środa, 30 stycznia 2013

Dyktator

Spędziłam właśnie interesującą godzinkę.
Miałam audiencję w pokoju Antosia. Mały zastękał, rzewnie przywołał więc rozpoczęliśmy nocny rytuał.
Soczek.
Kołderka.
Podać Piotrusia( pociąg).
Podać Henia ( pociąg).
Podać autko. Nie takie. Inne.
Pogłaskać.
Jeszcze raz nakryć kołderką.
Ok. Już. To już śpij synku.

Odwracam się, azymut  obrany na inne pomieszczenia domowe kiedy słyszę:

- O nie!!!

Odwracam się, siedzi dumny książę na łóżeczku i zarządza światem:

- Tu!!! Tu i tu!!!!

Wyciągnięty jak strzała palec nie pozostawia wątpliwości. Czeka mnie karny worek sako przy łóżku- czyli ja siedzę i nie mrugam , nie macham, nie głaszczę, oddycham w wyjątkowości i po cichu. I kibicuję zasypianiu Antosia.
Lipa, biegnąc na sygnale nie wzięłam telefonu, a karne sako może czasem trwać godzinę albo i dwie.
No to będzie uroczo...
Siadam

- Nie tu! Tu ( palec wskazujący na wąziutką szczelinę między barierką łóżeczka a Antosiem)

A to nowość! Zwykle nie dostępuję takich zaszczytów!!!
No dobra, to się gramolę! Wciśnięcie się na oszałamiającą przestrzeń łóżeczka Antosia nie jest łatwe ale dałam radę ( schudnę kiedyś!!!).
No to powtarzamy.
Piotruś.
Henio.
soczek.
Kołdra.
Autko ( nie czerwone, to żółte).
To już śpimy Antosiu.

- Nie!!!

Zaraz wybuchnę, jak mu wygarnę co sądzę o pociągach o 23 w nocy to mu w pięty pójdzie!!! No tak, ale wtedy nikt już nie zaśnie tej nocy. Wdech, wydech...
Co chcesz Antosiu?

- Mama! 
- No ale jest mama, tu, na łóżku...( o co mu chodzi, co????????)

Antek popatrzył na mnie spojrzeniem w stylu " taka duża a nic nie rozumie", wziął moją rękę i władczo zarzucił na siebie. I zasnął.
Oho...tego nie pisali na żadnym kominie! Tak jeszcze nie było!!!

Po jakimś czasie z gracją przyciężkawej baletnicy wygrzebuję się z łóżeczka. I słyszę władczym tonem:
- Nie, nie , nie! Mama tu, aaaaaa

W wolnym tłumaczeniu: wysoki sąd nie przychylił się no wniosku pozwanego i podtrzymuje areszt łóżkowy.
No gramolę się od nowa.
Henio.
Piotruś.
Soczek. Kołderka.

- Mama, nie!!! Tuli....

I świat nagle ograniczył się do dwóch wtulonych rączek.
Chwilo trwaj...



wtorek, 29 stycznia 2013

Conan Niszczyciel powrócił

Może jeszcze nie w pełnej, oszałamiającej postaci fizycznej, bo chude to to i patyczakowe. Ale zdecydowanie w formie niszczycielskiej:)

Niech Was nie zmyli mój wygląd aniołeczka- ja już mam plan!!!


Kiedy Antoś miał 9 miesięcy wybraliśmy się do znajomych. Adrian i Magda spodziewali się dziecka więc wizyta wszędobylskiego i mobilnego na czworakach bajtla była dla nich ciekawym doświadczeniem.
Wraz z przemieszczaniem się Antosia Magda czyniła kolejne notatki w stylu: schować kabel od lodówki, zabezpieczyć gniazdko w pokoju, przenieść książki piętro wyżej.
Adrian nie chciał brać udziału w tych zajęciach doświadczalnych i po męsku rozsiadł się z laptopem na kanapie.
Zdarzyłam rzucić że to nie jest najlepszy pomysł i żeby schował laptopa bo nie mam forsy na odkupowanie.
Adrian popatrzył na mnie zdumionymi oczami:
- a co takie małe rączki mogą zrobić laptopowi? poza tym on się nie wgramoli na kanapę, nie ma szans

No i to był poważny błąd strategiczny. Nie wiadomo czemu Antoś urodził się z oprogramowaniem wzbogaconym o wewnętrzny GPS, bezbłędnie wyczuwa uruchomiony sprzęt multimedialny w nanosekundy się przy nim znajduje, często pokonując bariery architektoniczne nie do pokonania.

Więc sekundę po zapewnieniach Adriana jego laptop został pozbawiony trzech klawiszy, z czego jednego bardzo skutecznie...

Wersja ruchoma- made by Antoni


Kiedy nieopatrznie ciemną a pracowitą nocą zostawiłam komputer na stole, rano( o ile 4 rano to ranek!!!) obudziło nas solidne ŁUBUDU. Laptop uczył się fruwać  Nauka nie poszła w las- mimo że minęło kilka miesięcy nadal komputerek ma części ruchome



Gdy lojalnie uprzedziłam koleżankę by schowała telefon do torby, bo w zasięgu rączek Antosia nie jest on bezpieczny...znów zostałam zbagatelizowana. Niestety chwilę później pływający I-phone 3 w herbacie nie chciał się za cholerę zbagatelizować!!!

Jeśli Antosia nie ma w zasięgu wzroku na minutę i nie słychać lamentów...wiedz że coś się dzieje. I straty będą nieodwracalne.
Nie pojmuję dlaczego ale Antoś poznaje świat poprzez rzut, najlepiej żeby to był rzut z mocnym hałasem. Każdy nowo poznany przedmiot Antoś musi cisnąc o ścianę lub podłogę, jeśli jakimś cudem się nie rozwali- przeszedł test na nową zabawkę Antosia i można przejść do detali przedmiotu. Młody doskonale wie że tak nie wolno, dlatego rzuca z partyzanta, a przyłapany na gorącym uczynku puszcza uśmiech nr 36 a jego chochliki w oczach rozglądają się za kolejną ofiarą. Załatwił mi 3 telefony, bezbłędnie i celnie rzucił drewnianym młotkiem z Ikei w telewizor, codziennie kombinuje jak zrzucić mikrofalówkę.

Proszę mi podać ten ekspres, poprawię mu tylko parametry:)

Lista strat jest dłuższa niż expose premiera Tuska więc uwierzcie, ksywka Conan Niszczyciel została w naszym domu nadana Antosiowi zasłużenie.

Wszyscy już wiedzą o zapędach Antosia. Tam gdzie pojawia się Antoś tam następuje błyskawiczne oczyszczanie pomieszczeń. Żadna perfekcyjna Pani Domu nie pochowa tak szybko laptopa, telefonu, aparatu i kabli w ułamek sekundy.

Ale dziś właśnie Tatkowi coś odbiło. Dziś- kompletnie nie wiadomo czemu- postanowił był twórczy i kreatywny. Wygrzebał z jakiejś siaty czołg na baterie i postanowił się z synkiem pobawić.
Ja wiem , Tato w sumie to też taki dzieciak- tylko ciut wyrośnięty i po prostu sam się chciał poszaleć czołgiem. A do czołgów i innych militariów słabość mamy ogromną. Ale czemu na posępnego Zeusa z Antosiem???????

Zabawa była przednia. Antoniusz bardzo szczęśliwy. Nagle- pstryk! Nagle - mig! W Antosiu włączył się Conan. 15 minut później Tatko miał minę jak rasowy dwulatek któremu ktoś zajumał lizaka, zaś czołg rozczłonkował się bardzo i jakoś baterie już nie stykały.
Tatko rzucił fochem, mrucząc pod nosem że czasy ołowianych żołnierzyków- jak widać- nie były takie złe...
A Antonim zaś uruchomił się tryb : zgliszcza i chodził do domu z miną szelmowską.

Co by tu jeszcze spsocić?
Nie wiem co powiemy Hani jak powróci z wojaży u dziadków. Jej super wypasiona kolejka elektryczna nie jest już super. Po prawdzie nie jest już też kolejką tylko zlepkiem plastiku, metalu i kabelków.

Próbowałam odwrócić pasję Antulka na inne tory, proponowałam rysowanie, ale zjadł kredki. Podczas kąpieli dałam kredki do malowania w wodzie po tym jak utopił auto. Pech chciał że kredki były wypasione, z regulacją wysuwanego rysika. Nie ma więc ani kredek ani regulacji, mały majsterkowicz rozłożył w trymiga na czynniki pierwsze.

Tatko teraz klei zderzak od ukochanego autka Antulka a ja się cieszę!!!
Bo skoro Szkodnik szkodnikuje to znaczy że Antoś wraca do siebie, zdrowieje!!!!
I znowu nasze życie wróci na normalne obroty, tak koło 60 na minutę:)
Święty czas!!! Bo nudno już było i jakoś tak zupełnie nienormalnie...


Głosowanie trwa do czwartku do godz. 12, pamiętacie?

niedziela, 27 stycznia 2013

Mała bida z nędzą

Z rańca przybyli dziadkowie i zaanektowali dziecię starsze na ferie do Radomia. Już od dawna kłębił nam się taki pomysł w głowie, w końcu Hania jeszcze nigdy u dziadków nie była. Ba, na feriach nigdy nigdzie też nie była.

W takim nastroju Hanula dziś wstała wiedząc że to dziś jedzie  do dziadków!!!!

Przygotowania do wyprawy trwały długo, głównie mentalne więc mała globtroterka z przyjemnością się zapakowała, pożegnała z Antosiem i ze mną i poszła w długą z dziadkami...
Antoś jakoś specjalnie wylewnie się nie pożegnał. Ani z Hanią ani z babcią i dziadkiem. Chorowitek z niego jeszcze straszny, więc myślałam że jakoś specjalnie nie zwrócił uwagi że wychodzą.

A jednak niedługo po zamknięciu drzwi Antoś rozpoczął rundkę po mieszkaniu w poszukiwaniu. Obiegł dom, znacząco pokazując że " nie ma". W końcu zrezygnowany siadł pod drzwiami wejściowymi i rzewnie się rozpłakał. Tuliłam, tłumaczyłam , całowałam ale rozpacz trwała jednak dość długo , co chwilę wspomagana tłumaczeniami, że " nie ma ni". Trochę niedomyślnej matce zajęło zanim się połapała że " ni " oznacza że nie ma Hani. I powiem szczerze że jestem bardzo zaskoczona reakcją. Przecież codziennie Hania wychodzi do przedszkola, żegnając się tak samo z Antosiem i Maleńki nie rozpacza. A teraz jakby wyczuł, zrozumiał że Hania pojechała daleko z dziadkami i nie wróci jak zwykle z przedszkola popołudniu...

Markotność zamieniła się w senność  ale jednak nie dał się przekonać do odejścia od drzwi. I tak właśnie dziś Antoś zasnął na drzemkę:




Spał skromniutkie 5 godzin i wstała ta moja bida z nędzą. Blady ,zataczający się , markotny i chudy jakiś taki. Antoś nie chce jeść, co jest dla nas dość nowym zjawiskiem, na szczęście dużo pije.
Bardzo jest słabiutki przy tej chorobie. Z jednej strony jest lepiej, Antulek już nie gorączkuje  zalegania są znacznie mniejsze, katar powoli odpuszcza. Ale skutki uboczne choróbska widać jak na dłoni.

Jeśli jeszcze nie wypuściliście kciuków z dłoni...to bardzo prosimy, pozaciskajcie jeszcze troszeczkę. Antulek bardzo słabo chodzi, potyka się, przewraca, chwieje a jeśli uda mu się przejść kilka kroków bez kontaktu z panelami to tylko na palcach. A asymetrię widzi nawet tak niewprawne oko jak moje.
Ja wiem , że to osłabienie. Wiem, że przy takim wysiłku organizmu  napięcie mięśniowe u dzieci ze zwykle obniżonym fiksuje bardzo. Mieliśmy już takie sytuacje, po grypie bostońskiej latem p. Ania- nasza fizjoterapeutka załamywała ręce jak zobaczyła Antulka. Dziś też uspokoiła mnie p. Dagmara, psycholog Antosia z Fundacji DOM, tak bywa bardzo często, jeszcze i integracja sensoryczna pewnie poleci na łeb na szyję. Dajemy więc Antulkowi tak z tydzień na stopniowe dojście do siebie. Jeśli się będzie on ociągał, a problemy motoryczne utrzymywały trzeba będzie wykorzystać nasz " bon regresowy" z CZD. Oby nie...
Ze sfiksowanym napięciem mięśniowym i sensoryką w miarę szybko sobie sami poradzimy. Regres...z regresu też wyjdziemy, zawsze wychodzimy, ale zajmuje to znacznie, znacznie więcej czasu, czasem i kilka miesięcy.
Pewnie się zamartwiam jak to zwykle kwoki czynią zupełnie bez powodu, bo przecież chłopaczek ma prawo być osłabiony. Ale niestety w pamięci też mam grudzień 2011 r. gdy podanie antybiotyku cofnęło nas hen hen wstecz i dużo pracy włożył Antulek, a my razem z nim by wrócić do pozycji wyjściowej.
Na razie nie panikuję,czekam, obserwuję, głaszczę i po prostu bardzo chciałabym żeby Maleńki z charakterystycznym dla siebie przytupem zaczął broić, szaleć i biegać...
A może po 4 latach matka jest już zmodyfikowana genetycznie i mentalnie i nie toleruje ciszy w domu wywołanej brakiem Permanentnie Gadającej Córki oraz osłabieniem Małego Krzykacza?


sobota, 26 stycznia 2013

Punktualny Antoni

Antoniusz jest punktualnym dżentelmenem. Zawsze przybywa na czas, o umówionej porze.
Powstał dokładnie wtedy kiedy miał według swobodnych marzeń rodziców. Miał się urodzić 17 września? Proszę bardzo, faktycznie nie wypada się spóźnić. Ale nie było powiedziane o której godzinie więc wybrał sobie godziny wieczorne, a co się będzie śpieszył!

Miał się chłopaczyna zebrać w garść do soboty? Bo jak nie to zastrzyk! Miał? No miał!
Tyle ludzi zaglądało mu w oczka, prosiło, błagało i kciuki trzymało że nie można było tego zaniedbać!!!  I proszę bardzo, Antoni zaczął reagować na antybiotyk, ale dopiero w sobotę, nad ranem...

Wczoraj nie było znaczącej poprawy. Było dobrze, bo nie było gorzej. Ale wczoraj był piątek, a ja się z lekarką na zastrzyk umówiłam na sobotę, prawda?

No i proszę, przywędrowało to nasze szczęście w nocy do nas, przytuliło się i zasnęło. Z nami!!! No to już wiedziałam ,że coś tu nie gra...Odruchowo sprawdziłam nagrzanie organizmu...Ooooo, zimniutki!!!
No to co tak będę leżała bez ruchu koło niego? Zasnęłam ( choć zdecydowanie nie taki był plan, plan zakładał czuwanie...:-/)

O swojej standardowej godzinie W oberwałam po głowie karetką pogotowia. Otworzyłam ślepia i zobaczyłam uradowanego chłopaka!!! Antoś strzelił uśmiech na pół pokoju.

Wyściskałam brzdąca i budzę Tatka.
- widzisz?
- no nareszcie, aleś nam chłopie stracha napędził!!! To ja puszczę bajki, cooo?
Skoro tata z entuzjazmem wstał to sami pomyślcie jak nas Antoś nastraszył!!!!

Rozległo się radosne " taaaak" z odpowiednim gestem.

Kryzys zażegnany!!!

Wprawdzie nadal kaszle okrutnie, wprawdzie dalej rękaw pełni funkcję podręcznej chusteczki bo nie nadążamy do kataru ale nie ma gorączki, nie ma tej senności i przeklętej ciszy bez krztyny sił w Maleńkim.
Wraz z apetytem powróciło Antosiowi oprogramowanie typu " Antoni- Kłótnik" , pokrzykuje na nas, wkurza się o byle co, stroi fochy. I nie sądziłam że można się tak z awanturniczego usposobienia ucieszyć!!!

Synku, pewnie nie raz będę miała niezbyt pochlebne zdanie gdy będziesz mi wkładał do nosa kredki o 4 nad ranem lub walił resorakiem w głowę. Ale obiecuję Ci, nigdy przenigdy już nie będę narzekać  Budź nas, krzycz, przestawiaj po kątach tylko nie rób nam już takich numerów ze swoim zdrowiem, co????

Żebym nie była posądzana o obietnice bez pokrycia pozwolę sobie zamieścić zdjęcia sprzed ..10 minut:)
Albowiem Królewicz sieje nocne spustoszenie i ani myśli spać.
Nic to, zdecydowanie wolę Antosia w tym stanie zdrowia i humoru.


No co Ty, Mamo...Wcale nie jest późno!

Posmerfimy? Nie? To zęby umyjemy!!! O 22 też należy myc zęby Mamo!!!

A założysz się Mamo, że się pohuśtamy?






Z tego wszystkiego nie podziękowałam Wam nawet za ogromne wsparcie  w konkursie BLOG ROKU!!! A dokonaliście rzeczy wielkich bo z 550 blogów w kategorii jesteśmy gdzieś koło 50 pozycji!!!!! A przecież konkurs się jeszcze nie kończy! Dziękujemy! Kto wie...może zbliżymy się jeszcze do kwalifikacyjnej dziesiątki?




czwartek, 24 stycznia 2013

Nie jest dobrze, kruca bomba...

Antoś nieźle nas przeczołgał chorobowo przez te dwa lata. Spoko przeszliśmy, dużo leczyliśmy i niejedno choróbsko nie jest nam obce.
Ale tak źle jeszcze nigdy nie było...
W czasach normalnej żywotności Antulka nie raz wnosiliśmy oczy do nieba z zapytaniem czy będzie chociaż raz w tym domu cicho przez jeden dzień.
No i było cicho. Wczoraj. I dzisiaj...
Antoś jest tak słaby że nie ma siły chodzić, zatacza się...
Walczy z gorączka i jest to nierówna walka.
Nie je i nie pije bo przy każdej próbie kaszel go dusi. Zresztą jak nie podejmuje tych prób to też go dusi.
Więc głównie śpi...
A ja naprawdę wszystko bym oddała żeby ta cholerna cisza się skończyła!

Wczoraj jak padł o 14 godzinie tak spał do 4 nad ranem. Dziś próbował być trochę bardziej żywotny kiedy na chwilę spadła gorączka...ale chwiał się bardzo na tych krótkich nóżkach.

Mamy więc regularne zapalenie oskrzeli, jak to pani doktor dziś orzekła ostatni moment przed zapaleniem płuc. Wkracza antybiotyk na główną linię ognia.
Pierwotnie pani doktor chciała malutkiemu zlecić zastrzyki. Wybłagałam w syropie- jeśli do soboty rano Antosiowi nie będzie znacząco lepiej , wkracza zastrzyk.

Nie, nie jestem wrogiem zastrzyków, tak naprawdę też uważam że przy Antosiowych kłopotach z wchłanianiem jest to lepszy pomysł. Ale mam dwójkę dzieci, a nie mając z kim zostawić Hani nie mogę jej narażać świeżo po chorobie na wizyty w kichająco-prychających przychodniach żeby Antulkowi zrobić zastrzyk. A nie mam żadnej zaprzyjaźnionej pielęgniarki.Ot , dylematy w połowie samotnej matki ( w połowie bo tato od 8.30 do 22.30 poza domem).  I po ludzku...nie mam też na dwa kursy dziennie taksówkami do przychodni... Więc naprawdę potrzeba dużo dobrych fluidów i mocno zaciśniętych kciuków żeby Antoś zareagował na antybiotyk w syropie i wziął się wreszcie do walki.
Bo naprawdę serce pęka jak się patrzy na tak umordowanego Maluszka...

Przez naszą wojnę z bakcylem zupełnie umknęło mi że rozpoczęło się już głosowanie w konkursie blog roku. Jakoś w ogóle nawet nie pomyślałam,nie sprawdziłam tego mejla dzisiaj...
Na szczęście Antoś ma bardzo Kochaną Ciocię- Ciocię Danusię, mamę Justynki i Kasi. To ona wysłała mi dziś banerek i cały instruktaż dotyczący konkursu. Zrobiła za nas wszystko, odnalazła numer telefonu na który wysyła się smsy, dowiedziała się jaka treść ma być wpisana jeśli chce się oddać głos na blog Antosia i nadała tym danym oprawę graficzną:


 Jeśli więc zechcielibyście zagłosować na nasz blog to bardzo prosimy o wysłanie smsa o treści : A00466 ( zero nie literka O) pod numer 7122. Sms kosztuje 1,23. Z każdego numeru można tylko raz zagłosować na konkretny blog. Prosimy więc o jednego smsa od Was, Waszych znajomych....
Kto wie, może kiedy Antoś wyzdrowieje pojedziemy na wakacje? Nie turnus, nie rehabilitacje ale takie prawdziwe regularne wakacje?
A może po prostu mały weźmie się w końcu do walki gdy mu powiem ile osób trzyma kciuki za jego zdrowie? To Mały  i dzielny Mężczyzna, ale w końcu facet- potrzebuje mocnej mobilizacji żeby się zabrać do roboty:)

A gdy już będziecie trzymać telefony w rękach to może pomyślicie o Danusi i Justynce? Bo one też startują w tym konkursie i mimo, że formalnie rywalizujemy to okazały nam tyle serca i pomocy ( Justynka i Blog Roku ).
To jest najpiękniejsze w takich konkursach, że tak naprawdę nie cel- wygrana się tu liczy, ale pomoc. Pomoc dziecku, nie tylko swojemu ale też innym, tak jak pomogła nam Justynkowa Mama. Nawet pieniądze pozyskane z wysyłanych smsów będą przekazywane na rehabilitacje maluchów.  Pomożecie?

wtorek, 22 stycznia 2013

Wróg u bram

Wróg stanął u naszych bram i nie chcę się dać pogonić!!! Jeszcze nie wiemy czy mamy do czynienia z grupowym najeźdźcą stworzonym z grup szturmowych bakcyli grypowych, płucnych i innych czy też dopadł nas jeden, doskonale wyszkolony snajper ( gronkowiec w gardle?). Tego dowiemy się na dniach w ramach zwiadu laboratoryjnego. Póki co wróg wygodnie rozlokował się na pozycjach strategicznych i zamknął nas w ogniu natarcia na długo ( wstępnie do 31.01, ale to są optymistyczne rokowania).

 Wróg stosuje atak frontalny różnymi bateriami: katar, okropny kaszel, gorączka, osłabienie, ból gardła uniemożliwiający jedzenie. Wróg jest cwany, próbuje Antosia odciąć od zaopatrzenia, wiedząc że kto jak to , ale Antoś bez jedzenia długo nie przetrzyma.

 Nie zamierzamy się poddać bez walki, o nie! Wprawdzie nie do końca wiemy z kim walczymy ale arsenał też wytoczyliśmy ciężki. W grę wkroczyły syropki, sterydy, inhalacje, spraye, leki przeciwgorączkowe, maści. Jeśli nie przełamiemy linii wroga rychło będziemy musieli wyciągnąć broń próżniową ( bańki), a jeśli i to nie pomoże czeka nas ostateczne rozwiązanie kwestii bakteryjnej, broń masowego rażenia- antybiotyk. To oczywiście ostateczna ostateczność, albowiem jak to broń masowego rażenia antybiotyk skosi bakcyle ale i Antosia. Tak więc walczymy i czekamy...

Broń szybkiego reagowania

Antoś żołnierzem jest dzielnym i odważnym,a przede wszystkim zdyscyplinowanym. Łyka co matka zapoda bez protestów, nawet wyjątkowo nos da sobie oporządzić. Podpatrzył też metody postępowania w przypadku ataku bronią katarową od starszej podporucznik Hanny i stara się radzić sam z wrogiem. Wprawdzie w rękaw, ale jednak!!!
Prawdziwy żołnierz regeneruje siły nawet przy dźwięku bomb, tfu inhalatora



Zawsze jednak zachowuje czujność- Czy już koniec mamo?


 Widać szturm bakcylowy jest naprawdę ciężki bo nie tylko Antoś opada z sił w walce. Kolega A. też dziś jakiś niemrawy. Co mnie akurat bardzo cieszy. Zwykle kiedy wchodzimy do Ulubionej Przychodni Kolega A. stara się zaprezentować ze swej mocnej strony. Zarzuca więc krzykami, płaczem, tupaniem, waleniem głową o podłogę, uciekaniem. Położy się też czasem w progu gabinetu i trzeba go wciągać na siłę. Kolega A. jest niedotykalski. Jasno daje do zrozumienia że osąd na temat jego stanu zdrowia ( i Antosia) można wyrazić tylko po oględzinach, żadne słuchawki, patyczek czy już coś wkładanego do ucha grozi uszczerbkiem na zdrowiu El Doktorre. A dzisiaj?

 Dzisiaj wszedł do Przychodni, rozejrzał się i tak rzece do Antosia:
 - słuchaj Antek, ja się dzisiaj coś nie bardzo czuję. Musisz to załatwić sam.
 No to Antek załatwił. Wszedł, przywitał się . Dał się się spokojnie osłuchać jednocześnie pokazując kolory na kolorowych plakatach w gabinecie. Przełknął patyczek bez zbytnich protestów. Ubrał się. Kiedy mamuśka dyskutowała z El Doktorre poszedł się zważyć. Pożegnał się z Doktorkiem po męsku. Powiedział pa-pa. Sam otworzył drzwi. Poszedł do apteki. Tam była choinka więc matka struchlała. Ale nie , pooglądał swoje boskie oblicze w bombkach, pobawił się zabawką grzecznie siadając przy stoliku. Pomachał pociągowi za oknem. Pożegnał się z Paniami Farmaceutkami. Wsiadł grzecznie do taksówki nie próbując zabrać taksówkarzowi drążka od skrzyni biegów.

 Coś nam Kolega Autyzm podupadł na zdrowiu, słabiuśki dziś i mizerny...
 On się chyba jednak szybciej zregeneruje od Antosia i jeszcze pokaże co o nas myśli. Tak coś w kościach czuję...

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Fotoreportaż dla babci i dziadka

Kochana Babciu Teresko, Babciu Beatko i Dziadku Staszku!

Ponieważ bardzo Was kochamy i bardzo za Wami tęsknimy chcieliśmy dla Wyjątkowych Babc i Dziadka zrobić Wyjątkowy Prezent. Dziś jest Wasze święto i my chcieliśmy Wam przekazać wszystkie nasze kolorowe myśli i uczucia, właśnie do Was, bo lepszych Babc i Dziadka na świecie nie ma!!!

Podeszliśmy do tematu profesjonalnie, przejrzeliśmy albumy ze sztuką współczesną w poszukiwaniu natchnienia do Arcydzieła( kolorowanki).

Ale nic nie było wystarczająco Wyjątkowe. Zabraliśmy się więc do pracy samodzielnie, polegając na naszym własnym poczuciu estetyki.

Z entuzjazmem:

Oraz z gotową koncepcją:

Uznaliśmy że kluczową rolę odegra symbolika serca- wielkiego jak nasze:


Pieczołowicie mieszaliśmy farby:

Odmierzaliśmy dokładnie ilość odcienia szmaragdowego by Arcydzieło nabrało głębi:

Pracowaliśmy zgodnie, wzajemnie sobie pomagając:

A także z ogromnym apetytem:


Rozważaliśmy różne nurty artystyczne , techniki i formy:



Po przedyskutowaniu sprawy uznaliśmy że najbliżej nam do prymitywistów:





" Czasem Dziadkowi schowam okulary,
Odnowię farbami kapelusz stary.
Babci zmienię pilotem program na " Klanie"
Wysmaruję fotel maścią bo ją w krzyżu łamie.
I tak nowe psoty wciąż wymyślamy
Ale tak naprawdę bardzo Was kochamy"

Wszystkiego najlepszego dla Babci i Dziadka życzą 

Hania


i Antoś:)


Jak sami rozumiecie dzieła te mają tak wielką wartość artystyczną, że nie można ich było powierzyć konwojowi ni żadnej firmie przewozowej. Leżą więc w  majestacie oczekując przejęcia przez prawowitych właścicieli- miłośników sztuk wszelakich.

Pozdrawiamy
Hanna da Bajkiewicz i Antoniusz z Opola

niedziela, 20 stycznia 2013

Dla odmiany chorobowo na maxa!

Kiedyś miałam sen czujny jak zając. Słyszałam każdy szelest w pokoikach dzieci, podbiegałam do wychodzącej Hani nim ta jeszcze dobrze otwarła drzwi.
Ale to już przeszłość.
Dziś w nocy obudził mnie ból głowy i mocne szarpanie.
Wojna- pomyślałam.Albo...rany boskie trzęsienie ziemi!!! Blok się wali.
Uśpiona, ale jednak istniejąca logika od razu zaalarmowała w obolałej głowie, jakie trzęsienie...w Opolu bloki się nie walą..
Łubudub...ŁUP!!! Trzask!!! Znowu boli. Normalnie czymś dostałam w głowę!!!
Otwieram jedno oko. I widzę wkurzonego potworka w pasiastej piżamie, który na mnie siedzi i okłada mnie szarym, plastikowym pudełkiem z autkami!
Pudełko nie takie znowu malutkie, po 10 litrowej farbie Nobiles..wypełnione po brzeg resorakami więc moc uderzeniową miało.
Trzeba jednak jeszcze raz przemyśleć pomysł tej konferencji. Co z tego że Antoś doskonale zna gest " otwórz" i " pomóż mi" skoro przed 4 w nocy nie pokusił się o jego użycie tylko przeszedł od razu do metod siłowych?
No dobra, uczciwie trzeba przyznać...Może i machał łapkami gesty ale jak spałam to nie widziałam. Więc pewnie się zirytował jegomość.

Z rozmyślań wyrwał mnie trzeci cios, centralnie w nos. No dość!!! Zaczynam wierzgać nogami żeby zrzucić z siebie oprawcę. Nie mogę. Moje nogi są ciężkie i nie chcą współpracować. Wychylam się , zza Antka wystaje bezwładnie stopa.
Aha, przylazła. I znowu zrobiła sobie ze mnie materac....
Przesuwam Antka otwierając pudełko.
Delikatnie gramolę się do Hani co by wiedźmy nie obudzić bo będzie po spaniu a przecież 4 nawet nie ma.I tym momencie rozlega się rozkoszne:
- Cześć mamusiu, nie śpisz już? To puść bajkę!
Opadłam bezsilnie na poduszkę...

Powybijam ich kiedyś, zabarykaduję, zamknę w schowku na szczotki! 
Stop. My nie mamy schowka na szczotki. Ani strychu, spiżarki. A do piwnicy się nie zmieszczą. To trzeba zombiaki jakoś ucywilizować.

- Łukasz, Łukasz, obudź się!!!
- Eeeegaagaga?
- No wstały już, włącz im bajkę!
- Czemu znowu ja , ja nie chcę, Ty wstań!!!
- Ja odparłam atak frontalny na pierwszej linii śpiąc po zewnętrznej i poniosłam rany w boju. Teraz Ty zajmij się logistyką!!!
- Ty mnie już chyba w ogóle nie kochasz...
I podreptał z miną skazańca do bajek.

Ależ kocham, tylko o czwartej nad ranem każdą minutę snu kocham bardziej.

Ale pokarało mnie za niewdzięczność małżeńską. Bo potem był rytuał Hani: zamęczyć mamę roszczeniami ( kakao, jabłuszko, ciszej bajkę, teraz głośniej, piciu dla Antosia 
etc etc etc do 7).
Potem trzeba  było Hani podać antybiotyk. 
A potem Antek zakaszlał donośnie i natychmiast oprzytomniałam. Zapalenie krtani jak nic!

Łaską pana naszego, El Doktorre dzieciaki były zdrowe aż trzy tygodnie. A nie, przesadziłam, przecież Hania od tygodnia siedzi w domu doniośle kaszląc.No to dwa tygodnie.
No to faktycznie, już czas na jakąś gorączkę i syropki...
Pewnie dlatego nie oznajmiłam moim dziecięciom co o nich myślę. Bo dla chorych dzieci trzeba byc współczującym i wyrozumiałym.
Nie żeby te nocne brewerie miały coś wspólnego z chorobą. Nie , nie.... To codzienny urok posiadania w nocy NASZYCH dzieci.
Ale jak są chore to im tego nie wypominam. I próbuję się nie denerwować na myśl o kolejnej nocce popijając n-tą kawę.

Podałam śniadanko, zaaplikowałam syropki, pomierzyłam gorączki, nawilżyłam gardełka.
Tato poukładał z wiedźmowatą Lego i nawet nie zasnął. 
Wykazałam dobre serduszko i zapytałam co mendząca całodobowa chciała by na obiad.
_ Rosołek z makaronikiem i spagetti z mięskiem
- Dobrze córeczko.

Zaglądam do lodówki....o liche zaopatrzenie. Stan izolacji bakcylowej w ostatnich dniach uniemożliwia wykonanie choćby jednej potrawy.
- Łukasz, idę do sklepu
- Nie zostawisz mnie z nimi samego!
- to idź sam do sklepu
- ale ja nie wiem co kupić
- to wracam za 15 minut

W sklepie żadnych nadziei na rosołek, nawet bez makaroniku. Jedyne dostępne  składniki w sklepie sugerują kapuśniak.Ale spaghetti powinno się udać.

Wracam, chorowitki śpią. A jednak Tato to prawdziwy Marines!
- Antek ma gorączkę, prawie 38..
- To ja będę odwoływać terapię
- A kupiłaś wszystko?
- Nie ma szans! Zamiast rosołu będzie kapuśniak
- Oj, lasce się to nie spodoba.

Wstało dzięcię ciut zdrowsze. Podaję zupę.
- Ale mamusiu, nie na taką zupę się umawiałyśmy
- Rosołku nie będzie bo nie było składników w sklepie, jutro zrobię rosół
- Ale mnie ta zupa nie smakuje!
- A skąd wiesz jak nawet nie spróbowałaś?
- Bo niesmacznie wygląda

Zaglądam w talerz, kapuśniak jak kapuśniak, nie chodzi , nie kwiczy, nie klaska skwarkami. Zwykła zupa
- Haniu, wygląda normalnie i smakuje też dobrze, proszę się natychmiast zabrać do jedzenia!

Wzięła na czubeczku łyżki do buzi i się wykrzywiła
- No przecież mówiłam że jest zupełnie obrzydliwa!

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
Zrezygnowałam syknęłam: to się bujaj!!!
Młoda myśl natychmiast podchwyciła z uśmiechem
- Naprawdę mogę? Mogę wstać od obiadu i iść się pohuśtać? Ale super!!!

Zaganiam na drugie danie- zgodnie z oczekiwaniami
- Ale mamo , ten makaron jest strasznie długi!
- No tak ,bo to spaghetti, takie chciałaś
- ale ja chciałam innie ( co to za słowo, co?) wyglądające spaghetti, nie takie długie!
- no to Ci pokroję Haniu
- to już nie będzie to samo i teraz muszę być przez Ciebie głodna!

Antoś śpi złożony gorączką, Hanka mendzi. Do wieczora zostało 4 godziny. Do nocnej pobudki 8. Dołożę wszelkich starań by nie zwariować i pochwalić się jutro składem osobowym rodziny nie zmienionym.






sobota, 19 stycznia 2013

Duży zaszczyt i ogromne wyzwanie

Tu podaj tekst alternatywny

Oto nasza niespodzianka!!!!
Spotkał nas wielki zaszczyt, za sprawą dr Joanny Ławickiej zostaliśmy zaproszeni na Bardzo Poważną Konferencję.

Jako że konferencja jest naprawdę bardzo profesjonalna  to od razu wpadłam w popłoch czy oby podołam.
Wprawdzie w życiorysie swoim miałam okazję zakosztować życia naukowego i wypowiadałam się nie raz...ale o historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To nieco odległa tematyka od komunikacji alternatywnej, od autyzmu również.
Od razu więc w panice wypytałam zarówno Joannę Ławicką jak i organizatorów czy oby na pewno ja- a w zasadzie to Antoś na tak poważną i dostojną konferencję się nadamy. Wszak ja laik jestem , mogę powiedzieć tylko z perspektywy rodzica ja wyglądają nasze starania w pracy nad komunikacją Antosia, mogę na filmikach pokazać jak Antulek sobie radzi ale żadnych mądrych wykładów nie uskutecznię, bom przecie nie uczona w tej materii.
Zarówno dr. Ławicka jak i Organizatory przekonali mnie że moja koncepcja prezentacji Antosia ma sens, że właśnie na tym im zależy , na żywym przykładzie radosnej komunikacji Antulka.

Dziś dostałam program konferencji. Z dumą i ogromną radością pragnę zawiadomić że prezentacja pt " Antoś rozmawia rączkami- wykorzystanie metody MAKATON w terapii małego dziecka z autyzmem" zostanie wygłoszona 9 marca w bloku tematycznym: Dlaczego AAC? - Wczesne wspomaganie porozumiewania się małego dziecka z autyzmem.


Bardzo się cieszę, bo będę miała możliwość posłuchać naprawdę wartościowych przemówień np. przedstawicieli Synapsisu, przedstawicieli Stowarzyszenia " Mówić bez słów", Joanny Ławickiej z Prodeste, logopedów, terapeutów AAC.

Kilka dni temu pisałam że już nie czytam każdej książki która wpadnie mi w rękę a ma słowo autyzm w tytule. Już nie , ale nadal bardzo, bardzo chcę się uczyć  szukać metod i form dotarcia do Antosia, szukać dla nas pomocy i motywacji. Bardzo potrzebuję też wymiany doświadczeń z rodzicami, takiego najlepszego wsparcia psychologicznego jakie może być  bo nikt nas tak nie zrozumie jak drugi rodzic który siedzi w podobnych problemach również po pas i szyję. 
Na konferencji będą również inni rodzice, i wygłaszający i słuchający. Nie umiem się więc doczekać dyskusji i przerwy na kawę, bo zwykle takie indywidualne rozmowy są najbardziej pouczające.
Nigdy nie miałabym możliwości udziału w konferencji jako słuchacz. Koszt udziału to równowartość miesięcznej terapii logopedycznej Antosia, wybór jest zatem oczywisty. Ale będąc prelegentem na konferencji mogę się również przysłuchiwać do woli, chłonąc i uczyć. Za tak dużą szansę bardzo serdecznie dziękuję.

Cieszę się również, bo zawsze jest dla mnie ogromną przyjemnością opowiadanie o Antosiu. Oczywiście zawsze milej mówi się o sukcesach niż problemach, ale sprawia mi prawdziwą przyjemność dzielenie się zdobytymi przeze mnie informacjami. Wiem, że bardzo ważne jest wspieranie się wzajemne rodziców, notoryczne podnoszenie na duchu, dlatego też powstał ten blog. By ktoś, kto może tu zawita a dopiero zaczyna przygodę zobaczył że jest miejsce dla radości i nadziei, że praca ma sens. Że nie ma dzieci " nierokujących"- jak kiedyś usłyszałam o Antosiu. Że zawsze można coś zrobić dla maluszka. Pewnie zabrzmi to patetycznie i dziwacznie, ale uważam że jeśli nam się coś udało to trzeba się tym pochwalić  Nie tylko dla połaskotania ego, ale przede wszystkim dlatego że komuś innemu może się to przydać  Dzięki odważnym rodzicom którzy publikowali swoje doświadczenia wiele się dowiedziałam i trafiłam tam gdzie jesteśmy. Może Antoś swoimi rączkami kogoś też naprowadzi?
Dlatego kiedy Pani Angelika- Organizator zapytała czy zgodzę się napisać kilka zdań do biuletynu pokonferencyjnego prędziutko odpowiedziałam " o ile moja grafomania nie przeszkodzi to oczywiście".Może ktoś kiedyś przeczyta o malutkim Antosiu, o jego postępach w Makatonie i zdecyduje się wprowadzić AAC nim  minie ta przeklęta cezura wiekowa- 3 latka?

Tak więc jedziemy w marcu do Warszawy. Ja pociągiem a Antoś w postaci filmików. Antoś będzie zdobywał gremia naukowe. Mały- wielki człowiek pokaże co potrafi. I mam ogromną nadzieję, że wywoła to uśmiech i szacunek u słuchających. Bo dużo zrobił, wiele się nauczył i pokazał że jest bardzo-bardzo rokujący i jeszcze niejedno osiągnie.



A ze swej strony...jejku, mam nadzieję że dam radę i mnie stres nie połknie:)

piątek, 18 stycznia 2013

Do mowy gotowi! Start!

Skoro wraz z p. Moniką uznałyśmy że Antoś jest już gotów by rozpocząć intensywną terapię logopedyczną trzeba było wprowadzić słowo w czyn. Bardzo zależało mi żeby skontaktować Antosia nie tylko z doskonałym logopedą ale też z kimś kto miałby doświadczenie w pracy z dziećmi z autyzmem. Neurologopedię mamy zabezpieczoną w Fundacji DOM, teraz potrzebne są zajęcia logopedyczne wpływające na rozumienie mowy, na komunikację, może z czasem i na mowę, ale też na rozwój poznawczy. A choć spotkaliśmy już kilku naprawdę fajnych logopedów na swojej drodze to jednak szybko okazywało się że co innego praca z dzieckiem z wadą wymowy a co innego praca z naszym Zbuntowanym Aniołem z Kolegą A. pod pachą.

Prędziutko wykonałam konsultacje społeczne i dowiedziałam się że Pani Anna P. ma duże doświadczenie w pracy z takimi ancymonkami jak Antoś. Szczęśliwie p. Ania znalazła dla nas czas i właśnie wczoraj powędrowaliśmy z Antosiem na pierwsze zajęcia.
Zdjęcie spod samiuśkiego Ratusza w Opolu


Po wejściu do budynku struchlałam. Okazało się że p. Ania ma gabinet w Przychodni Zdrowia, dokładnie obok rejestracji. No to po ptokach...Antoś nienawidzi przychodni, kitli i samego zapachu lekarzy a bieluteńkie pomieszczenia z kaflami doprowadzają go do szału. Raz nawet z panią psycholog, p. Dagmarą z braku wolnych gabinetów terapeutycznych mieliśmy zajęcia w gabinecie neurologicznym. Brrrrr....koszmar który czas śni mi się po nocach.

Czekałam więc ile sekund od rozebrania zajmie Antosiowi przejście w stan czarnej otchłani rozpaczy. A tu nic!!! Rozejrzał się, skrzywił na widok pani recepcjonistki ale w ogóle nie protestował. Tłumaczyłam bojaźliwemu Antulkowi że my tu nie do lekarza, nie nie nie, my idziemy się bawić do tych drzwi z obrazkami. 
I Antoś rozejrzał się mądrze, podszedł do drzwi i kulturalnie zapukał. A mnie zamurowało.

Zamurowało mnie też chwilę później , gdy po przywitaniu się p. Ania od razu zabrała się do zabawy z Antulkiem.
- " A nie chce Pani zapoznać się z dokumentacją Antosia?"- pytałam dzierżąc w dłoniach dwa opasłe segregatory
- " A po co? Poznamy się z Antosiem, pogadamy sobie trochę o starych czasach a jak będę miała pytania to pani mi wszystko potem opowie"

Eeeee....to tak też można??

Antoś miał humorek szelmowski. Myślę że mały spryciarz wiedział że jest obserwowany i postanowił poudawać że nic nie kuma, nic nie wie i w ogóle to on tu przyszedł tylko na chwilę. Tyle , że zabawy zaproponowane przez p. Anią tak się szelmie spodobały że zapomniał o swoim postanowieniu i z  wrażenia zaczął pokazywać co potrafi. Jak dla mnie i tak w uporze swoim nie pokazał swoich możliwości- bo to już tak zawsze jest że jak się matka chce dzieckiem pochwalić to dziecina zapomina języka w gębie, wszak nie jest małpą w cyrku!!!

Ale i tak rozpłynęłam się w pochwałach. Że Antoś taki uśmiechnięty.Że komunikatywny, że JAKI kontakt wzrokowy. Że dzieli pole uwagi, że czeka na reakcję dorosłego. Że najlepszy moment na rozpoczęcie terapii bo pojawiło się już tyle zgłosek. Że się tak ślicznie przytula....

No dobra, tego że mały kombinator przytula się interesownie pani Ania nie wiedziała. Bo i mały wykoncypował sobie taką metodę: przytulę się, wlezę na kolana , dam buziaka a wtedy nikt nie będzie ode mnie oczekiwał dokończenia zadania które jest takie straaaaasznie nudne...
Ale spokojnie, jeszcze przyjdzie czas na odkrycie wszystkich kart przez Antosia.

Jedyną zmorą był kran. W gabinecie był kran, a jak powszechnie wiadomo w kranie bywa woda. A Antoś lubi wodę. I trzeba się było nieźle nakombinować, natłumaczyć i porobić groźnych minek żeby Młody przestał kran molestować.

Potem nastąpiło omawianie jakimi metodami będziemy pracowali.Od razu zaznaczyłam że my działamy na Makatonie.I tu padło:
- Nie znam tej metody, nie pracuję z nią

Oho...no to pozamiatane. Dobrze żarło ale zdechło- jak mawiała moja babcia...No to czas się nam zbierać. 
I teraz trzymajcie się krzesła:
- Ale nie wydaje mi się by metody którymi ja pracuję kolidowały z Makatonem. Zresztą skoro Antoś komunikuje się gestami to ja się ich nauczę i dowiem się więcej o tej metodzie.
- W marcu będzie szkolenie w Kup- szepnęłam cichutko z niedowierzaniem
- No i super, ja niedaleko mieszkam to się zapiszę na szkolenie

Czujecie? Czujecie to????
Spotkałam logopedę który nie tylko nie wybijał mi Makatona z głowy tłuczkiem ale jest jeszcze skłonny się doszkolić byleby pracować z moim dzieckiem najefektywniej. Czapki z głów Mili Państwo. To nie zdarza się często!!!

Strategia została więc obrana:
- zaczynamy mówić do Antosia śpiewnie i zalewać go " potokiem słów". To zalewanie to akurat proste, matka jest gadułą wyjątkową, gorzej z tym gadulstwem w formie śpiewnej. A jeśli do tego jeszcze dołożymy poruszanie ręką Antosia w rytm wypowiedzi wyjdzie nam poziom hard. Ta ręka to jednak jest potrzebna, stymuluje płat czołowy a więc inicjowanie mowy. 
Powiem szczerze. Trochę to chodzenie za Antosiem i śpiewanie z machaniem łapką przypomina mi egzorcyzmy Emily Rice... Ale skoro rok temu doczepiałam sobie nos klauna, przyczepiałam sztuczne brokatowe rzęsy i malowałam usta codziennie na inny kolor i robiłam tysiąc durnych min by tylko wypracować kontakt wzrokowy z Antosiem to śpiewanie nie może być trudniejsze, prawda???????
Zresztą fajne jest w tej metodzie to , że po mniej miesiącu będzie widać czy Antoś na nią reaguje czy nie. Jeśli nie poszukamy innej, ale p. Ani wydaje się że zalewanie Antosia potokiem słów( krótkich) przyniesie duże korzyści
- obrazki być muszą i basta. Na nic niechęć Antosia do form obrazkowych , musi się przekonać  bo bez tego nie ruszymy z szeregowaniem i symboliką. A i piktogramy będą nam potrzebne. Więc pani Ania użyje całego swojego uroku by przekonać Antosia do obrazków a jeśli jakimś cudem okaże się niewystarczający ściągnie ksero. Ksero? Tak, ksero!!! Już od mamy Jasia słyszałam że samodzielne kserowanie przedmiotów przez dziecko jest na tyle zachęcające że cześć tego entuzjazmu spływa później na sam obrazek. I w tym momencie pomyślałam przez chwilę, że jestem w ukrytej kamerze. Że zaraz ktoś ktoś wyskoczy zza winkla i powie " cukierek albo psikus". Bo w głowie mi się nie mieści że komuś będzie się chciało przytaszczyć ksero do gabinetu żeby mój syn polubił obrazki!!!!!!
- zgodziłyśmy się że w tej chwili najważniejsze jest dla Antosia poszerzenie słownictwa w sposób bierny i nad tym przede wszystkim będziemy pracować. Jeśli przy okazji pojawią się słowa to będziemy się bardzo cieszyć  ale żadnego manualnego torowania głosek nie będzie. Dyrektywnych metod też. Uffffffffffff, matka odetchnęła z nieopisywalną wręcz ulgą.
Wyścigówa!!!!


Po zajęciach poszliśmy na spacer wieczorową porą. Mały tak słodko cieszył się z lampek i światełek przed Filharmonią. Wprawdzie jedną latarnię chciał zabrać do domu i bardzo był rozczarowany gdy się okazało że to niemożliwe ale generalnie spacer był bardzo udany. Tylko pod koniec nóżki już Antosiowi zaczynały się plątać ze zmęczenia, było przecież po godzinie 19 a zwykle o tej porze Antoś jest już piżamowcem.
Co było robić  wezwałam taksówkę. Gdy podjeżdżaliśmy pod blok wymęczony już strasznie Antoś z uśmiechem na twarzy powiedział " dooom". No dom syneczku, kołderka, piżamka i kolacja- Twoje ulubione punkty wieczoru.

I znów czuję że wygraliśmy z totka. Znów- jakimś cudem- trafiliśmy na kolejnego wspaniałego fachowca, który nie tylko zna się na swojej pracy ale ma też duże serducho, mnóstwo pasji i ogrom cierpliwości. I do tego wichra narwanego- Antosia i do jego przemądrzałej matki.
A tak po ludzku p. Ania to bardzo, bardzo sympatyczna kobieta.
A więc... Do mowy gotowi! Start!!!!

Następne zajęcia we wtorek.


P.s. Zdjęć z gabinetu logopedycznego nie będzie. Matka tak była zestresowana potencjalnym stresem syna w pomieszczeniach medycznych że w ogóle zapomniała że ma telefon, aparat...i wielu innych rzeczy też zapomniała. Ale kiedyś się poprawi:)


czwartek, 17 stycznia 2013

Sensoryczne poplątanie z pomieszaniem

Już jakiś czas temu poprosiłam naszą p. Gosię- terapeutkę Integracji Sensorycznej o diagnozę SI Antosia. Oczywiście na bieżąco wymieniałyśmy wszystkie spostrzeżenia dotyczące zmysłów Antulka ale zbliża się okres kombinowania przedszkola dla Małego i bardzo zależało mi by nasze rozmowy i to co dla nas jest oczywiste mieć na piśmie.

No to dziś odebrałam diagnozę. Widać na zdjęciach tyle ile matczyne umiejętności ogarnęły robienie zdjęć aparatem Taty:)





W sumie nic nowego.
" Chłopiec ma większe zapotrzebowanie na ruch"- no faktycznie trudno nie zauważyć , np podczas obiadu gdy mały schodził i wchodził na krzesło skromniutkie 38 razy( tak, z ciekawości dziś policzyliśmy!!!)
" Zaburzenia w tym zakresie powodują potrzebę ciągłego ruchu( wiercenie się, bieganie, skakanie) a to wpływa niekorzystnie na koncentrację uwagi"- spróbujcie malować farbami z Antosiem czy wykonać jakąkolwiek pracę manualną jeśli jegomość nie jest w dybach fotelika. Niewykonalne. Nie dlatego że Antulkowi brakuje chęci, nie nie. Widzę przecież że mu się oczy uśmiechają do kolorowych farbek. Ale coś po prostu go gna. I czasem widać nawet po samym Antulku że męczy go taka sytuacja.
" Antoś lubi wszelkiego rodzaju mocniejsze wrażenia"- a i owszem! Zeszłą zimą wykonywał skoki na główkę ze stołu na podłogę. Skoro mama nie zabierała go na basen to sam postanowił się doszkalać w technice na podstawie dostępnych środków. W tym roku już nie skacze z mebli, a przynajmniej opatentował że jednak przyjemniej jest skakać na nogi niż główkę ale i tak nie ma bezpiecznego kąta w mieszkaniu. Na dodatek Gagatek dostaje takiego turboprzyspieszenia że wykorzystuje milisekundy by się dostymulowac mocnym wrażeniem. Przysięgam- za nic na świecie nie zmieściłabym się w ułamek sekundy do piekarnika.
No dobra....lichy przykład bo ja nie zmieściłabym się nigdy. Ale Hania ma podobną gibkość ciała do Antosia, a mimo to jest znacznie wolniejsza....


Dla mnie i dla p. Gosi każde słowo z tej opinii to prawda stara jak świat. Choć oczywiście obie mamy świadomość  że jutro może się Antosiowi przestawić czerwony guziczek w głowie i wszystko będzie zupełnie na odwrót- to już tak jest z tymi zaburzonymi zmysłami , życie na totalnej huśtawce.

Względnie nauczyliśmy się już z zespołem nadwrażliwości i podwrażliwości żyć  choć oczywiście kreatywność Antosia nie raz wbija nas w zdumienie. Jednak z grubsza mamy opracowane scenariusze reakcji, ciągle też uczymy się jak pomóc Antosiowi, bo dla niego ten rollercoster wcale nie jest przyjemnością. Ani jego wyborem , nie decyduje co go w danym dniu goni po świecie do przodu.
Jednak w porównaniu do naszych początków zmysły Tosika są pod względną kontrolą.


Bardzo długo rozmawiałam wczoraj z Danusią, mamą Justynki . Okazuje się że nie tylko mieliśmy szczęście trafić na terapeutów którzy problemy sensoryczne starają się zrozumieć i pomóc, ale też mamy łaskę korzystać z częstej i regularnej terapii. Co w sumie jest kluczowe dla stymulacji zmysłów, dostarczać bodźców regularnie...
Tylko powiedzcie mi dlaczego jesteśmy z Antosiem w mniejszości???
Bo mało fachowców? Bo mało środków finansowych? Bo więcej potrzebujących dzieci niż punktów NFZ-u? Dlatego Justynka, Kinga, Jaś czy Mateusz muszą czekać do sierpnia w kolejce na zajęcia? I to pod warunkiem że sobie sami gdzieś wcześniej skołują diagnozę SI z zaleceniami???
Myślę, że to też, na pewno. Ale jeszcze coś.
Od samego początku naszej przygody z Kolegą A. słyszałam choćby w PPP że terapia SI jest terapią wspomagającą a najważniejsza jest terapia psychologiczno-pedagogiczna.Hm...jestem laikiem, nie mam absolutnie żadnego wykształcenia w kierunku zaburzeń rozwoju. Wszystkie swoje sądy i opinie wynoszę tylko na podstawie obserwacji Antulka oraz jego współtowarzyszy podróży- poznanych dzieci z zaburzeniami z kręgu ASD.
Zapewne gdzieś na świecie istnieje dziecko z zaburzeniami ze spektrum które ma minimalne albo wręcz zerowe zaburzenia integracji sensorycznej. Naprawdę w to wierzę. Asteroidy też nie widziałam na własne oczy a wiem że jest.
Ale...
Z moich doświadczeń wynika że jeśli dzieciaczkowi przydarzyła się duża nadwrażliwość dźwiękowa oraz niedowrażliwośc oralna to logopeda może sobie żyły na zajęciach wypruwać a znaczących postępów nie będzie póki nie uspokoi się zmysły.
Najlepszy psycholog będzie miał problemy w pracy z maluchem który ma silną nadwrażliwość dotykową i nie pozwala się dotknąć a także dokuczają mu białe szumy.
Nie twierdzę, że te terapie nie są potrzebne. Ależ są !!! One wszystkie muszą być ze sobą spójnie połączone, muszą tworzyć całość która będzie pracowała nad wszystkimi obszarami rozwoju dziecka. Ale na miły Bóg niech mi nikt nie mówi że terapia SI jest wspomagająca. Bo ja uważam że u dzieci z zaburzeniami SI jest kluczowa. Jest jak antybiotyk na zapalenie płuc....

Etap czytania wszystkich książek z  autyzmem w tytule mam już dawno za sobą. Już nie potrzebuję się ciągle dokształcać, wolę skupić się na tym co wiem i nad tym pracować.  Ale na początku mojej znajomości z Kolegą A. wpadła mi w ręce książka Ellen Notbohm pt. " 10 rzeczy, o których chciałoby Ci powiedzieć dziecko z autyzmem". Naprawdę ciekawa pozycja. A jeden z rozdziałów traktuje właśnie o zaburzeniach integracji sensorycznej i jest bardzo spójny z moimi doświadczeniami.
Polecam jako lekturę obowiązkową.
Nie, nie rodzicom- choć to naprawdę mądra i ciepła książka. Ale właśnie tym patałachom którzy uważają że dziecko wspinające się po grzejnikach łazienkowych robi to bo lubi. Bo to taki sport. I że może poczekać z terapią do sierpnia. Bo przecież nic się złego nie dzieje...Przecież to nie boli.
No tak...decydującego nie boli. Co najwyżej może gryźć i uwierać,  sumienie- o ile jeszcze nie wymienił tanio na " święty spokój"...

P.s Jutro relacja z pierwszych zajęć logopedycznych u p. Ani. Będę Wam śpiewnie opowiadać o tym co się działo. A działo się, oj działo:)

A w sobotę niespodzianka. Naprawdę fajna. Niesamowita. Wartościowa. I zaskakująca.



środa, 16 stycznia 2013

Wieści z Warszawy

Wróciliśmy!!!!
Czuję się po warszawskim maratonie jakby mnie ktoś przepuścił przez magiel albo pralkę franię. Eh, starzeję się albo podróże z Antosiem dostarczają wielu wrażeń:)

Wyprawa do Centrum Zdrowia Dziecka była bardzo dla nas udana. Dr. R. obejrzał wnikliwie naszą dokumentację i stwierdził że na chwilę obecną nie bardzo ma pomysł jak mógłby nam pomóc, Antoś został tak wnikliwie przebadany do tej pory w Chorzowie że powtarzanie tych badań w tej chwili mija się z celem.
Jedyny sens dla poszerzonej diagnostyki Pan Dr. R upatruje w wykonaniu badań podczas następnego regresu Antosia. Wtedy trzeba nam będzie natychmiast zbadać suchą kroplę krwi, amoniak i kilka innych parametrów i dopiero wówczas będziemy wiedzieli czy " spektakularne" regresy Antosia wynikają z zaburzonych procesów metabolicznych czy też po prostu z autyzmu.

Wiedząc jak wygląda sytuacja w Opolu i w jaki sposób działa nasz lokalny oddział nie-neurologii Pan Doktor wyposażył nas w specjalną bibułę do pobrania krwi. Jeśli przyjdzie regres ja mam tylko pobrać krew i mocz i wysłać do niego- on się resztą zajmie, choć zalecał by też w takiej sytuacji natychmiastową wycieczkę do Chorzowa w celu wykonania Video EEG. Na wszelki wypadek instrukcje postępowania zostały wpisane do książeczki zdrowia Antosia, tak by lokalni medycy wiedzieli cóż czynić.Mam nadzieję że pieczątka CZD wzbudza zaufanie wśród opolskiej braci lekarskiej. Ale przede wszystkim mam nadzieję że nigdy, przenigdy z arsenału tych działań nie będziemy musieli korzystać.
Że już nigdy Antoś nie obudzi się rano i nie zapomni jak się chodzi, gryzie, siedzi...Że to już się raz na zawsze skończyło w naszym życiu i nigdy więcej nie pojawi.

Pan Doktor zaproponował też że może poszukać i pomóc nam dotrzeć do badań genetycznych które są przeprowadzane w ramach naukowych poszukiwań " genów autyzmu". Spytał tylko czy chcemy takiej pomocy. Chyba nie...nie zdecydujemy się. Jest jeszcze z 5 milionów badań których Antosiowi nie przeprowadzano a które mogłyby " coś" wnieść  Tyle tylko że każde jest dla Antosia dużą traumą. A odnalezione " coś" jest bardzo mgliste. Nawet jeśli " coś" się wynajdzie to na chwilę obecną i tak nie wiadomo co z tym robić  Antulek na pewno nie ma żadnej poważnej i łatwo rozpoznawalnej choroby genetycznej. Zamiast grzebać w DNA w nieskończoność chyba wolimy robić swoje:) Aczkolwiek bardzo doceniam taką propozycję i poszanowanie dla naszej decyzji ze strony Pana Doktora- to bardzo dla nas ważne, świadomość że współpracujemy z otwartym, dociekliwym, konkretnym lekarzem który też patrzy na nas holistycznie.

Powiem szczerze że jestem zaskoczona CZD. To była nasza pierwsza wizyta w tym ośrodku, nasłuchałam się opowieści z krypty, czarnych scenariuszy, widziałam wielotysięczne kolejki przed nami i w tym wszystkim Antosia- panicznie bojącego się białych kitli, nie tolerującego nawet przychodniowego zapachu...
A tu właśnie...było miło. Ja wiem jak to brzmi- przecież pobyt w ośrodku specjalistycznym nie może być przyjemny. Ale naprawdę był!!! Ogromny plus za logistykę- żadnych większych kolejek, żadnych kłopotów,  bardzo szybka biurokracja.
Ale to co zdziwiło mnie najbardziej to podejście do nas.Jak...do ludzi.  Kiedy czyniliśmy biurokrację w sekretariacie drzwi się otwarły i wszedł Pan Doktor. Przywitał się z Antosiem- a Antoś z Doktorem ( może dlatego że kitel był niebieski a nie biały?). Uchylone drzwi ukazały jaskinię Doktora- a w gabinecie duże auto. Antoś oczywiście po sekundzie już tam był, dość skutecznie zespolony z pojazdem mechanicznym, nie bacząc zupełnie że to nie kolej na nas, że przecież są tam inni pacjenci.
Na co ubawiony Pan Doktor stwierdził " Niech weźmie sobie, tak będzie dla nas ciszej".

Już podczas wizyty Pani pielęgniarka grzecznie zapytała że będzie dla Antosia problemem jeśli go zmierzy...Nie dla mnie, nie dla niej...dla Antosia!!!
A w trakcie badania brzucha Pan Doktor łaskotał się z Antosiem by się Maleńki nie denerwował.Po czym stwierdził że nic nie ma w wątrobie i śledzionie, co Antoś wydatnie skomentował " nie maaaa" i wsparł odpowiednim gestem by nie było wątpliwości. Pan Doktor skwitował to krótko:
" I po co ja Cię facet w ogóle badałem, przecież mogłem cię spytać":)

Powiem szczerze...ja nie nawykła do takich obyczajów. Nie jestem przyzwyczajona że nie patrzą się na mnie jak na wariatkę i rozhisteryzowaną mamuśkę. Nie często spotykam się z normalnym traktowaniem mojego syna, nie jak jajko, nie jak dziwoląga i nie z litością pomieszaną z pogardą... Tylko tak...normalnie! Z jajem ale rzeczowo!
I naprawdę nie tylko ja wyczułam różnicę. Jestem stuprocentowo pewna, że spokojne zachowanie Antosia wynikało ze spokojnej atmosfery w gabinecie. Nie było żadnego płaczu, żadnego rzucania się na podłodze w progu przed gabinetem ( zachowania a la Rejtan Antoś ma opanowane do perfekcji- po mamuśce,historyczce). Tylko uszy ograniczały uśmiech Antosiowi. Czuł się swobodnie, podchodził do innych dzieci w poczekalni, biegał, zaczepiał...
Ja wiem że to normalne zachowanie, ale w naszym przypadku, w otoczeniu " medycznych" ścian kompletnie nienormalne.

Ta warszawska podróż była dla mnie wyjątkowym przeżyciem. Poznałam inne oblicze mojego syna. Ciekawskie, radosne, towarzyskie. Antoś okazał się królem przedziału- zagadywał każdego pasażera, pakował się na kolana, zabawiał swoimi zabawkami. Przez 6 godzin podróży nie było żadnego protestu. A jeszcze rok temu na samą myśl o zamknięciu w ciasnej przestrzeni z Antulkiem grzywka by mi dęba stanęła.
Podczas wizyty widzieliśmy się z dziadkami. Przyjemnie było patrzeć na tak wesołe dziecko. Rozczulający był widok Brzdąca śpiącego na kolanach u babci- nie z konieczności, ale z własnego wyboru ( w towarzystwie dziadków mama popadła w niełaskę).
Cudowne było gdy Antoś dzielił się swoją radością z pociągów co rusz pokazując mi kolejny.
Rozbrajające były zabawy w chowane w dworcowej kawiarence. Skradł serce babci i dziadka, a także 7 staruszek, dwóch staruszków, jednego studenta, trzech pań z obsługi kawiarni oraz dwóch statecznych biznesmenów, których ciasno zawiązane krawaty nie zdradzały cienia poczucia humoru. A jednak zaczepiani przez Antosia zaśmiewali się.
Zaimponował mi gdy na peronie myślał że odjeżdżający pociąg był naszym i biegł za nim by potem wykonać gest " stop" poznany na hipoterapii oraz krzyknąć " tiuf tiuf  TUJ!!!" co w wolnym tłumaczeniu oznaczało pociąg- stój.
Zmęczony był tą eskapadą okrutnie- jednak to mnóstwo wrażeń dla takiego małego człowieczka. Ale mimo, że oczy mu się zamykały a chód był już chwiejny ze zmęczenia pięknie ucieszył się na widok Taty i Hani i próbował im opowiedzieć co to fajnego przeżył- w relacji zdecydowanie dominowało " tiuf tiuf ciuf".
Antoni Podróżnik- aktualnie pasjonat polskich kolei


Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek spędziła tak fajne dwa dni z Antulkiem.
I chociaż znamy się już dwa lata , trzy miesiące i 29 dni nie przestaję się dziwić i oczy przecierać ze zdumienia.
Fajnego mam syna, wiecie?


niedziela, 13 stycznia 2013

Saneczki

W stronach z których pochodzę zimy są naprawdę białe.
Jednym z najmilszych wspomnień dzieciństwa są godziny spędzone na górkach podczas szaleństw na sankach.
Pod tym względem Opole boleśnie rozczarowuje. Śnieg tu " bywa", czasami i przez bardzo krótką chwilę. Zwykle zbyt krótką by w ogóle wyciągnąć sanki.
Skoro więc od wczoraj nieprzerwanie padał śnieg i po raz pierwszy od naprawdę dawna zrobiło się biało zapaliła mi się rankiem w głowie lampka innowacyjności i wrzasnęłam na cały dom
" Dzieciaki, po śniadaniu idziemy na sanki!!!".
Tata chcąc uspokoić gonitwę myśli zapytał " Na tę małą górkę pod blokiem?".

" No co Ty, jak sanki to sanki, idziemy na tę wielką górkę dwa osiedla dalej!!!" odrzekłam z niczym nie uzasadnionym entuzjazmem.

Tato zbladł, Hania zaczęła tańczyć po domu i wygrzebała wynalazek XXI  wieku pt. " SUPER KUPER".
Tak, tak , to prawdziwa nazwa handlowa wynalazku. Są to ortalionowe spodnie z zainstalowaną częścią ślizgową na pupie.

Po śniadaniu więc opatuliliśmy Maluchy, wzięliśmy po jednym dziecku z parą sanek pod pachę i AHOJ PRZYGODO!!!



Zachwyt widoczny był już pod klatką, Antoś zdecydowanie lepiej zareagował na miękki i puszysty śnieg. Biegał po nim z radością robiąc ślady. Oczywiście natychmiast wydobył spod śniegu jakiegoś badylka i uparcie czynił nim w śniegu dziurki.
Usiadł grzecznie na saneczkach i nawet mu się przejażdżka podobała.
Spotkaliśmy też Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy więc Brzdące mogły ćwiczyć motorykę małą wrzucając monetki i z radością przyjęły serduszka ( bo czerwone!!!).

Ale jak powszechnie wiadomo Antoni dzieckiem jest wyjątkowym.
Zupełnie inaczej postrzega przygodę, kompletnie inne ma spojrzenie na zaproponowane przez nas atrakcje.
To co Hanię doprowadzało do pisków radości ( sanki , śnieg i wizja zjeżdżania na pupie) Antulka znudziło sromotnie.
Więc Mały wywinął nam numer i jadąc na sankach...zasnął.
Początkowo spał w pozycji na Buddę, później poskładał się na sankach i wieźliśmy niebieską kulkę.



Cóż było robić??????
Zarządziliśmy strategiczny odwrót do domu.
Ciągnęłam sanki ze śpiącą zawartością z gracją sapera, w pełni świadoma że jeśli jakikolwiek kamyczek zaburzy tempo jazdy i Antoś się obudzi to czeka nas prawdziwy ARMAGEDON.
Niestety po drodze spotkały nas i odcinki bez śniegowe, kiedy to musieliśmy z Tatkiem podnosić delikatnie saneczki z żywą wkładką niczym lektykę i dostojnie przenosić  Hania w tym czasie z wyjątkowo donośnymi wyrzutami swoje saneczki musiała ciągnąc sama


Już wiem dlaczego w starożytnym Rzymie obok gladiatorów noszący lektykę niewolnicy mieli najbardziej niewdzięczną robotę. Ile to się trzeba nakombinować  jak uważać żeby lektyka ( saneczkowa) się nie bujała na boki. By chód był równy i  stabilny.
U nas może za potknięcie nie groziła by nam kara śmierci, ale nasz Cezar też nie byłby dla nas łaskawy.
I gdy tak sobie rozmyślałam ,a w myślach zaczynałam słyszeć skandujący tłum gladiatorów " Ave Cesar! Morituri te salutant!!!" z moich rozmyślań nagle wyrwało mnie solidne " łuuuup".
To Hania się potknęła. Leży na śniegu, zalewa się łzami a sanki odjeżdżają z gracją w kierunku ulicy....
No to lektyka się obniża, bezpiecznie ląduje na ziemi i biegnę do Hani.
- Co się stało córeczko? ( próbuję opanować płacz przy jednoczesnym otrzepaniu Śnieżynki)
- Mieeeeeliśmy zjeżdżać!!! Na pupie!!! A idziemy do domu!!! To taaaaakiiiee niesprawiedliwe!

No fakt, niesprawiedliwe. Nie fair. I w ogóle nie w duchu innowacyjnego pomysłu " wysokie górki".
- Hanusiu, zawieziemy Antosia do domu, bo widzisz że śpi i pójdziesz z tatą na górki, obiecuję. Tylko teraz potrzebuję Waszej pomocy z Antosiem, zobacz, już widać nasz domek. A za chwileczkę pójdziesz z tatusiem zjeżdzac na pupie...

Hania błyskawicznie się uspokoiła i z radości zrobiła aniołka na śniegu.
A Tato...cóż, gdyby wzrok mógł zabijać padłabym trupem na tym śniegu.

Wnosiliście kiedyś śpiące dziecko na sankach po schodach do domu? Nie? To spróbujcie! Naprawdę ordżinalne przeżycie w wyniku którego Rodziciele mieli prawie stan przedzawałowy.
Uffff, ale najważniejsze że dotarliśmy.

Hania i Tato poszli zjeżdżać na pupie a ja zabrałam się za przebieranie śpiocha.
To nigdy nie jest proste zadanie, bo jeden zdradziecki ruch i Antoś się budzi. A Antoś obudzony jest synonimem słowa ZŁO.

Oczywiście mi się nie udało.
Oczywiście następne 45 minut nawet najlepszy optymista nie nazwałby udanymi.
Ale gdy udało mi się wreszcie opanować Obudzonego Krzykacza do domu wkroczyła ekipa saneczkowa.
Tata przekroczył próg i padł jak goniec spod Termopil.
Hania oświadczyła że było fajnie ale jest zmęczona i idzie spać na drzemkę...
Ciekawe czym skoro po dwóch zjazdach stwierdziła że ją nogi bolą i Tata ją wnosił pod górę. A potem musiał jeszcze zanieść na rękach do domu bo jej nóżki były już takie strasznie zmęczone....

To chyba miało wpływ na jedyne słowa jakie wypowiedział z siebie zziajany Tato lodowatym głosem z podłogi:
" Umówmy się!!! Żadnych własnych pomysłów!!!".

Podałam rosół i uznałam że lepiej nie polemizować...

Czy Wasze wspomnienia z dzieciństwa też jakoś nie chcą się nigdy wprowadzać w życie w teraźniejszości??????



sobota, 12 stycznia 2013

Mama na korepetycjach a chłopaki nawijają!

Dziś były zajęcia w podgrupach.

Dziewczynki dostały wychodne, a chłopcy zajęli się demontażem nędznych resztek naszej choinki.
O ile ubieranie było fajne, bo miało w sobie element nowości o tyle rozbieranie było GENIALNĄ FRAJDĄ.
Albowiem wreszcie można było robić to co Antulki lubią najbardziej: siać demolkę!!!

Na szczęście Mama o słabym sercu spustoszenia nie widziała, ale od razu została poinformowana, że na przyszły rok to trzeba będzie zakupić nowe bombki i lampki albowiem niewiele się ostało. 
Bombka rzecz nabyta- w przyszłym roku chyba i tak będziemy wytapiać z metalu.
Ale radość Antosia legalnie obrywającego choinkę- bezcenna.


Panowie toczyli tez dialogi. Tato dostał  kilka razy solidną reprymendę gdy za wolno obiadek podawał- doniosłym " jeście" i gestem Makatona. Potem bawili się w męskie zabawy. Jakie? Żaden nie chciał Mamie puścić pary o tym...
Chyba się męskie popołudnie Antulkowi spodobało, bo oznajmił tacie że:
" Mama! ne ma! Hahahahaha".

I tak mit Mamy o jej niezastąpioności upadł szybko i głośnie, niczym ostatnia bombka z naszej choinki.

A co w tym czasie robiły dziewczyny?
Ha! Same ważne rzeczy.
Udałyśmy się na korepetycje z obsługi bloga do Cioci Krysi i Szymonka.
Mama wreszcie podniosła kwalifikacje i solennie obiecuje prawidłowo już wstawiać linki i obrazki.
Hania zaś nauczyła się grac w grę na komputerze oraz zatrzymywać bajkę za pomocą spacji.
Ewidentnie nasza rodzinka jest " humanistyczna", skoro do zdobycia tych kluczowych umiejętności potrzebne były trzygodzinne tajne komplety.

Ale tak naprawdę spędziłyśmy przemiłe popołudnie w doborowym towarzystwie. Dzieci świetnie się bawiły, starszaki mogły pogadać i się pośmiać do woli. A na koniec Hania załapała się nawet na zabieg fryzjerski, bo okazało się że Ciocia Krysia jest fryzjerką. Hania dopieściła swoją 4-letnią kobiecość tuningiem grzywki i stwierdziła w domu że babskie soboty są super!
Tak więc dziękujemy Wam- Ciociu Krysiu i Szymku za belferską cierpliwość  pyszne bajaderki ( bo jak Bajki w gości to Bajaderki na stół) i urocze popołudnie:)
Mama podnosi kwalifikacje blogerskie w doborowym towarzystwie



A Hania w tym czasie bryka z Szymonkiem



A potem oddaje się pielęgnacji upierzenia:)