasem wzruszeń i radości i okazją by kolejny raz porozmawiać o naszej rodzince.

A teraz wieści z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej!!!! W piątek ubrałam Antosia w elegancką koszulę na okoliczność badania. Zastanawiałam się nawet czy nie założyć mu krawata, wszak " klient pod krawatem jest mniej awanturujący", ale mogłoby to jednak przynieść odwrotny skutek. No i poszliśmy. Ja z sercem na ramieniu a Antoś zachwycony padającym śniegiem. A w Poradni...cuda!!!!
Żadnego chwytu reklamowego! Żadnych też awantur. Antoś wersja MEDIUM!!!Pokazał się dokładnie takim jakim jest, lekko nieufny na początku, ale potem uśmiechnięty i chętny do współpracy o ile tylko uzna aktywność za ciekawą. Był bardzo zmęczony , w końcu był to już prawie wieczór. Ale jednak pokazał co potrafi a także jak bardzo potrafi robić wszystkich w konia:)
Oraz jak bardzo potrafi słyszeć " selektywnie" gdy wymaga się od niego dokonania rzeczy...nudnych!!!
Jestem bardzo zadowolona bo i Antoś nie strzelił żadnego numeru i chyba jednak możemy liczyć na wsparcie Poradni w staraniach o najlepsze z możliwych orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. Czyli takie które odpowiada potrzebom Antosia. Nie chwaląc dnia przed zachodem- bo posiedzenie we wtorek- to było naprawdę miłe spotkanie w Poradni i wiąże z nim spore nadzieje:)

Jak pisałam, matka się musi pozbierać w kawałek bo się ciut ciut rozsypała. No i już się pozbierała więc może pisać w czym rzecz. Dużo spraw się nałożyło.
Stres związany z adaptacją Antulka w żłobku wiele mnie kosztował. A gdy odsapnęłam bo Antoś żłobek polubił a Panie w żłobku podejmą się pracy z Maleńkim to zaczęła się uwertura do urzędów.
Żłobek to nie przedszkole. Więc nie ma potrzeby orzeczenia o kształceniu specjalnym, bo żłobek nie kształci tylko się opiekuje. A co za tym idzie nie obowiązuje nas dotacja na kształcenie  Antulka. A to problem, bo nie jestem w stanie samodzielnie pokryć kosztów asystenta Antosia w żłobku oraz kosztów szkoleń , które Panie muszą przejść by zaznajomić się choć trochę z instrukcją obsługi Antosia.
Zaczęły się więc rozgrzewać linie telefoniczne, Z Kuratorium Oświaty  Wydziałem Oświaty, Inspektoratem Budżetów Wydziału Oświaty, Stowarzyszeniem Wszystko Jasne i jeszcze kilkoma innymi instytucjami.
I okazuje się że sprawa jest jak zwykle w Polsce...niewiadoma. Bo Antoś owszem idzie do żłobka ale nie dlatego ze taka jest fanaberia matki, tylko dlatego że rzeczywiście nie ma przedszkola w którym Antoś mógłby się odnaleźć  a więc nie ma dla niego miejsca w przedszkolu. Tylko że wiekowo jest przedszkolakiem, bo ma 2,5 roku, więc podlega kształceniu przedszkolnemu. No i zaczynają się analizy i interpretacje co autor ustawy miał na myśli, konsultacje, analizy do analizy, przeliczanie, zaliczanie, itd.
Wnioski są dwa : albo w tym tygodniu wreszcie coś załatwię z Wydziałem Oświaty, albo trzeba będzie zmienić prawo:) Wiemy już zresztą jak, nie wiemy tylko czy Antoś zdąży pozostać przedszkolakiem nim nam się to osiągnięcie uda. Egoistycznie więc wolałabym by udało nam się jednak wyjście nr 1.
A póki co i tak nie mamy na czesne za żłobek i tym też się teraz zajmujemy. Kwota czesnego nieźle nas zwaliła z nóg, więc popłakaliśmy troszeczkę i nawet pojawiły się pomysły żeby posłać Antulka jednak do Przedszkola Integracyjnego. O którym wprawdzie nie mamy dobrego zdania ale które jest znaaaacznie tańsze.I tak się biliśmy z myślami między mieć a być gdy postawiły nas do pionu terapeutki Antosia.
Pani Monika skwitowała to krótko: skoro macie środków tylko do lipca na żłobek to lepiej wykorzystać tą opcję niż pakować Antulka w bardzo niepewny układ w innym miejscu, gdzie nie będzie miał tak sprzyjających warunków.
A potem Pani Dagmara przysłała na mejla opinię o Antosiu, która też rozwiała nasze wątpliwości.





Więc wybraliśmy być dla Antosia, a mieć się właśnie kombinuje. Jutro spotkanie z Panią Dyrektor Żłobka, może uda się wyprosić ciut lepsze warunki ( pewnie nie niższe , ale choć w innym terminie płacenia). Babcie nasze najukochańsze też zaproponowały że dorzucą się do edukacji społecznej Antosia póki czegoś nie wykombinujemy a my bierzemy się za kombinowanie:)
Póki co takie nam śliczne Danusia cegiełki na Allegro wykombinowała:





Nie ma co za dużo myśleć , bo jak człowiek myśli to się nakręca i problemy rosną do gigantycznych rozmiarów. Wyczarujemy pieniądze, bo pieniądze się zawsze dają wyczarowywać  Najważniejsze że jutro w żłobku matka ma wychodne, bo Panie czują się już na tyle dobrze z Antosiem a Antoś w grupie że chciałyby już spróbować " sam na sam". I to jest najważniejsze!!!!

A by ducha zupełnie nie tracić to powiem tylko że Antoś zasuwa z gadaniem jak najęty. Aktualnie króluje sylaba " booo" i naśladuje wszystkie słowa które mają " bo" w sobie. Chwycił mnie wczoraj za włosy ( ale tak lekko) więc zaprotestowałam. Mało że grzecznie odstawił rączkę i zrobił mi cacy-cacy. To jeszcze wytłumaczył dlaczego nie " NieBoBoli"!!!!!
Pewnie, że to jest echolaliczne powtórzenie tego co ja zawsze mawiam w takich sytuacjach. Czas pokaże czy jest to echolaliczny, naturalny etap kształtowania się mowy u Antulka czy też dopadła nas sławetna " autystyczna echolalia". Nawet jeśli...to ok, znam kilkoro dzieci które w doskonały sposób komunikują się echolalią tak , że nikt by się w życiu nie domyślił, że dziecię gada fragmentami z filmów czy reklam. 
Póki co delektuję się rozgadanym Antonim i tym , że Antoś stosuje te " słowa" adekwatnie. A Hania biega za nim i bije brawo.

Aaaaaaaa! I jeszcze jedna przełomowa przygoda w naszym życiu. Kilka dni temu Hania piła sobie kakao z kartonika. Choćbym sto milionów razy prosiła żeby nie kładła picia byle gdzie i tak zawsze gdzieś położy. Pal sześc jak się porozlewa czy rozdepta taki kartonik- nasze ściany i podłoga nie takie rzeczy już jadły. Ale po domu chodzi i lustruje Mały Detektor Alergenów i zawsze, ale to zawsze z 5 leżących pod ręką produktów wybierze ten który mu zaszkodzi najbardziej! No i tym razem dorwał się do kakao w kartoniku. Zbrodnia podwójna, bo prócz ewidentnego cierpienia które miało niedługo nastąpić po mleku i cukrze dochodziło jeszcze rozgoryczenie Panny Zapominalskiej, która przecież na żaden szaber się nie godziła!Antoś był zaś tak szczęśliwy jak pił że nie miałam sumienia zabierać  Bo co to za różnica czy będzie cierpiał po kropelce czy po połowie kartonika?No i odbiór mienia zagrabionego wiązałby się z natychmiastowym alarmem i jak nic zbrodnia by się wydała!
Matka wzbiła się więc na wyżyny pomysłowości i oszustwa i tajniacko przygotowała kakao i strzykawką kartonik napełniła.  Wiem, wiem , kłamstwo w czystej postaci, ale w takich sytuacjach szczerość w rodzinie jest przereklamowana. Hania szczęśliwa że jej tym razem nikt nic ukradł piła podmienione a ja spokojnie przygotowywałam maść cynkową i srebro koloidalne, bo to że pupa Antosia będzie zaraz wymagała reanimacji to przecież pewnik jak 2x2. I co??????
I nic!!!!!! Kompletnie absolutnie nic!!!!
Dziś dorwał się do jogurtu naturalnego i...nic!!!! Trzeba będzie ot tym porozmawiać z naszą Panią Dietetyk na wizycie w marcu. Może jest jeszcze jakaś nadzieją dla Antulka na smaczne jedzenie?:)

Mam wspaniałe dzieciaki, wiecie?



czwartek, 21 lutego 2013

Post o niczym

Przepraszam, nie wiem co napisać.
Jak się dowiem co we mnie w środku siedzi to napiszę.
Na razie mam totalną abrakadabrę w głowie.
Wybaczcie- pozbieram się do kupy najszybciej jak potrafię.
Dużo rzeczy, mnóstwo zajęć, miliony spraw do przemyślenia.
Huśtawka.
Z Antosiem też.
Z jednej strony Mały Mądrala wygadał się wczoraj ile ma lat- pokazał na palcach że dwa, choć go nie uczyłam nigdy. I zaczyna liczyć Skubaniutki, potrafi do 5 choć tego też nie uczyłam, sama przecież ledwo umiem.
A z drugiej strony końcówka dnia dziś taka że... to nie są obrazy przeznaczone dla oczu 4, 5 latki. Chyba pora pomyśleć o wsparciu dla Hani...

Jak matka przemieli w głowie o co jej chodzi to na pewno napisze.Ale matka starutka już jest, czasem działa jak dawnej daty procesor. Bo jak mieli to burczy i wydaje z siebie dziwne dźwięki. Antosiowy Tato twierdzi że to efekt uboczny myślenia.

Ale spokojnie, nic złego się nie dzieje.
 Z matką tak jest że jak zaczyna myśleć  to głupieje. A jak nie myśli to wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku.
 Babska logika. Psia kostka.

To ja sobie po mielę, pomyślę, poburczę i pogłupieję a Wy trzymajcie za Antulka jutro kciuki, co?
Tak koło 17 godziny...kiedy Poradnia Psychologiczno- Pedgogiczna będzie obserwować Antosia na okoliczność wydania orzeczenia o kształceniu specjalnym. Piekielnie poważny dokument od którego piekielnie dużo zależy i dlatego uzbroiłam się po zęby i szyję w opinie, zaświadczenia, i inne działa bojowe.
A jak będzie na miejscu to już Antoś zadecyduje.

wtorek, 19 lutego 2013

Majka

Wpisu nie będzie.
Kiedy umiera dziecko to ja tego nie ogarniam, nawet nie wiem co myślec a co dopiero mowic....
Dlatego ja dziś przytulę moje dzieci i podziękuję za tą laskę jaką są zdrowe dzieci.

I choc nieczęsto się modlę to pomodlę się dziś. Za Majeczkę. I za Jej Rodziców bo nawet nie potrafię  sobie wyobrazic co teraz czują....

Kasiu, zechcij przyjąć wyrazy najszczerszego współczucia....

poniedziałek, 18 lutego 2013

Multimedialnie

Jako że rodzicami szarga wstrętna jelitówka i polegli z kretesem na placu wydolności wychowawczej, władzę w domu dzierży Hania gdy my z Antosiowym Tatą ścigamy się kto pierwszy do łazienki.

Małe to, ledwo od ziemi odrosło, loczki się słodziutko kręcą na główce...ale charakterek władczy to ona ma. Stawia Antulka równo do pionu, tresuje jak w cyrku, a mały nienawykły do aż  takich obyczajów...
Wczoraj się jeszcze dziwił jak Haniszcze na niego pohukiwało, dziś już po prostu ostro z nią rywalizuje.
A bój jest najstarszy na świecie " kto ma pilota, ten ma władzę!".
Tylko u nas nie pilota a myszkę do komputera bo telewizji brak. Toczą więc namiętne spory o to która bajka teraz ma lecieć przy czym awantury brzmią mniej więcej tak:
A: ciuf ciuf daaaaa
H: a właśnie że koniki!!!
A: CIUF CIUF!!!
H: nie, będą koniki, ja tu włączam bajkę, Ty kiedyś ( sic!!!) oglądałeś już Tomka
A ( już bardziej płaczliwie) CIUF CIUF ...
H: jak jesteś taki mądry to sobie sam włącz pociąg!!!!
No seria " podkówek" u Antosia jako reakcja na " dialog"...

Jak nic Smarkata wykorzystuje swoją przewagę w stadzie doskonale wiedząc że Antoś nie potrafi sobie sam włączyć bajki.
Apelowaliśmy do serdecznej więzi rodzeństwa, wzajemnej współpracy, potrzeby dzielenia się.
Ale nędznie wyglądaliśmy w tych negocjacjach każde z miską pod pachą i nie kończąc nawet tyrady. Bo trza do łazienki biec...

Trzeba więc było zawistnicę wziąć pod włos. " No dobrze Haniu , skoro nie chcesz z Antosiem oglądać to Antoś sobie pogra". I wyciągnęliśmy to narzędzie szatana , którego matka jeszcze nie dawno bała się jak diabła rogatego, bo cienkie to strasznie, delikatne i jakieś strasznie trudne w obsłudze ( bo dla matki wszystko co nie jest Windowsem XP jest baaaardzo trudne).
Tak więc najpierw Hania pochłaniała te swoje koniki a Antoś testował wszystkie wypasione aplikacje które matka ostatnio instalowała... a potem Hania zarządziła zamianę.
Ha, cel osiągnięty. Antoś miał swojego Tomka, a Hanula miała swój pierwszy kontakt z multimediami ( tablet).
Pokornie kajam się, przyznaję żem nie dowierzała, żem ciężko zgrzeszyła. Zaprawdę lepszego wynalazku nie ma!!!!
Pół godziny, rozumiecie to??? Pół godziny herszt- baba była cichuteńko i układała sobie grzecznie puzzle, grała w gry  i była zajęta sobą!!!! To się jeszcze nigdy nie zdarzyło!!!!A jaka zadowolona, a jak ładnie liczyła jabłuszka i papryki!!! A jaka była z siebie dumna, " Słyszysz mamo, to dla mnie klaskają".

A więc tak! Przyznaję! Technika bywa użyteczna! A matka się przed nią dotąd wzbraniała bo skostniała jest i w ogóle retro, a ponadto nie chciała swej ignorancji technicznej przed potomstwem obnażać.
A tu mamy totalną metamorfozę zachowań u córki!!!
- Mamo...a włącz mi grę
- Jak zjesz kolację
- Ale tą z puzzlami?
- Może być z puzzlami
- To ja chcę dwie kanapki z miodzikiem

I zjadła!!! Szybko zjadła, nawet rączki poszła przepisowo umyć!!!
Tak , wiem szantaż!!! Niemoralne, niskie, warunkowanie i w ogóle be.
Ale szantaż jest najstarszą i najskuteczniejszą metodą wychowawczą!
Zwłaszcza jak się ma niską pozycję w negocjacjach poprzez potrzebę pilnego kontaktu z kibelkiem i miskę pod pachą!!!

I tak nasze dzieci stały się full wypas multimedialne!!!

Ja już od jakiegoś czasu, od kiedy wyczaiłam na WWR że Antoś nieźle pracuje na programach dla dzieci kombinowałam jakby te jego zapędy komputerowe przekuć w sukcesy komunikacyjne i poznawcze.
Możliwości jest de facto od groma, jest mnóstwo aplikacji dla maluchów, od sortowania, po odgłosy zwierząt, gry na instrumentach i układanie puzzli.

Potrzebowałam tylko czegoś do komunikacji. Od dawna chodził mi po głowie GO TALK.Czyli coś takiego:


Antoś w zeszłym roku pracował na takim czterookienkowym z p. Iwoną. Szału nie było, ale też był mniejszy no i nie szczególny odczuwał pociąg do obrazków. Ale skoro teraz jest szał na piktogramy to trzeba to wykorzystać!!!

Fajne to, bo można wstawiać karty z obrazkami lub piktogramami, dziecko pracuje nad symbolem a jednocześnie " to gada" więc jest stymulowane słownictwo bierne. Czad. Ale cena powala: o tutaj.
Koleżanka ze Szkocji zaoferowała mi skołowanie tego cuda z mniejszą ilością " okienek" za znacznie bardziej ludzką cenę. Skonsultowałam się więc z moim prywatnym guru od AAC i wyszło na to , że bez sensu bo:
- drogie, bez możliwości rozwijania funkcji
- żeby zmienić jeden obrazek trzeba tworzyć od początku całą nową kartę- diabelnie czasochłonne
- małe dzieci mają problemy z naciskaniem przycisków na odpowiednich poziomach. Przy 2-4 obrazkach nie ma tego problemu, ale przy większych ilościach zaczyna być to trudne do ogarnięcia.
- dość ciężkie dla małego dziecka, raczej do przedszkola z tym nie pójdzie, samodzielnie się za pomocą tego nie skomunikuje ( lżejsze są karty wyboru). Przynajmniej Antek ledwo uniósł ten na 4 obrazki.

A do pracy domowej moje prywatne guru od AAC poleciło https://itunes.apple.com/pl/app/functional-communication-system/id463762746?mt=8 czyli po prostu FCS

Mankamentem programu jest to , że jest on tylko na tablety Ipad. Ale zalet ma mnóstwo.
- można wstawiać obrazki, piktogramy , dowolną grafikę jaką się chce. Mało tego , można nagrywać głos do każdego obrazka ( przyjemna odmiana po głównie angielsko-języcznych programach).
- można układać z obrazków całe grupy tematyczne, każda w innym kolorze : DOM, WARZYWA, OWOCE itd. I można ich tworzyć nieskończenie wiele.
- bardzo intuicyjne, dotykowe menu , zdecydowanie prostsze do obsługi niż przyciski i poziomy w GO TALK
- hm...cena. Oprogramowanie jest do kupienia w sklepach App Store ( trzeba mieć niestety kartę kredytową ) i kosztuje 18 Euro !!! Tańszego sprzętu multimedialnego który by bazował na piktogramach dotąd nie spotkałam. Oczywiście o ile się ma tablet w domu, bo jak nie to ... po ptokach i boli. 
- w App Store jest dostępna wersja za darmo, do ćwiczeń  Jest uboższa bo pozwala wgrać tylko kilka obrazków i ma swoją kategorię tematyczną z obrazkami i narracją po angielsku, ale jest to jakaś opcja żeby przećwiczyć , zobaczyć czy w ogóle Maluchowi ten rodzaj pracy/ zabawy podejdzie. No a zainwestowanie w komunikatory elektroniczne typu GO TALK i spudłowanie baaaaaardzo bolało by po kieszeni.
- Apple na pewno będzie dodawał jakieś jeszcze dodatki , usługi , aplikacje do tego programu. Duża więc szansa że to oprogramowanie będzie " szło do przodu", a komunikatory niestety nie. 

My dziś zaczęliśmy się bawić tą darmową wersją. Testujemy sobie i muszę pochwalić Antulka bo pięknie mu idzie. Widać  że jest bardzo zainteresowany sprzętem multimedialnym  podoba mu się dotykanie, nawet o dziwo grzecznie czeka na załadowanie kolejnego obrazka a nie uderza jak stenotypistka- tego bardzo się bałam.

Jak dostanę cynki czy podobne cuda są na Androida i inne systemy komputerowe to na pewno tu się podzielę. Jeśli mój wywód Was rozśmieszył bo znane Wam to nie od dziś- przepraszam. Dla mnie to totalna nowość  stąd zaaferowanie. 
Ja nie jestem przesadnie techniczna, jak się pół życia spędziło wąchając kurz i z pietyzmem przeglądając stare książki to jakoś tak lękliwy się człek staje wobec techniki. Ale dałam radę pozściągac Małemu gry i zabawy, teraz powoli zaznajamiam się z programem do piktogramów i widzę że na niego to działa, ciekawi. 
No to może jeszcze komuś się przyda?:)


niedziela, 17 lutego 2013

Buddyjska cierpliwość i poszukiwanie ZEN



Albo ja mam takie swoje szczęście albo to już taka procedura, że na maila przychodzą mi czasem zupełnie kuriozalne oferty reklamowe. Pal sześc jeśli jest to tylko oferta weekendu w spa, tu rozumiem że większość kobiet tak czyni i tylko ja przerażająco zaniżam statystyki wiarą w leczniczą moc mydła:)

Ale dziś dostałam zaproszenie na warsztaty medytacji w poszukiwaniu źródeł buddyjskiej cierpliwości, które miały by się odbyć bynajmniej nie w Tybecie a w grodzie Kraka.
Siedziałam przed monitorem i wpatrywałam się w treść mejla niczym mój kot w ruchomą tapetę z rybkami, co chwilę tylko przekrzywiając w zdumieniu łepek.
Ale o co chodzi???

Zajrzał Antosiowy Tato:
- ale że co, weekend w Krakowie bez dzieci? To ja mogę nawet i miesiąc szukać ZEN!!!

Smutną miał minkę jak się dowiedział że jednak nic z tego.
Zadzwoniłam do koleżanki żeby podzielić się tą wyjątkową ofertą:
- Ale oni zaoferowali ci że poprowadzisz te warsztaty czy co???

No nie...miałabym się uczyć cierpliwości buddyjskiej.
A najlepiej całe zamieszanie skwitowała Hania:
- bez seeeeensu, lepiej puść mi bajkę o konikach. 

Faktycznie bez sensu.
Po pierwsze dlatego że bagatela piąty rok planuje odwiedzić przyjaciółkę w Krakowie i jakoś mi kurde bele jeszcze nie wyszło. Niebawem przyjaciółka zmieni adres zamieszkania na londyński a jak próbowałam wykrzesać trochę czasu i grosza tak próbuję nadal.
Ale przede wszystkim. Nie urągając tybetańskim mnichom...o cierpliwości to ja mogę napisać na poczekaniu pięć opasłych traktatów lewą nogą w ciemnej łazience.
Wiem wszystko o cierpliwości. I tyleż samo o jej braku:)
Ba, mam codziennie przynajmniej 5 podstawowych i fundamentalnych okazji by medytować w poszukiwaniu źródeł mojej cierpliwości. To 5 posiłków z moimi wspaniałymi dziećmi.
Ja nie wiem, my chyba rzeczywiście jesteśmy jakąś sfiksowaną rodzinką. Bo u Superniani to dzieci nawet RAMĘ wsuwają z radością i im się uszy trzęsą. W każdym poradniku jak byk podkreślone że spożywanie wspólnych posiłków cementuje rodzinę. Blogi kulinarne prześcigają się we wstawianiu uroczych zdjęć z jeszcze bardziej uroczych, wspólnych posiłków.
A jak my mamy iść jeść wspólny posiłek to żołądek boli nas już na dobry kwadrans przed, apetyt ulatnia się w kosmos a ZEN jest pilnie poszukiwane.
Bo u nas wspólne posiłki to jest jedna wielka masakra. Prym nieprzerwanie wiedzie tu Hanna Maria żywiąca się głównie tlenem. Nie wiem jak to jest mieć dziecko z autyzmem i wybiórczością pokarmową.Ale wiem jak to jest mieć skrajnego niejadka który dodatkowo jest piekielnie cwany, elokwentny i techniki manipulacji  ludźmi ma opanowane do perfekcji.
Przećwiczyliśmy wszystko, prośby , groźby , motywację, kanapeczki żaglówki, jajeczka - myszki, pomidorki- muchomorki. Daliśmy wiedźmie prawo wyboru co chce jeść  Raz w niemocy i skrajnej frustracji poleciała miska z balkonu- i to był zdecydowanie nasz najgłupszy pomysł, bo nie tylko nie wpłynął na proces jedzenia u Hani( zbłaźniliśmy się jako rodzice okrutnie) to jeszcze miską przywaliliśmy pieskowi sąsiada na trawniku i do dziś się do nas nie odzywa( sąsiad rzecz jasna, choć pies też na nas patrzy spod byka).
No więc Panna Hanna generalnie nie je zbyt wiele od zawsze, ale tym razem zarządziła post głodowy już od środy. Nie żeby to była dla nas jakaś nowość,  pierwszy strajk strzeliła jak miała 4 miesiące i nie jadła przez tydzień. Ale tym razem wzbiła się na najwyższy poziom wyprowadzania nas z równowagi.
Otóż od środy zadręcza nas listą życzeń kulinarnych  a jak roszczenia zostaną zaspokojone to głosem aniołeczka obwieszcza po 3 łyżeczkach " że jej brzuszek jest już pełen i jest taaaaaaaaka najedzona". No i człowiekowi się nóż w kieszeni otwiera jak dzisiaj Antosiowemu Tacie, który gotował rosołek dla córeczki trzy godziny.
Więc każdy, ale to dosłownie każdy posiłek ubarwiony jest tybetańskimi mantrami " Haniu, jedz", które muszą wypowiadane wystarczająco regularnie ( kilkanaście razy na minutę) i wystarczająco opanowanym i spokojnym głosem by się dziecko nie zestresowało. Szukanie spokoju w sobie to dla nas pestka.

A Antosiem zawaliliśmy sprawę jednak my - rodzice. On tak żadnej wybiórczości nie miał od małego i garnął się do jedzenia jak mało które dziecko. Ale pchani egoistycznymi pobudkami zabarykadowaliśmy małego na czas jedzenia w fotelik. Bo jednak rodzic też chciał czasem zjeść coś o temperaturze pokojowej a Antoś zapał do jedzenia to miał owszem wielki, a zawsze jednak większą potrzebę ruchu i w czasie np. spożywania zupki zwiewał nam średnio 38 razy w między czasie umilając nam czas rzutem miską o podłogę czy ścianę. Ja wiem, dziś już wiem , no przeca nie jego wina. Chłopak musi se czasem pobiegać bo ma wbudowany atomowy motorek a i rzucić czasem musi tym i owym co by się lepiej poczuć.Ale te kilka miesięcy temu nie odnaleźliśmy w sobie właśnie pokładów tybetańskiej cierpliwości i postawiliśmy na wygodę własną pakując młodego w fotelik, zwykle zaopatrując go w odpowiednią ilość autek i wykorzystując zabawienie Antulka do szybkiego nafutrowania kałdunka.
Ale jednak niedawno przyszło otrzeźwienie. Resztki rodzicielskiej odpowiedzialności i rozumu się odezwały i stwierdziliśmy że tak dalej być nie może, przecież Antoś potrafi jeść sam.
A guzik z pętelką. Już nie potrafi. Siedzi niczym mały budda na krześle i z minka totalnego znudzenia domaga się karmienia. I jednocześnie obkłada się autkami , układa sobie z nich to i owo, jeździ nimi po ścianie a Ty rodzicu motywuj do samodzielnego jedzenia albo chociaż traf do paszczy jak Delikwent wierci się na każdą stronę. Po kilku trafionych, fajnych łyżkach Antoś zaczyna być wiernym fanem BLW i rozpoczyna konsumpcję palcami. To by nawet takie złe nie było, wszak różne faktury i temperatury też się przydają w rozwoju.
Ale Antoni tymi maleńkimi, słodkimi rączkami w całości zanurzonymi w pomidorówce postanawia robić stempelki na ścianie. Oczywiście jesteśmy stanowczymi i konsekwentnymi, oczywiście takowych dzieł sztuki zabraniamy i oczywiście same z tego potem kłopoty. Bo trzeba Antosia potem uspokoić  złapać  bo pewnikiem zwieje i zagonić do stołu. Jak się procedura uda to na pewno w trakcie jedzenia spadnie mu autko, Antoś będzie musiał po nie zejść, uciec , więc trzeba zagonić, posadzić....
A potem jeszcze ten jeden jedyny ryż który wypadł z miseczki psuje koncepcję estecie i Antoś musi go podnieść  no a jak się już ruszył to uciec, jak uciekł to zagonić, posadzić...
Jedzenie zupki to zwykle godzinka lekką ręką...z pozostałymi posiłkami jeść dość podobnie.
Próbowaliśmy wielu sposobów ale dotąd jedynie sprawdza się spokój i opanowanie. Kamienna twarz i łagodny głos. Jedz, jedz Haniu, Antoś jedz, jemy, jemy dzieci....Taka mantra

Zwykle po dwudaniowym obiedzie pytam Antosiowego Tatę co robimy na deser.Odpowiedź jest ostatnio jedna i ta sama :
- kawa i dwa Apapy forte...

Więc nie sądzę żeby warsztaty z buddyjskiej cierpliwości w jakikolwiek sposób były nam potrzebne. Dziękujemy za troskę, ale może jednak niekoniecznie. My wiemy wszystko o cierpliwości. O braku cierpliwości również. A także cierpliwie, w opanowaniu  ze stoickim obliczem cierpliwie ( i bezgłośnie) przeklinamy powody z powodu których jesteśmy wyprowadzani z cierpliwości.

A na poprawę nastrojów trzy wielkie sukcesy, bo Antoś prócz nauki jedzenia umila nam dzień i innymi, ważnymi rzeczami:

- o 4 rano Antoniusz wszedł po naszego pokoju witając nas " Dzynbobry". Brzmiało to koszmarnie niewyraźnie ale jak nic oznaczało " Dzień dobry" - proszę co ta edukacja żłobkowa robi z Maluchem!!!!!!

- Antulek opanował dziś fundamentalny gest  Makaton " myc zęby". Dla nas krok milowy, bo Antoś paszczękę szoruje kilkanaście razy dziennie i jest to cudna odmiana po scenach dzikiej wściekłości pod łazienką.

- Antoś coraz lepiej radzi sobie z multimediami  na razie korzysta z prostych aplikacji dla małych dzieci, ale jednak układa 4-elementowe puzzle, prawidłowo wskazuje pojazdy na komendę dźwiękową oraz zaczyna rysować  Jutro instalujemy program do piktogramów ( jutro post o komunikatorach Go Talk oraz aplikacjach dla autystów) i będziemy działać dalej. A dziś pierwsza, multimedialna praca plastyczna Antulka:


-

P.s Do tematu % wrócimy, po prostu dostałam mnóstwo wiadomości i coś tam zaczyna nam się w głowie układać  Jak się ułoży to na pewno będziemy tu dyskutować. 

sobota, 16 lutego 2013

1% od kuchni- dylematy matki



Ten post nosiłam w sobie od naprawdę wielu miesięcy. Nie starczało mi dotąd odwagi by go napisać  Aż się przelało. Odpaliłam dziś komputer, zrobiłam przegląd prasy...i nie, już nie wytrzymam, już nie będę siedzieć cicho. Nawet jeśli mnie zlinczujecie.Wbijam więc kij w mrowisko z nadzieją na dyskusję.

W lipcu zeszłego roku spotkałam się ze znajomą- dotąd internetową. Znajoma znacznie dłużej ode mnie mnie boryka się z niepełnosprawnością swojego dziecka, jej walka trwa już 3,5 roku.
My wówczas raczkowaliśmy w temacie. Cała akcja 1 %, aukcji allegro, zbierania funduszy na leczenie Antosia była u nas w powijakach. Bardzo więc cieszyłam się, że usłyszę rady doświadczonej mamy.
To co usłyszałam zbiło mnie totalnie.
Dowiedziałam się że cała akcja 1 % to musi być zaplanowany PR. Przemyślana i opracowana strategia, w którą wpisuje się blog, aukcje, udział w konkursach by blog wypromować  Że blog to poniekąd reklama. Że  jakkolwiek to podle zabrzmi trzeba stworzyć medialny produkt, który się dobrze sprzeda, bo tylko tak uda się pozyskać trwałych darczyńców i podatników. Że wszystko ma znaczenie, nawet to jakie zdjęcie dziecka umieścimy na apelu, czy zdecydujemy się na kalendarzyki czy ulotki. Że bardzo ważne jest by umieszczać zdjęcia dziecka z terapii bo to taki komunikat dla odbiorcy, że z nieba ona nie spadła.

Wyszliśmy ze spotkania z moim mężem wstrząśnięci. Nie mieliśmy podstaw by nie wierzyć Znajomej.Jednak brzmiało to dla nas jak jakieś opowieści z innego świata,  próbowaliśmy się upewnić u innej mamy niepełnosprawnego chłopczyka że to jednak nie dzieje się naprawdę. Tak nam odpisała na maila:

"Nie poddawaj się tak szybko. Musisz zawrzeć znajomości blogowe, zgłosić bloga do jakiś konkursów, żeby więcej ludzi zaglądało do was..
Taka jest prawda.Nie oszukujmy się, blogi to pamiętniki naszych dzieci, tak, ale przede wszystkim PR.. Środek do zdobywania 1%.
Ludzie nie mają dziś pieniędzy.. My mamy b mało wpłat z tytułu darowizn jako takich. Najczęściej ludzie dopłacają kilka zł do zakupionej rzeczy na Allegro.
Główne źródło kasy na subkoncie to 1% i Allegro..
Teraz pisz do fundacji. Za chwile zaczyna się nowy rok. Wnioskuj wszędzie, gdzie się da, żeby dofinansowali wam terapie.
My w tym roku odpuszczamy fundacje - wystarczy nam z 1% i All. Teraz ten rok jest już super, ale pierwsze dwa lata były cieeeniutkie..."


 Wizja Antka jako stworzonej, wypromowanej " marki", która się - za przeproszeniem- dobrze sprzeda przerażała nas. Przysięgliśmy że nie, absolutnie nie, póki będziemy mieli co jeść nie uwikłamy się w tą 1 % giełdę.
I co?
I proszę bardzo! 1 % Antosia od kuchni:

  • w listopadzie wysłaliśmy kilkaset listów do sponsorów z prośbą o darowiznę na leczenie Antosia lub wsparcie nas 1 %. Odpowiedzi w sprawie 1 % jeszcze nie mamy- trwa przecież " sezon podatkowy", ale odzew w sprawie darowizn nie pozostawia złudzeń co do tego gdzie trafił nasz apel. Pewnie tam gdzie i tysiące innych, zrobiono z niego confetti w niszczarce
  • Od stycznia rozpoczęliśmy poszukiwania taniej drukarni, bo wiedzieliśmy już że trzeba będzie wydrukować apele by dotarły do możliwie największej liczby odbiorców. Nie było to łatwe, zwłaszcza gdy się - kolokwialnie rzecz ujmując- groszem nie śmierdzi. Trzeba było znaleźć taką żeby zgodziła się ona na płatność przelewem z subkonta Antosia. Udało się de facto dopiero w lutym.
  • Trzeba też było zrobić projekt ulotki. Dla nas rzecz bardzo trudna, bo jesteśmy upośledzeni graficznie. A do tego spady, cienie, gramatura papieru, przekątne, piksele to już w ogóle jakiś Matrix. Prosiliśmy o pomoc- kilku rodziców dzieci niepełnosprawnych nam odmówiło, bo jednak stanowimy konkurencję w wyścigu o 1 %. Ulitowała się nad nami Danusia i pełni zaopiekowała się nad nami " graficznie"- czy ja Ci się kiedyś Kochana odwdzięczę?
  • W styczniu nastąpił też wzmożony kontakt z Fundacją, należało uzyskać aprobatę dla apelu. Niby jeden mail, niby nic trudnego - trzy tygodnie czekaliśmy.
  • W lutym rozpoczęliśmy wymianę pism ze sklepami i urzędami. Apele możemy zgodnie z regulaminem umieszczać w przestrzeni publicznej, ale zwykle w urzędzie czy sklepie tak sobie nie można przecież wywiesić  apelu. Więc proszenie o zgodę prezesa, dyrektora, koordynatora lokalnego..i tak w kółko!
  • W lutym porozsyłaliśmy inf. o apelu Antosia do naszych kupujących na Allegro. A także do znajomych i rodziny- łącznie 678 wiadomości mailowych.
  • W lutym również obiegłam biura podatkowe w Opolu. Podobnie też czyni moja teściowa w Radomiu.
  • Napisaliśmy nieskończenie wiele pism do fundacji i organizacji wspomagających
  • Wysłaliśmy smsy do przyjaciół.
I teraz, co mnie gryzie???
Nie próbuję nawet zakwestionować roli 1 % w naszym życiu, bez niego Antoś nie miałby najmniejszych szans na turnus i terapię. Jeśli nasze starania nie przyniosą konkretnego celu w postaci wpłat 1 % będzie bardzo źle. Nie tylko zresztą w naszym domu. Naprawdę setki rodzin w tym kraju nerwowo myśli przez te 4 miesiące okresu rozliczeń co będzie z ich dziećmi.
Wartość więc akcji jest niezaprzeczalna i wielka. A jednak zjada mnie mol moralny, coś mnie uwiera. Co?
  • jestem mamą niepełnosprawnego chłopczyka. Na co dzień mam co robić. Nie starcza mi doby by wymyślać strategie marketingowe, planować plakaty, układać listy odbiorców. Brakuje mi też w tej kwestii wykształcenia. Jestem mamą, i gdy jakimś cudem mam chwilę oddechu od terapii to chcę odetchnąć albo być mamą, pobawić się z moimi dziećmi, pośmiać, pójść na plac zabaw.
  • Mój syn jest człowiekiem, ze swoimi pasjami, radościami, smutkami i sukcesami. Żywym , z krwi i kości człowiekiem!!! Nie żadnym produktem marketingowym , nie twarzą!!! Nie chcę firmować jego twarzą plakatów, ulotek , apeli. Nie chcę obmyślać jak z " brandem marketingowym" dotrzeć do nowej grupy odbiorców. Bo to nie jest ani nowa kolekcja ubrań ani kiełbasa podwawelska!!! Ale jak nie chcę, to nie będę miała za co leczyć człowieka. 
  • Boli mnie legalizacja instytucji " żebrania". Fundacja szczyci się ileż to pozyskała na leczenie dzieci, ale prawda jest taka że przez rok subkonta nie dostaliśmy ani jednej darowizny. Co akurat w pełni rozumiem, bo czasy są takie, że nie trzeba mieć niepełnosprawnego dziecka by ledwo wiązać koniec z końcem. Ale ja tam akurat poza udostępnieniem " subkonta" niczego od fundacji nie dostałam dla Antosia.  Ot, zalegalizowanie prawne tego co i tak sama muszę czynić-  pozyskiwać fundusze, własną kreatywnością, umiejętnościami organizacji, celnym hasłem a czasem i niemałym tupetem. Więc co takiego Fundacja pozyskała dla Antosia, bo trochę nie rozumiem. A są przecież fundacje które pobierają odsetek od zgromadzonych środków na realizację celów statutowych.
  • W poniedziałek odbyłam ciekawą rozmowę z jedną panią prezes fundacji mieszczącej się na południu Polski. Jasno mnie ona poinformowała, że fundacja pomaga, rzeczywiście pomaga ( materiałami, szkoleniami, dofinansowaniami) tym którzy fundacji pomagają. Czyli angażują się w akcje , aukcje i przede wszystkim gromadzą środki na subkontach bo środki te fundacja umieszcza na kontach oszczędnościowych. I chwała pani prezes za to, przynajmniej gra w otwarte karty i jasno stawia sprawę. Ale ja się pytam , gdzie miejsce dla dzieci tych rodziców którym Pan Bóg poskąpił przebojowości na rzecz np. większej wrażliwości i cierpliwości? Dla tych którzy nie rozpychają się łokciami, bo nie umieją? Albo dla tych na których spadł taki ogrom nieszczęścia że nie potrafią sobie z nim samodzielnie poradzić, nie mówiąc już o aktywnej działalności?????????????To co, te dzieci będą cierpieć, a ich rodzice rozpaczać w niemocy? Bo system jest kiepski? 
  • Szafując prywatnością mojego syna liczę się z tym że kiedyś mi to w twarz z rozgoryczeniem wykrzyczy. I naiwnie się na razie oszukuję że jeśli to zrobi to znaczy że było warto, bo pokonał swoje ograniczenia na tyle by poczuć wstyd, rozgoryczenie i jeszcze adekwatnie wobec tych emocji zareagować. Oszukuję się bo wiem, że podejmuje decyzje o używaniu wizerunku mojego dziecka nie pytając go o zgodę, wybierając " mniejsze zło". A jaką mam pewność, że to na pewno mniejsze zło?Dlaczego każda fundacja oczekuje zdjęcia podopiecznego? Bo to chwyta darczyńców za serce! A gdzie w tym miejsce na delikatne ego małego człowieka. Nie ma, są zyski...
  • Wiecie jak się czuję gdy muszę ruszyć pulę środków na subkoncie Antulka żeby opłacić fakturę za ulotki dotyczące 1 %? Jakbym go okradała. Mam nadzieję, że realny zysk z druku tych ulotek przekroczy koszt faktury- znowu liczę, choć chcę tylko kochać!!!! I mam nieodparte wrażenie, że coś mu zabieram, bo to przecież nie są moje pieniądze tylko Antosia. Jeśli źle przekalkuluję, on na tym straci.
  • Społeczność rodziców jest mikro odzwierciedleniem społeczeństwa. Są fantastyczni, empatyczni ludzie którzy nieba by przychylili dziecku, nie tylko swojemu, każdemu. I są szuje. Tak, trzeba to nazwać po imieniu. Jak wszędzie na świecie i tu są szuje. Takie które potrafią kopać dołki pod człowiekiem z zawiści, takie które podkupują kontakty by samemu zyskać i takie które wpraszają się zawsze i wszędzie by " sprzedać  swoje dziecko. Jedno tylko odróżnia tych rodziców od skali makro. Tu nie ma prostych ocen. " Tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono". Tutaj każdy walczy o swoje dziecko, czasem nie tylko o zdrowie ale o życie!!! " Nie ma złych sposobów ratowania dziecka, są tylko nieskuteczne" - mawia moja koleżanka. I tylko w sercu czasem zaboli gdy ktoś kogo uważaliśmy za przyjaciela, za wsparcie okradnie nasze dziecko, lub podłoży nam nogę. Takie życie...Jest wyścig, jest rywalizacja. Tam gdzie potrzebujących jest więcej niż ofiarujących zawsze będzie element rywalizacji. Bolesne, bo to wyjątkowo wrażliwa płaszczyzna ludzi którzy i tak stanie na dwóch nogach mają zwykle bardzo zachwiane. Ale były i będą przypadki podkładania sobie nogi. Tak długo jak będzie rywalizacja.
  • Ponieważ na każdej tablicy facebooka, i dosłownie wszędzie umieszczane są apele wszelakie przestrzeń społeczna wzbogaciła się o nowe zachowania. Pojawiała się totalna znieczulica. I pojawiły się sytuacje " pasożytnictwa". Bardzo często w lokalnej społeczności  rodziców niepełnosprawnych dzieci rozmawiamy o tym zjawisku, bo ci ludzie ( i jedni i drudzy) robią nam " krecią robotę", zabierają przestrzeń w której moglibyśmy uczciwie pomagać swoim dzieciom. Sama znam mamę która woli publicznie zasygnalizować potrzebę sprzętu rehabilitacyjnego na blogu niż skorzystać z dofinansowania. Bo wie doskonale że dostanie całą kwotę. I znam też mamę 3 dzieci, w tym dwójki niepełnosprawnych która również z dofinansowania nie korzysta. Bo dofinansowanie obejmuje 50 % kosztów. A dla niej teraz 1000 złotych to jak 10000 złotych- kwota abstrakcyjna. 
DLACZEGO TAK SIĘ DZIEJE???Bo nazywając rzeczy po imieniu SYSTEM JEST DO DUPY!!!!A dzisiejsze doniesienia prasowe brzmią wręcz jak groteska. Posłuchajcie co nam mówi PAN MINISTER DUDA.

I choćby człowiek chciał się nie denerwować. Choćby chciał robić swoje to nie może.
Bo oto Pan Minister wie, że system przekazywania 1 % jest kulawy i jakie ma lekarstwo na ten problem? Usunąć możliwość przekazywania 1 % dla konkretnych osób. I jeszcze Pan Minister wikła w swój wywód słowa takie jak etyka. 
I wiecie co? Ja się z Panem Ministrem zgodzę!!! Tak, dla mnie też jest nieetyczne epatowanie wizerunkiem chorych dzieci. Nie, nie dlatego , że chore dzieci są niesmaczne, nieestetyczne. Bynajmniej!!! Dla mnie nieetyczne jest to, że tylko w ten sposób rodzic może pozyskać fundusze na leczenie dziecka tym kraju. Że nie może wybrać czy chce swoją tragedię przeżyć w zaciszu rodzinnym czy też chce się nią podzielić ze światem licząc na wsparcie, na pomoc psychiczną ( bo temu mają wg mnie służyć blogi, wymianie doświadczeń!!!).
Osobiście uważam że opcji zbierania 1 % na konkretne osoby się nie zlikwiduje. Nie z łaskawości Pana Ministra czy innych rządzących. Po prostu bez tej możliwości wskaźnik nędzy w naszym kraju tak poszybuje na głowę że będzie tu mieć kontrolę ONZ, Komisji Europejskich i innych instytucji mocno zdziwionych , że jak to? Że na zielonej wyspie kryzysu?!A rządzący nie chcą takich kontroli, bo wiedzą że natychmiast będziemy zwracać wszystkie dotacje unijne...
Więc szczerze wątpię czy ktoś się za reformę przekazywania 1 % naprawdę weźmie, to jest bardzo grząski temat o którym rządzący głośno szczekają ale raczej go nie ruszą bo się na nim poślizgną. 
Bo tak długo póki w tym kraju nie będą zagwarantowane podstawowe usługi diagnostyczne i terapeutyczne, tak długo 1 % będzie dla tysięcy, setek tysięcy jedyną szansą na leczenie dzieci. A dla systemu bardzo wygodną de facto opcją bo zdeterminowany rodzic sam znajdzie rozwiązania które postawią dziecko na nogi , stworzą w przyszłości nowego podatnika i zapobiegną płacenia i na to dziecko i na jego, zwykle niepracujących więc nieefektywnych społecznie rodziców. 
A jednak kiedy taki Pan Minister głośno szczeka i nawet nie wie o czym szczeka to krew mnie zalewa. 
Bo ja bardzo chciałabym poprawiać jakość mojej lokalnej społeczności. Bardzo chciałabym , nie tylko 1 % podatku wesprzeć Fundację Prodeste czy Fundację Dom Rodzinnej Rehabilitacji Dzieci z Porażeniem Mózgowym. Bo znam te fundacje, wiem że w przeciwieństwie do wielu prowadzących subkonta rzeczywiście rzetelnie pomagają dzieciom. Bo mój syn jest beneficjentem tych Fundacji. Bo wiem , że bez naszej pomocy nie przebiją się one w walce o miejskie granty i projekty- bo nie mają pieniędzy. Więc nie mogą podjąć starań o te pieniądze. Ot, taka polska rzeczywistość. 
Ale mogę tylko pomóc radą, aktywnością. Nie mogę pomóc całym sercem i w pełni zaangażowana. Bo muszę najpierw pomóc mojemu synowi. Ponieważ Państwo mu nie chce pomóc. A żadna z tych fantastycznych Fundacji nie zaoferuje mojemu dziecku holistycznej opieki. Bo nie jest państwem. A państwo nie ma pieniędzy.... I tak w kółko.

Wiele zawdzięczam 1 % i będę nosić w sercu każdą osobę która nam pomogła. Bo dała nam szansę. 
Ale nienawidzę tej akcji medialnej 1 % i w niewielu sytuacjach w życiu byłam tak upokorzona....



Jeden dzień - post scriptum

Dostałam przed chwilą maila od koleżanki , która sugeruje że mojego bloga powinno się stosować jako środek antykoncepcyjny!
Stanowczo protestuję!!!
Moje dzieci są cudowne, mądre, wspaniałe, empatyczne, wesołe i w ogóle najlepsze na świecie.I uwielbiam je w każdym centymetrze ich ciała i osobowości!
Są jednak takie dni kiedy dochodzi czynnik " zmęczenie materiału".
To są zwykle takie dni w które nasze dzieci- niezależnie od posiadanej ilości uruchamiają program " dopiec mamie". I dokładnie są to te same dni w których wszystkie istniejące Prawa Murphiego determinują nasz rozkład dnia:)
Właśnie w taki dzień Hania nie chce wyjść za chiny z przedszkola. A jak już złazi do szatni to nagle okazuje się że nie ma jej szalika i czapki. Antek w tym czasie dostaje korby bo został obudzony żeby tylko zdążyć.
Czapka i szalik znajdują się w przegródkach innej grupy, nigdy, absolutnie nigdy wcześniej to się nie zdarzyło. W poniedziałek musiało.

Bo w poniedziałek Hania miała wizytę u lekarza rehabilitacji. Na którą czekałyśmy 4 miesiące. To właśnie dlatego na przystanku zobaczyliśmy odjeżdżający tył autobusu.
To właśnie dlatego wyjątkowo na postoju taksówek nie było ani jednej. A jak już przyjechała to oczywiście z małym bagażnikiem.
Właśnie dlatego wózek , który zazwyczaj składa się jedną ręką tym razem nie chciał się złożyć.
A jak się już złożył to nie chciał wejść do bagażnika.Więc taksówka jechała z otwartym bagażnikiem.
Właśnie dlatego Antek- który uwielbia jazdę samochodem w poniedziałek darł się jak obdzierany ze skóry.
I właśnie dlatego zdesperowany taksówkarz na skrzyżowaniu z Oleską wymusił pierwszeństwo na bogu ducha winnym aucie. Kątem oka dostrzegłam jednoznaczną mimikę "wymuszonego kierowcy". Była ona na tyle jednoznaczna że od razu też zauważyłam że to moja koleżanka.
Do lekarza ufffff....zdążyliśmy. A wieczorem brałam się za przepraszanie wymuszenia pierwszeństwa przejazdu tłumacząc że miałam 10 minut żeby dotrzeć do lekarza.
Hm...a ona miała 10 minut żeby dotrzeć do szkoły po dziecinę swą:)
Więc tak....każdej zdroworozsądkowej matce ze szczątkowym wprawdzie ale jednak istniejącym poczuciem instynktu samozachowawczego zdarzają się dni w których zapala się lampka " dzieciowstręt". A to że się zapala to już akurat niewiele zmienia, można sobie powarczeć do lusterka samochodowego lub z przyjemnością i relaksacyjnie  odliczać czas do momentu aż nasze przesłodkie pociechy zasną.
Jeśli Wasze koleżanki rozsyłają sielankowe tylko opisy boskich chwil z dziećmi  absolutnie nie wierzcie.Widocznie poprawność polityczna nie powala im się przyznać  ale na pewno tak nie jest. Nie ma takiej rzeczywistości.
Jaka jest? Też sielankowa, fajna, wesoła, niebanalna, kreatywna tylko czasem przetykana dniami " świra".
Że tylko mnie się takie " dni świra" zdarzają? Nie, bynajmniej!!!

Zamieszczam tutaj, by nie uciekł w komentarzach relację z jednego dnia A.
I nie wierzę, że chociaż raz w życiu taki dzień nie zdarzył się w Waszych rodzinach.Nie wierzę!!!
Dla mnie to codzienność  I myślę, że ta codzienność naprawdę nie zależy od tego czy w rodzinie jest dziecko z zaburzeniem czy bez. Po prostu- dzieci czasem tak mają!!!


" ech, życie:-) To ja Ci opiszę "dzień z życia" - może koło wsparcia udręczonych kociokwikiem założymy? Zaczęło się - niestandardowo w czwartek. 
Najstarsze Dziecko (z miną niewiniątka): mamooo, czy ja wspominałam, że jutro muszę być na 7.30 w szkole zaliczyć zaległy sprawdzian (2 tyg. absencji chorobowej w 6 klasie podstawówki robi swoje)
Nie wspominała. Część mnie opadła z rezygnacji i poczucia udręczenia;)
Dwie godziny później ND (najstarsze dziecko) biega po mieszkaniu w stanie furrriii: Czy ktoś widział moją torbę na basen?! (fakt, na 40 m.kw. żyje 5 osób, więc gratów dużo, wszędzie, bardzo wszędzie, jeszcze bardziej wszędzie - ciągle gdzieś coś komuś przepada). Nikt nie widział torby. Po bezskutecznej walce poddaję się: daj mi dziecko zeszyt korespondencji, nie pójdziesz jutro na basen. Jest 22.30. Nie mam siły już szukać.
Dzień właściwy. 
Pobudka o 6.45. Śniadanie na szybko, dwoje młodszych dzieci na zmianę: tego nie ubiorę, tamtego nie chcę, chcę koniecznie koszulkę z kotem (argument, że brudna - nie działa), ja biorę dwa kucyki do przedszkola (zapomnij, możesz jednego), ja chcę piórnik (a weźże), ND podczas śniadania potwierdza informację, że powinno samodzielnie dotrzeć po lekcjach na zajęcia o szesnastej. Tato dzieci chory, ale ma młodsze zebrać z przedszkoli, gdyż ja... pracuję. W końcu o 6.45 wyruszamy z domu. 20km po lodowisku rzecz urocza. Ciemno, zimno, ślisko. Na tylnim siedzeniu MD (młodsze dzieci) toczą zajadły spór o kwestie priorytetowe. Nie wjechać w słup? Jedyna rada, przestać tego słuchać, wyłączyć się. W końcu do udręczonych, moich uszu dobiega: "no cóż. Mama dziś nie jest zbyt rozmowna" - wyleciałe z paszczy trzylatka. Umarłam ze śmiechu, atmosfera nieco się rozrzedziła. Jedziemy dalej. Szkoła - ND wybiega, ma jakieś 3 min do rozpoczęcia sprawdzianu. Jedziemy do przedszkola....

Spór na tylnich siedzeniach nasila się - moje przedszkole ma być pierwsze (MD z przyczyn braku miejsc w placówkach edukacyjnych są rozlokowane w dwóch przedszkolach) nie, moje pierwsze, nie, nie, nie... W stanie skrajnego zrezygnowania, nie bacząc na protesty ląduję pod przedszkolem ŚD. Młodsze: mamo, zabieram kucyka, żeby nie zamarzł w samochodzie (acha, czemu tyle empatii nie mają w stosunku do matki udręczonej). Okej - jedno w przedszkolu, ostatnie to już pikuś. Koniec rozwożenia o godzinie 8.10. Napawając się rozkoszą dwóch godzin przed rozpoczęciem pracy jadę czatować na otwarcie sklepu, celem zakupu nowego kompa, gdyż stary dokonał żywota. Pani z punktu obsługi ratalnej sugeruje spłatę w 10 miesięcy (najkorzystniej, bo potem odsetki są już dość duże). Mówię pani, ze mnie interesuje jak najniższa rata i nic więcej. Osiągam cel, z nowym kompem ruszam do pracy. Wreszcie napisanie prostego tekstu nie będzie trwało godzinę (bo klawiatura nie żyje a zewnętrzna na USB funkcjonuje jakby jej nie było, gdyż wejścia USB dogorywają). Praca, praca, praca, praca. Spoglądam na zegarek - ND powinno już opuścić budynek szkoły, kontrolnie dzwonię - abonent niedostępny. Czyli abonentowi nie wzięło się telefonu z domu lub/i zdechła mu bateria. Cóż...praca. Postanawiam tedy zaufać faktowi, że dotąd zawsze dojeżdżało bez przygód i idę na zajęcia. 5 min przed końcem wpada do sali koleżanka - ważny telefon, to się nie zdarza, więc musi, że ważny. Odbieram: tata dzieci informuje, że ND czeka na mnie w szkole i zapytuje "jak wyście się dogadały?!". Nie czas by to tłumaczyć. Szybki skok do samochodu i gnam do szkoły (na szczęście nie mam kolejnych zajęć). Mam pół godziny, żeby ND dotarło na zajęcia. Po walce z korkami, istnym szaleństwem doboru dróg w końcu z 10min. spóźnieniem ND dociera na zajęcia. Ja? Praca;) Do domu wracamy o godzinie 19.00. Ja w stanie odmóżdżenia, ND w stanie superzachwytu światem (zapomniała, ze miała po szkole sama pojechać na zajęcia, ale cóż tam...Ważne, że zajęcia superanckie). W domu pacyfikacja MD, coś zjeść z obumarłym z głodu żołądkiem. Pacyfikacja zakończona o 22.00. Po drodze - dziesięć razy rozwiązywanie problemów natury państwowej: czy kucyk A jest lepszy niż B, czemu warto siostrze dać się pobawić swoją zabawką, do czego służy łazienka i pidżama... W końcu cisza. Spokój. Idziemy oglądać film. Faaaaajny! Po 20 min. zasypiam. Snem kamiennym. Dobrej nocy i podłączam się pod pytanie - jak żyć z kociokwikiem? :-) a."

Jeden dzień z życia Bajkowej Rodzinki

Matka się jednak starzeje na potęgę. Matka pamięta że rok temu, na etapie montowania terapeutycznego zaopatrzenia był rollercoster totalny ale myślała że to taka jednorazowa akcja.
No i matka się przeliczyła.
Matka ma powtórkę z rozrywki, a raczej rozrywki całodniowe i matka stwierdziła że nie ogarnia, zadyszkę ma, odrosty na łbie siwe się zrobiły.
Matka chyba jednak powinna udać się na zajęcia z logistyki,bo chyba gdzieś mitręży czas. No innej opcji dla bycia ciągle zziajanym nie ma. Matka zatem przedstawia jeden dzień z życia Bajkiewiczów i prosi o sugestie, konstruktywną krytykę celem ulepszenia własnego funkcjonowania.

Ot, taki sobie zwykły piąteczek- dzień oceniany w skali trudności jako MEDIUM ( bo prym nieustannie wiedzie czwartek).

Pobudka od 6. Tzn. ta ostateczna pobudka, bo nie śpimy snem ciągłym już od czwartej kiedy to Antoni robi larum na cały dom. Od 4 do 6 jest " dosypianie", łapanie cennych minut snu między przełączaniem bajki, podawaniem jedzenia, picia i innych takich codziennych atrakcji.

No więc wstajemy o 6, myjemy się, jemy śniadanko i ubieramy się. Nie ma co pisać o tym, że jedno dziecko nie chce jeść,  drugie nie chce się ubierać,  potem to pierwsze kłóci się o lalkę którą chce zabrać do przedszkola, a to drugie próbuje wyjść z domu z traktorem większym od niego samo. To przecież standard. Nie tylko w naszym domu.

Wypełzamy więc o 7.30- ja z Antosiem ruszam do Prodeste. Tato z Hanią do przedszkola.

O 8 Antoś zaczyna terapię z p. Moniką. Wczoraj było przekazanie sekwencji, ta edukacyjna jest w całości już oparta na piktogramach. Rewelacja!!!! Tylko nasza Świętej Pamięci Drukarka nie podołała misji piktogramów i wyzionęła ducha dokładnie podczas drukowania piktogramu " spanie". Miała prawo, była starsza od naszych dzieci łącznie ich wiek nawet obliczając. Cześć jej pamięci. Kołujemy godną zastępczynię i troskliwie spoglądamy w kierunku laminarki by i jej niemoc nie objęła bo wtedy jesteśmy w lesie totalnym.

O 8.45 kończymy zajęcia z p. Monika i biegusiem się ubieramy. To znaczy mama biegusiem , bo Anteczek ma czas. Następuje proces zaganiania, wiązania szalika z jednoczesną misją zawołania taksówki i negocjacji z terrorystą że NIE zabieramy tego autka z Prodeste. Luzik.
Wczoraj poznaliśmy też naszą przyszłą Panią Wolontariuszkę- przesympatyczna dziewczyna. Na dłuższe pogaduchy czasu nie było. Mieliśmy tylko 15 minut na dostanie się do żłobka w celach adaptacyjnych.

Taksóweczka już stoi:) Udało się sprawnie dojechać do żłobka( co było tym razem cudem wielkim bo w godzinach porannych Oleska stoi głównie).
Antoś na widok znajomego budynku się ucieszył, szybciutko zapukał w odpowiednie drzwi.
Jeszcze tylko błyskawiczne przebranie, negocjacje że tego autka TEŻ nie bierzemy i na górę. W korytarzu spotkałam koleżankę od wielu lat nie widzianą, ale nie było jak pogadać bo Antoś już się na schody pakował. Następnym razem się uda...może:)

W żłobku bajka. Antoś pięknie przywitał się z Paniami Wychowawczyniami a ja wzruszyłam się totalnie na wieść  że dzieci już pytały o Antosia:) Znaczy się polubiły Naszego Bąbla:)
Atrakcją wczorajszej adaptacji były godzinki spędzone na sali zabaw. Szaleństwom nie było końca!!!

W pojedynkę.


I z kolegą!

I męską grupą ale ze wsparciem Pani:)

 Na " kulkach" Antosiowi bardzo się podobało. Nie zapomniał jak się zjeżdża ze zjeżdżalni, wcisnął się w każdą dziurę a nawet zaskoczył mnie, bo przechodził po ruchomej platformie, a Antoś zwykle nie pałał entuzjazmem do przedmiotów niestabilnych. Jedna była tylko scenka rodzajowa, o wnoszenie picia na teren sali zabaw. Nastąpiła tu próba charakterów, ale pod koniec jednak Antoś załapał " zasadę" i zostawił mi picie a sam chętnie pomagał w sprzątaniu klocków.

Po szaleństwach czas na łazienkę- Antoś powoli przekonuje się że to pomieszczenie nie gryzie i nie pluje, nawet dał sobie łapki umyć. A potem razem z dziećmi zajadał zupkę- szpinakową:) Sam:)



Dzień pełen wrażeń zmógł Małego Odkrywcę więc przed 12 ruszyliśmy do domu. Antoś bezwzględnie wymaga drzemek i z tego powodu musiałam odwołać na czas adaptacji piątkowe zajęcia z SI- po prostu malutki nie dałby rady.

Regeneracja sił od 12.30 do 14.30 a potem obiadek, przebieranko i biegiem po Hanię do przedszkola.

A Hania jak to Hania, ma czas. Ona musi dokończyć układanie klocków. I pożegnać z Dominiką. I Kajtkiem. I z panią Magdą. I zapomniała rękawiczek. I musi się wrócić bo w sali został kucyk. Antek w tym czasie buszuje, wygrzebał już dwa auta i ani myśli przestać  Tłumaczę Pannie Hannie , że ma się sprężać bo taksówka już czeka, bo jedziemy do stadniny. Wizja jazdy na koniu zadziałała motywująco, Hania dostała turbo przyspieszenia. Ale Antoś niespecjalnie, negocjacje w celu oddania autek nie powiodły się , wynoszę więc zawytego Antulka i jedziemy do Zawady.

Czas niezły, do zajęć hipoteraputycznych Antosia zostało 35 minut a to niedaleko. Czemu taksówką?
Bo autobusy tam nie jeżdżą, tylko busiki. Na początku próbowałam, ale...dwoje paskud rozbiegających się niebezpiecznie po busiku to nie jest fajne przeżycie. A do tego rozkład jazdy busików nie chciał się nijak zsynchronizować z naszymi zajęciami i zwykle pół godziny jazdy na koniu wiązało się z 3 godzinną wyprawą i czekaniem na śniegu czy mrozie. Zwykle koszty leczenia przekraczały koszt taksówki, wydębiłam więc w " naszej" firmie taksówkarskiej dużą zniżkę. Auta nie mamy, a na rower jeszcze za zimno:-/

I tak sobie jedziemy...i nagle korek widzimy po horyzont. Dzwonię do p. Magdy, że się jednak zgubimy. Fakt, piątek , ulica wyjazdowa z miasta. Nie mogło pójść gładko. 
W tym czasie Hania jest bardzo zmęczona i chce się położyć u mnie na kolanach a Antkowi włączył się tryb " eksplorator" i próbuje się przedostać do kokpitu samochodu, nadeptując na głowę Hani. Chwytem " podwójny Nelson" zablokowuję opcję ruchu Antosiowi i pocieszam Hanię. Teraz wyją już na dwa głosy:)
Chyba podziałało to mobilizująco na pana taksówkarza, bo gdy korek się rozluźnił znacząco przekroczył on dopuszczalną prędkość. Na tyle znacząco że zdarzyliśmy na zajęcia. 

Antoś na konia a my z Hanią spacerujemy obok. Młoda marudzi bo błoto. A co Ty byś córciu asfalcik chciała w stadninie?" Nie, ale dywan mogliby rozłożyć wtedy mi się buciki nie brudziły". Dziecko betonu przybyło na wieś i się odnaleźć nie umie!!!!
Po dwóch kółkach Hanię już bardzo bolą nóżki a po trzecim następują pytania niczym ze Shreka " Daleko jeszcze?", " Już?", " Kiedy moja kolej?". Tylko nie cmokała jak Osioł w drodze do Zasiedmiogórogrodu. 
Pewnie niebawem się nauczy.
Antoś też nie próżnuje, ćwiczy się we wszystkich możliwych technikach schodzenia z konia. Tyle, że podczas jazdy!!! Pani Magda dzielnie poprawia postawę niesfornemu jeźdźcowi na co on reaguje ostrym protestem i chęcią zejścia. I tak w kółko...
Nastroje na koniu poprawił na szczęście widok nadjeżdżającego traktora, ale w drużynie kroczącej w błotku nastroje coraz gorsze. No to zamiana- Hanka na konia a Antek na barana do mamy. Mamie się już totalnie nogi rozjeżdżają w błotku i walczy o postawę spionizowaną, ale dziecięcia szczęśliwe. Hania doznała cudownego ozdrowienia na grzbiecie, już ją nic nie boli a Antoś wynalazł sobie świetną zabawę- rzut resorakiem z wysokości w błotko. Ile to radości sprawia jak się mama tak ciągle schyla!!!! Przeklinam w myślach filmy familijne na których dzieci są wesołe, pogodne i zdyscyplinowane odkrywają świat. Telewizja kłamie!!!

Po zajęciach jest standardowe karmienie koników. Tyle że z dwójką dzieci to nie taka łatwa czynność.  Kiedy Hania podaje marchewkę Pauli Antoś już zwiewa w kierunku traktorów. Jednym sprawnym pociągnięciem odciągam samobójcę za kaptur na bok- akurat konie były zapędzane do boksów więc z niezłą prędkością biegły. Kiedy Antoś karmi konika Hania znajduje kotka i zaznajamia się z sierściuchem.
Mamy pat. Antoś nie chce odejść od koni, Hania nie chce odjeść od kota. A ja się nie umiem rozdwoić. 
Na szczęście Kicuś dostrzegł myszkę i prysnął od Hani:)
Nastroje wśród pociech jednak pozytywne. Hania strzela wykład o tym jak ją kotecek pokochał, Antoś pokazuje rękami gest Makaton" jazda konna". Czyli szczęśliwe maluchy:)
No to można wołać taksówkę i się zbierać.
Jeszcze tylko utrzymać Antosia z dala od ulicy, jeszcze tylko odpowiedzieć zmęczonej Hani kilkaset razy że taksówka zaraz będzie i że nie może w aucie pic mleka truskawkowego bo powylewa. Potem rozlokować towarzystwo w aucie, przytrzymać władczo uciekiniera i ...uffff, wracamy do domu.

Hania ryczy bo jest głodna. To nic , że pół godziny temu stanowczo odmówiła kanapki. Jej brzuszek teraz bardzo cierpi i się "rozburczał". Antoś chce zaś pic. Ale nie swojego soczku,nie, nie,  on chce mleko truskawkowe. Oczywiście nie przychylam się do tak uroczej prośby, oczywiście wyją uroczo razem:)

Wchodzimy do domu. Jest godzina 17.30 a ja chciałabym paść w progu jak goniec spod Termopil. Nic z tego , trza towarzystwo nakarmić. 
Po karmieniu mała estetka stwierdza że w domu jest bałagan i trzeba posprzątać  No ciekawe od kiedy jej to przeszkadza??? Bo rano jak rozwalała swoje zabawki to jakoś oporów moralnych ni estetycznych nie miała.
Ale po prawdzie Hania proponuje swą pomoc. Ona pozmywa naczynia a ja mam się zając resztą domu.
Do kitu z takim podziałem pracy- mamroczę pod nosem ale głośno pomysł zachwalam , co by entuzjazmu u pomagacza nie ostudzić. Następuje więc praca w podzespołach.

Hania obstawiła zmywak:
Wprawdzie po myciu naczyń przez Hanię niezbędne jest też mycie podłogi...


Ale czy ktoś miałby serce odebrać dziecku taką przyjemność?


Antoś zajął się górnymi powierzchniami płaskimi:
Jasne mamo, że pozmywam blaty! Szczoteczką do zębów! No przecież da się....





Mama ogarnia resztę.

Tuż przed 19 misja zakończona. Dzieciaki idą się edukować na bajkę. Mama w tym czasie ogarnia to i owo w pełnej konspiracji, żeby małoletniego ego nie urazić  Bo naczynia owszem wszystkie pomyte, ale tak że nie tylko sanepid miałby używanie.

19.30 zajadamy kolację. To znaczy dzieci zajadają, bo ja zajęta jestem naganianiem do jedzenia.
Jeszcze tylko wykapać towarzystwo. Bajeczkę przeczytać. Ululać. Utulić. Karne sako u Antosia...

20.45- Bąble słodko pochrapują. 
Trzeba by wstawić pranie ( po błotku ze stadniny jest co prac). Ugotować Antosiowemu Tacie jakiś obiad na jutro do pracy. Posta jakiegoś napisać. Miałam na mejle odpisać. I paczki z allegro spakować  I trzeba wystawić na allegro te 3 kartony co już łypią na mnie okiem z rogu pokoju. 

Siły mi starcza na przebranie się w piżamę- dzień dziecka, dziś się nie kąpię. Nawet nie wiem kiedy zasypiam. Podobno wrócił Antosiowy Tato z pracy- nie pamiętam. Podobno się Antoś obudził i przyszedł przytulic- nie pamiętam, ale skoro o 4 był wtulony we mnie to chyba tak było.

Zmęczona jestem po tym tygodniu jak koń po wyścigu. Wspaniałe jest to że Antoś tak fajnie wszedł w grupę żłobkowa i tak mu się podoba. Ale druga strona medalu to totalna reorganizacja naszego dotychczasowego rytmu, wszystkie ranne terapie trzeba teraz " gdzieś" poupychać. 
Doba mi się skurczyła strasznie. Albo zadań jest więcej albo ja się starzeję i mniej mam możliwości adaptacyjnych. Albo kurde nieumiejętnie zarządzam czasem...
Kawa już nie pomaga, Yerba mate też nie zawsze stawia już na nogi.
Macie jakieś sprawdzone sposoby jak przetrwać " kociokwik"?