poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwestrowo...

Miały być życzenia...
A przemówi Antonio
On nie robi sobie zbyt wiele z dzisiejszych uroczystości. Nie szczególnie sprawia wrażenie podsumowującego rok, analizującego, liczącego.
On robi swoje!
Ale jak!!







Na tym kawałku audio Antoś poinformował że myje auto. To całkiem logiczne biorąc pod uwagę , że wrzucił do wanny wyścigówkę i wylał na nią pół szamponu. Ale...
Nie w tym rzecz.
Antoś, jak zapewne słyszeliście powiedział że myje auto.

Nie spodziewałam się że Antoni będzie mówił. A już na pewno nie szybko.
Dlaczego?
Bo moja matczyna intuicja mówiła mi że nie. Ot, taki argument.
Zresztą w ogóle na mowie mi nie zależało. Po drodze tyle było problemów do pokonania, barier do przeskoczenia, takich podstawowych- a fundamentalnych, że słowa na liście moich oczekiwań od życia i losu w ogóle nie występowały.
Ba! szczytem moim marzeń było żeby udała nam się w ciągu najbliższych lat komunikacja na poziomie piktogramów.
Irracjonalnie wszystkim mówiłam że nie czekam na mowę.
I naprawdę nie czekałam na słowa. Jeśli się pojawiały- cieszyły podwójnie. Ale specjalnie się do nich nie przywiązywałam będąc pewną że pewnie zanikną, a na razie są dla nas inne, ważniejsze sprawy.

Dzisiaj zderzyłam się z rzeczywistością jak z pociągiem i prawdę powiedziawszy jestem trochę wstrząśnięta i zmieszana.
Antoś komunikuje się z nami od jakiegoś czasu. Metodą mieszaną- gest, obraz, wskazanie, wzrok i dźwięk. Ale jest to komunikacja która w naszych relacjach się sprawdza. W większości rozumiemy Antosia.
Antoś w większości rozumie nas.
W głowie oczywiście kołowało mi że jest to taka nasza, hermetyczna komunikacja. Że z czasem musimy dążyć żeby Antoś mógł się porozumieć ze światem. Dlatego moje marzenie o piktogramach.

Poszłam dziś na egzamin, z dziećmi została na chwilę Prababcia.
Wracam- a Malutki ma mi tyle do pokazania i powiedzenia!!!
Dostał gazetkę " Tomka" z jakimś plastikowym pociągiem ( nie rozróżniam tych uśmiechniętych wagonów).
I Malutki biegnie na krótkich nóżkach- mało ich nie pogubił. I taszczy tę gazetę i pokazuje mi " ciuf ciuf" i daje do ręki pociąg mówiąc " Enio, Enio".
Coś mnie tknęło, wołam domowego eksperta:
- Haniu, który to jest pociąg z bajki, no ten zielony?
- No jak to nie wiesz mamo, to przecież Henio!

Aha...

Poczytałam, pobawiłam się chwilę ale pora obiadowała była więc azymut na kuchnię obrałam.
Antoś za mną...
- Mama! Aj!
- Co mam dać Antosiu?
- upę!!

Hm...żeby nie było że się przesłyszałam w jednej ręce trzymam miskę z zupą a w drugiej sok
- Co chcesz Antosiu?
- upę!!! ( I pokazał palcem na miskę).

Po obiedzie podchodzi, bierze moją rękę...
- Mama tul tul
I przytula się do mnie
                                             Antoś Samo Dobro

Przy oglądaniu bajek liczy do trzech, wita się z bohaterami, płacze gdy są smutne pociągi, macha im na pożegnanie gdy się bajka kończy...
I tak ciągle...

I dudnią mi dziś w głowie słowa p. logopedki
" Świadoma i sensowna mowa to jest wisienka na torcie komunikacji. Nie pojawi się  jeśli coś w komunikacji szwankuje, jeśli nie ma motywacji do komunikacji, jeśli nie ma relacji z odbiorcą, jeśli coś dziecku w tej mowie przeszkadza".

Nie marzyłam o tym by Antoś mówił.
Marzyłam żeby się przytulał, patrzył, bawił.
Ale mowa nie była mi( mnie samej, bo jemu BARDZO się przyda) potrzebna.

Dziś mogę powiedzieć że zaczyna u nas kształtować się mowa.
Powoli , bo Antoś operuje ok.30 słowami i wyrazami dźwiękonaśladowczymi.
Powoli, bo są to słowa zniekształcone, nadal nie do końca zrozumiałe poza granicami naszego domu.
Ale jest to mowa naprawdę spontaniczna.
Jest to zawsze mowa sensowna- mało mówi ale jak już powie to jest to konkret!
I co najważniejsze, jest to mowa radosna. Antoś cieszy się że mówi, widzi naszą reakcję i sam sobie bije brawo gdy uda nam się go zrozumieć- on jest dumny z siebie gdy zostanie zrozumiany!!!

Życzę Wam pięknego 2013 roku!
Życzę byście byli na siebie nawzajem uważni!
Byście byli sobie bliscy!
By w każdym dniu udało się spostrzec małą- WIELKĄ radość!
I ... życzę Wam CUDU wynikającego z MIŁOŚCI.
Takiego właśnie jaki będzie dla Was najważniejszy, nawet jeśli sami o tym w środku jeszcze nie wiecie....

A naszej bajkowej rodzince życzę by rok 2013 nie był gorszy niż 2012.
Tylko tyle....i aż tyle.



sobota, 29 grudnia 2012

Migracje ludów

Jestem z wykształcenia historykiem.
Stąd mogłabym cały esej napisać o migracji ludów na przestrzeni wieków.
A nawet- wbrew ograniczeniem intelektualnym- poprzeć owe dzieło wskaźnikami demograficznymi w zakresie migracji wewnętrznej, zewnętrznej, społecznej, materialnej, politycznej, naturalnej etc etc etc.

Ale musiałam zostać mamą by dowiedzieć się, że 5 lat studiów nie wyczerpało tematu.
Że podręczniki kłamią.Albo przynajmniej nie opisują wszystkich form tego zjawiska.
Pomijają bowiem ważną acz może nie tak widowiskową płaszczyznę jaką jest NOCNA MIGRACJA LUDÓW RODZICIELSKICH w poszukiwaniu snu!

Bynajmniej nie kpię!
Przez parę lat parałam się życiem naukowym, postanowiłam więc poczynić kwerendę naukową by zjawisko owe wyjaśnić. Ba, wzbogaciłam badania naukowe o czynnik społeczny i demograficzny, zweryfikowałam wnioski poprzez ankietę badawczej- wszyscy znani mi rodzice.
Poszukałam literatury, znalazłam " nieco" wspomnień.
Wzbogaciłam działania o doświadczenia empiryczne.

Z powyższych wynikają następujące wnioski:
CHOLERA WIE CZEMU DZIECI NIE ŚPIĄ W NOCY ALE W 91 % PRZYPADKÓW JEST TO POWIĄZANE ZE ZMIANAMI W FUNKCJONOWANIU PSYCHOMOTORYCZNYM RODZICÓW ORAZ POCZĄTKIEM ZJAWISKA KTÓRE OKREŚLAM MIGRACJĄ ZA SNEM!

U nas zaczęło się niewinnie, jeszcze zanim aksamitny głos dziecka zaczął nam umilać noce.
Po prostu gdzieś pod koniec ciąży nr 1 tu swędziało, tam drapało, ówdzie gniotło i drętwiało w wyniku czego człowiek wiercił się na ile powiększone gabaryty pozwalały i spać nie mógł.
A że Tato był wówczas zajęty zawodowo ratowaniem życia śmiertelników na bloku operacyjnym wyspanym być  musiał, więc wyrozumiale wędrowałam z poduszką do innego pokoju, by się kokosić i wzdychać do woli.

Jakiś czas później pojawiła się w domu Istota Torpedująca Sen nr 1- czyli Hania.
Biologicznie rzecz ujmując początkowo miała prawo sen nasz torpedować- wszak jeść musiała. Wtedy to robiliśmy dyżury i nanosiliśmy na kalendarz zielone punkciki określające w grafiku komu i kiedy przysługuje prawo do przespanej nocy w innym pokoju- poduszka i koc stała się podstawowym wyposażeniem MIGRUJĄCEGO.

Nieco później rozpoczął się sezon na kolki, ząbki i inne atrakcje nocne wobec czego grafik snu został zmodyfikowany połowicznie.
Hanna Maria była noszona i lulana przez połowę nocy w objęciach Mamy. Około 3 w nocy następowała Migracyjna Zmiana Warty.

Potem wpadł nam do głowy kretyński pomysł by nauczyć nasze dziecię samodzielnego zasypiania w swoim własnym łóżeczku w swoim własnym pokoiku. Wiązało się to wówczas ze wzmożonym ruchem Migracyjnym na trasie salon- pokój dziecięcy, było pozbawione podstawowego zestawu migranta- poduszki z kocem, oraz zwykle kończyło się zawinięciem przez Rodzieciela w pozycję -Wąż Boa- wokół dziecięcego łóżeczka na podłodze.

Gdy moc sprawcza i samodzielność w Hannie się już potężnie wykształciła,a co za tym idzie zaczęła ona spać w łóżeczku bez zasieków i ograniczeń MIGRACJE znów się natężyły.
Wiązało się to z faktem iż niespełna dwuletnia Hania miała NOCNĄ NIEZBORNOŚĆ RUCHOWĄ przez co machała kończynami na wszystkie strony dokonując uszkodzeń ciał osób postronnych. A że zaczęła pielgrzymować do naszego łóżka regularnie- regularnie zaczęła wypełzać z niego jedna osoba dorosła zwykle w okolicach godziny 2.30.
Wtedy jeszcze mieliśmy swoje łóżko!

A potem do naszego domu zawędrowała Istota Torpedująca Sen nr 2- czyli Antoś.
W jego wczesnym oprogramowaniu w ogóle pominięto taki aspekt jak sen, ale rodzice przez jakiś czas głęboko wierzyli że gdy się takiego przytuli to można podrzemać z 5 minut.
Prób takowych podejmowali więc wiele, z różnym skutkiem co owocowało kursowaniem między pokojami z poduszką.
O 4 nad ranem zawsze przychodziła Hania. Robiło się więc tłocznie i wyjątkowo ruchliwie( i głośno!!!) w małżeńskim łożu i zwykle Tato podejmował natychmiastową ewakuację. Była to forma reakcji na mylną informację medialną zaczerpniętą z niemieckich filmów o napiętej akcji a słabych dialog, która to wprowadziła Ojca w błąd co do celowości stosowania dużego łóżka małżeńskiego.
Tata więc obrażony na rzeczywistość instalował w sobie program RAR i zipiował się na kanapie w salonie.
Mama próbowała uspac towarzystwo pozostałe, ale zwykle kończyło się na spaniu Hani i ewakuacji z tej ogromnej przestrzeni z zdecydowanym w swym niespaniu Antosiem.
Efekt zwykle był taki: Hania spała na wielkim małżeńskim łożu, Tata przykurczony na kanapie w salonie, Mama drzemała poskładana na łóżeczku Hani( 140 cm x 90 cm) a Antoś nie spał wcale w gondoli wózka. Migrującej rzecz jasna po całym domu.

By zaniechać rozkładowi pożycia całkowitego rodzice podjęli szczytną( acz nie do końca przemyślaną decyzję) i zrezygnowali z ostatniej ostoi Rodziców w domu- sypialni na rzecz pokoiku dla Antosia.
Wpłynęło to pozytywnie na sen Antonia.
Ale nie zmniejszyło procesu migracji ludów, albowiem jak wiadomo kobiety są uparte. A te nieletnie to już w ogóle szanują własne nawyki.
Stąd Hania nadal praktykowała migrację do łóżka rodziców, tyle że tym razem nie było to wypasione łoże małżeńskie a skromniutka rozkładana kanapa.
Niestety Hania zaczęła nocami przy tych wędrówkach wdawać się w polemiki i dyskusje o stanie świata i ludzkości czasem przerywanymi pieśni rzewnymi inspirowanymi filozofią Świnki Peppy.
Jakkolwiek wywody Hani były bardzo ciekawe i wiele wnoszące do współczesnej myśli humanistycznej ( nawet o 3 nad ranem) to jednak budziły Antosia.
A Antoni obudzony to Zło.
W związku z czym wytworzył się nowy rytuał migracyjny. Po przyjściu nocą czarną Hani należało ją zawinąć w sekundę i cicho do jej pokoiku i tam z nią kontynuować sen. Lub dyskusje o kondycji świata.
Jeśli czyniła to Mama, zawijała się na oszałamiającej przestrzeni dziecięcego łóżeczka ze Sprawcą.
Jeśli Tata...zawijał się na podłodze z nogami pod łóżeczkiem.

Babcia moja mawiała że jaka wigilia taki cały rok. Będąc berbeciem nastoletnim myślałam że coś się Babci- Staruszeczce pokiełbasiło, że w zabobony wierzy.Ponadto cały Świat uznaje ten zabobon za aktualny w okolice Sylwestra.
Babcia- jak to babcia miała rację. I już jako Mama się o tym przekonałam.

W tym roku postanowiłam losu nie kusić i solidnie się przygotowałam do Wigilii.
Nic nie prasowałam- jak rok temu, bo potem przez cały rok pranie i żelazko wyłaziły w każdej przestrzeni domowej i mnie goniły.
Nie odkurzałam- bo przez ubiegły rok z tego powodu, jak sądzę, odkurzałam kilka razy dziennie aż odkrzacz padł na placu boju.
Nie wysłałam męża na bój ostatni o mak i bakalie- bo potem cały rok gdzieś latał i biegał i wiecznie go nie było.
Wydawało mi się że logistycznie miałam wszystko zapięte na ostatni guzik.
Nie przewidziałam MIGRACJI.
W wigilijną noc tegoż roku jakoś zasnąć nie umiałam. Tato chrapał- bo każdy Anioł ma jakieś delikatne wady. Postanowiłam okazać wigilijną dobroć i nie szturchałam tym razem winowajcy. Zabrałam poduszkę i poszłam do pokoju Hani. Od roku posiada ona już całkiem dorosłe łóżko rodem z Ikei i całkiem wygodnie się tam śpi.Była godzina druga w nocy.
Cichuteńko nacisnęłam klamkę, z gracją sapera na paluszkach weszłam i..zobaczyłam NIEŚPIĄCĄ Hanię, siedzącą na łóżku:
- cześć mamusiu, co chcesz ode mnie??? ( Serdeczna jak zwykle)

No przecież nie powiem smarkuli , że jej Tato chrapie jak stara maszyna parowa a jej Brat jak niewiele młodsza i ja nie mam gdzie spać  Bo natychmiast zaczną się pytania o biologiczne powody chrapania, roszczenia by jej to wytłumaczyć a najlepiej rozrysować...

- Stęskniłam się za Tobą córeczko i pomyślałam że może mogłabym się do Ciebie przytulic ( na WSZYSTKICH filmach familijnych jakie oglądałam podobny tekst kończył się wzruszającą sceną zasypiania- jak to filmy robią człowiekowi wodę z mózgu).
- No to choć mamusiu, ja Cię przytulę...

Godzina 2.15
- Mamooo, a jesteś jeszcze tęskniąca?
- Nie Haniu bo mnie przytulasz, śpij...
- Mamo, ale teraz to ja tęsknię, za bajkami
- Hanka spij! Bajki będą rano, teraz jest późna noc i pora spac!

2.30
- Mamooo, ale ja nie mogę zasnąć bo chce mi się pic
- Hania, do rana wytrzymasz....
- Mamo, no nie wytrzymam, strasznie chce mi się pic...
Człap, człap, człap...do kuchni
- Masz wodę, napij się i spać!
- Mamo, ale ja myślałam że Ty zrobisz kakao...
- Hanka, nie przeginaj! Spać!!!

2.45
- Mamo...a wiesz że ja nie będę sikać po tej wodzie, możesz spać bo ja nie nasikam do łóżka...
- Super córeczko, to śpij już ze mną, cooo?

3.00
- Mamo!!!!!!! Siku mi się chce! Natychmiast!!!
- Hania! To co Ty nie umiesz wstać i pójść do łazienki, musisz się drzeć na cały dom?
- No umiem Mamo, ale nie lubię sama chodzić w ciemnościach...
Człap, człap, człap...do łazienki
- Zrobiłaś?
- Taaaak
- To idziemy spać
Łuuuuup, walnęła z impetem drzwiami do łazienki.

Z pokoju Antosia wyrwał się dźwięk który sygnalizował, że jeśli natychmiast nie pojawię się przy nim to zaraz, za chwileczkę rozpocznie się PIEKŁO

-Łukasz, Łukasz!!!
- eeeehhaahaalaaaaa noooo
- Łukasz, cholera jasna, wstawaj i marsz do Hanki pokoju bo obudziła Antosia i nie chce spać sama
- A która godzinaaaaa?
- 3.10
Tato natychmiast się obudził,zrozumiał powagę sytuacji- wszystkie jego neuroprzekaźniki podjęły pracę i zmobilizowały go do natychmiastowej akcji pionizacyjnej.

Tak więc Tato wyemigrował do Hani a ja do pokoju Antosia.
Głaskałam, trzymałam za rączkę... a gdy o 4. wszystko wskazywało że stan klęski żywiołowej został zażegnany Antonio wstał jak te króliczki Duracella na reklamach, z uśmiechem zabójczym i pobiegł do salonu.
No to po ptokach....
Posadziłam w foteliku, włączyłam bajkę

Tu oda do braci terapeutycznej czytającej te słowa. Tak, Antoni ogląda bajki. Cały asortyment. I jestem świadoma jak negatywnie wpływa to na jego układ nerwowy, proces rozwoju mowy , obraz postrzegania świata. Na swoją obronę Wysoki Sądzie biorę tylko to, że Antoś wstaje o 4 rano do września. Regularnie i punktualnie i nie ma możliwości go uspac. Początkowo byliśmy rodzicami ambitnymi i próbowaliśmy się z Antosiem bawić gdy noc zapada już głucha....
Ale po mniej więcej tygodniu nasz układ nerwowy, proces rozwoju mowy oraz obraz postrzegania świata był w zdecydowanie bardziej katastrofalnym stanie niż obecny Antosia. Wobec czego do 6 rano Antoś ma kontakty interpersonalne z Tomkiem, pieskiem Puppy i tym knurem Peppą.

Ale wracamy do nocy wigilijnej.
Kiedy już , już położyłam się na kanapie, nakryłam puszką i pomyślałam że może jednak uda się pospać te 2 godziny zza drzwi kędzierzawa główka Hani z szelmowskim uśmiechem
- Ooooo, Antoś już nie śpi Mamusiu, ogląda bajki. Mogę z nim, prawda?
- Jasne....
Bo co było powiedzieć ..gdybym powiedziała co naprawdę pomyślałam i jeszcze napisała to na blogu to w 5 minut blog zostałby zgłoszony na treści wyjątkowo niecenzuralne. I bynajmniej nie świąteczne.

Z obłędem w oczach pociągnęłam poduszkę  i koc do Antosia. Zawinęłam się nogami na tej oszałamiającej przestrzeni 140 cm, ale widziałam że teraz to już tylko będzie gorzej

4.30
- Mamo...zrób mi kakao

4.45
- Mamo, a dasz Antosiowi soczek?

5.00
- Mamo...a wiesz że Disel zgubił się na wyspie Mgieł?

5.15
- Mamo, daj Antosiowi chlebek, on jest głodny, przecież nie było jeszcze śniadania. A mnie lubisia...

5.35
- Mamo, a wiesz, że jestem świnką? chrum chrum

5.55
- Mamo, chce jeszcze kakao...ale teraz nie potem

6.15
- Mamo, przebierz Antosia bo zrobił kupę

Jaka wigilia taki cały rok...
Dzisiejsza nocka była podobna. Wczorajsza też. Jakiekolwiek insynuacje że MIGRACJE LUDÓW są związane z chorobą dzieci są kompletnie nie na miejscu. Zaręczam Wam, jak wyzdrowieją będzie tak samo.
Dzwonię do koleżanki...zeszła w nocy z antresoli i spała z córką na kocyku na podłodze. Bo tak..
Czyli norma, dane empiryczne do badania potwierdzone w terenie.

Znajoma zapytała ostatnio czy nie mamy wrażenia że dzieci weszły nam na głowę? Że rządzą naszym życiem...

Serio, serio? A skąd ten wniosek?




piątek, 28 grudnia 2012

Po-świąteczny reportaż


Nawet fajne te Święta były. To znaczy dalej nie wiem o co było tyle zachodu. Ale skoro wszyscy dookoła zdecydowali że Święta są ważne, to co się będę wychylał?
 Tak więc pokazałem na co mnie stać:

 1. Święta były eleganckie-

ubrali mnie w takie strasznie nie wygodne COŚ, ale w imię dobra ogółu nie protestowałem. Dziadek i tata też mieli na sobie to niewygodne COŚ, widać w święta jest zwyczaj męczyć facetów. Ale skoro duzi nie marudzili to ja też się wstrzymałem. A co , niech mają! Jak Święta to Święta!

2. Święta były rodzinne.
Potem były prezenty, jedzonko, dobre piciu, zabawy...Ale to co najfajniejsze było już na początku! DZIADEK!!! No dobra ...i BABCIA!!!



3. W święta byłem ciekawy nowych smaków.
No dobra, to chyba nie jest do NAJEDZENIA SIĘ, bo nie widziałem żeby mieli tego wiele kartonów. Ale jako przekąska ten chlebek całkiem , całkiem...

4. Święta były cierpliwe- to znaczy JA byłem cierpliwy:
Ubrali mnie...No znowu!!! I to w co?! Mama tłumaczyła się jakoś pokrętnie że to ochrona przed barszczem...ale, no przecież sami widzicie że wyglądałem jak biedronka! Ale nic to, postanowiłem wybaczać na święta i nawet się mamie za to kretyńskie wdzianko nie odwinąłem.

5. Święta były smaczne.
O jaaaaaaa ile jedzenia na stole! Wprawdzie mama błyskawicznie przede mną większość chowała ale i tak nieźle pojadłem. Barszcz był rewelka, karpik też pierwsza klasa. Kapusta z grochem uszła w tłumie, pierogi dało się zjeść ..Moglibyśmy tak zajadać kolację codziennie a nie tylko skromna kaszka z gruszkami....

6. Święta były czułe i  przytulankowe.
Mam Dziadka! I nie zawaham się go użyć!

7. W Święta były prezenty!!!
Było ich mnóstwo, po pewnym czasie przestałem już ogarniać co dla kogo i po co. Taki się zrobił harmider! Ale pamiętam że dostałem mnóstwo rzeczy do układania i że wszyscy się uśmiechali. A kulki i tak są najlepsze!!!


8. Święta były towarzyskie


Ta moja siostra to jest jednak spoko babka. Z jednej strony dziewczynka, spineczki nosi i tylko o tych kucykach i wróżkach gada. Ale jednak tory poukłada, pociągiem się pobawi. Pomoże , pokaże, uśmiechnie się- w dechę siostra!!! ( bo to jej kolejka Antosiu- przypomina mama:)

9. Święta były kolejowe.

Ale czad!!!!! Ja nie wiem skąd Dziadek z Hanią wyczarowali prawdziwe POCIĄGI, ale naprawdę jechały!!!Dziadek to jest magik- szybko połączył tory, Hania pokazała gdzie się włącza. Coś fantastycznego. Ciuf ciuf ciuf....

10. Święta były radosne.
Bo fajnie było. Bo miło było. Bo wesoło było. Bo tak...



Subiektywną relację Antosia mama uzupełnia o:
- śpiew Antosia- imitacja głównego dżingla z " Tomka i przyjaciół"
- taniec Antosia do wyżej wymienionej aranżacji muzycznej
- sok jabłkowy który schodził przez święta hektolitrami i krzywdy dziecięciu nie czynił-o dziwi
- " ciągni mi to"- czyli ściągnij mi kolejkę z góry. Pierwsze zdanie Antonia:)
- płacz po wyjściu z domu Dziadka. Dziadek do pracy musiał niestety wracać  czego dziecię pojąc nie umiało. Sytuacja pozornie niewesoła mnie napawa niewyobrażalną radością. 
- przełamane lody z babcią- a to też nie była taka prosta sprawa, bo gdy w polu widzenia pojawia się DZIADEK reszta świata przestaje istnieć  A poza tym Antoś jest po prostu szowinistą, woli facetów. A tu zdziwienie, bo tym razem i babcia załapała się na zabawy, czułości , przytulanki.
- cud jakim są wyżej wymienione wobec nieustannej choroby Antosia i całej reszty familii. Ale to już temat na osobną historię...

                                                                                                     
                                                                                                   

niedziela, 23 grudnia 2012

Zamiast życzeń...

To będzie długi post.
A także bardzo osobisty.
I momentami rzewny.
Komu więc wzruszenia niemiłe polecam szybko opuścic witrynę...

Święta to wyjątkowy czas. Dla wielu bliskości i zadumy.
Dla mnie czas podsumowań. Wszelakich ocen minionego roku zawsze dokonuję właśnie w Święta.
Moja przekorna natura nie uznaje Sylwestra, cezury lat wyznaczają mi łamania opłatkiem.
Od 5 lat Święta dla mnie są naprawdę inne i wyjątkowe.
Nie ma już tego dziecięcego zafascynowania prezentami, przywiązania do detali i elementów wystroju.
Choc oczywiście nadal, a może bardziej liczy się nastrój to jednak od 5 lat w Święta jestem bardziej zamyślona, bardziej wzruszona.......

Dokładnie 5 lat temu dowiedziałam się że czeka mnie zupełnie nowa przygoda- będę mamą. Święta więc spędziliśmy w radosnym oczekiwaniu doprawionym szczyptą niepewności. No bo wiecie...DZIECKO!!!!


                                           tadam! Już jestem- chociaż mnie nie widac. Hanulka

Cztery lata temu spędziliśmy pierwsze Święta z Maleństwem- wówczas czteromiesięczną Hanią. Poznaliśmy jak wyglądają przygotowania gdy jest się rodzicem. I poczuliśmy pierwszy raz tak naprawdę ogromną przyjemność z dawania. Nie tylko prezentów Hani. Ale dawania czułości, bliskości, nastroju, możliwości ofiarowania temu małemu człowieczkowi pięknych chwil. Coś fantastycznego.
                                              ale fajne prezenty przyniósł ten Aniołek
                                       

Trzy lata temu właśnie w Wigilię podjęliśmy decyzję że nasza rodzina, mimo że szczęśliwa, jest niepełna.
Że brakuje nam do szczęścia rozbrykanego chłopczyka i że bardzo chcielibyśmy żeby możliwie najszybciej taki do nas przybył. W zamówieniu do Aniołka wystosowaliśmy konkretną prośbę: Zdrowy i uśmiechnięty chłopczyk NATYCHMIAST.
Życzenia wypowiedziane przy Wigilijnym stole wobec najbliższych, w atmosferze czułości i zaufania mają wyjątkową moc sprawczą.
                                                    Już jestem tam w środku- Antoni Fasolinek
Dokładnie 9 miesięcy później przybył do nas chłopiec. Zdrowy. Tylko nad uśmiechem musieliśmy ciut ciut popracować.


Dwa lata temu spędziliśmy Święta  już w poszerzonym składzie To było wyzwanie- utrzymać wiarę w Aniołka u Hani przy jednoczesnej obstawie Ssaczka- Nieboraczka. To były naprawdę magiczne Święta. W domu rozbrzmiewał się kryształowy śmiech Hani , a Antoś właśnie zaczynał się delikatnie uśmiechać  miał 3 miesiące) i doprowadzał nas do łez swoim strojem Mikołaja i 9 podbródkami.
                                                        "To ja zaniosę prezent Antosiowi!"- samozwańczy pomocnik   Aniołka Hanna Maria Serdeczna:)


Rok temu też były wyjątkowe Święta. I też w poszerzonym składzie. Tym razem dołączył do nas kolega Antosia- Autyzm. W zasadzie był z nami gdzieś od zawsze, ale właśnie w okolice Świąt przybrał swoje imię.
Przybył jako nieproszony wigilijny gość, zajął miejsce przy stole, zagarnął wolny talerz i rozsiadł się wygodnie.
Buntowaliśmy się bardzo, w końcu to obcy w domu.I to akurat w Święta.
Antoś okazał się większym miłośnikiem tradycji od nas, szybko pokazał nam że albo kolega Autyzm z nami w domu zostaje , albo on- Antoś się z tej rodziny wypisuje. Dobitnie swoje stanowisko przypieczętował smutną minką, sprzeciwami, waleniem, tupaniem i dzikim płaczem. Co było robic?
Przygarnęliśmy Wędrowca. Nauczyliśmy się szanowac, w końcu to częśc naszego ukochanego Antosia. Nauczyliśmy się go słuchac i z nim rozmawiac. Poznaliśmy jego obyczaje- w końcu przybył do nas z bardzo odległej krainy. Uczymy się ciągle, nawet już się polubiliśmy.
Postawiliśmy tylko jeden warunek, skoro mamy mieszkac razem. Kolego Autyzm, Tobie nie wolno zając miejsca Antosia. Jesteś jego częścią, ważną i nieodzowną. Ale nigdy nie będziesz dla nas tak ważny jak Antoś.
Bo Antoś to Antoś.I tak sobie żyjemy w piątkę.
                                          Hanna kontra barszcz z uszkami.


                                            Antonio 

W tym roku też będą wyjątkowe Święta. Skład rodziny niezmieniony- czworo plus Kolega A.
Antoś ten sam.
A jednak jaki inny.
Dla nas to będą Święta gdzie tak jakby Antoś na nowo pojawił się w naszej rodzinie. Jakbyśmy dostali nowe dziecko.
Bo Antoś bardzo się zmienił przez ten rok. I naprawdę czymś nowym dla nas będzie jego radość z wigilijnych potraw, choinkowych światełek, może prezentów.
A zupełnie wyjątkowa będzie czułość której spodziewamy się doświadczyć przy Wigilijnym Stole. Wyjątkowa w porównaniu do poprzednich Świąt.
Bo jest czymś pięknym że dziecko przytula się i nakreśla swoimi rączkami granice świata. Że spogląda czule w oczy, całuje, głaszcze policzek. Że gdy się uderzy potrzebuje rodziców by ukoić swój ból.
Że patrzy czy oby na pewno widzimy te samą fenomenalną bombkę na choinkę co on.
Byc może to dla Was codzienność obcowania z dzieckiem.
Dla nas to CUD. Wcale nie świąteczny choć znając Antosia pewnie i ten się jakiś wydarzy.
To cud wczesnej interwencji. To cud ciężkiej pracy. To cud woli i chęci Antosia. I jego miłości- może nie wypowiedzianej werbalnie, ale wielkiej i nieustającej.

Dla mnie te Święta będą ważne z jeszcze innego powodu.
Nie jest tajemnicą że Kolega Autyzm nieźle nami-dorosłymi pozamiatał. Nie bez powodu 85 % rodzin w których stawiana jest diagnoza autyzmu rozpada się. Statystyki są nieubłagane.
Nie ominęły nas sztormy. Naszą rodziną wywracało po każdej burcie.
To że usiądziemy jutro do Wigilijnego Stołu w pełnym składzie w poczuciu bliskości i w zaufaniu  to jest kolejny cud mijającego roku.
Patrzę na mojego Męża- niby ten sam co rok temu. No dobra, trochę bardziej niewyspany, z większymi podkowami pod oczami i ciut mniej ma włosów. Ale nie w detalach różnica. Taki sam, a zupełnie inny.
Patrzę na swoje zdjęcia sprzed roku. Też wyróżniam się nie tylko dłuższymi włosami i sińcami pod oczami. Też jestem inna.
Nie wiem czy jesteśmy lepsi, wrażliwsi, mądrzejsi. Pewnie nie.
Ale jesteśmy bardziej uważni. Na świat i siebie. Co biorąc pod uwagę okoliczności, te choćby sprzed kilku miesięcy kiedy przyjaciele rwali włosy z głowy i nie wiedzieli jak połatać naszą rozpadającą się rodzinę... jest CUDEM.
To będą piękne Święta.


Nie znamy Was.
Nie wiemy jakie są Wasze pragnienia, marzenia, potrzeby. A przecież każdego inne.
Dlatego... życzmy sobie od Święta zwykłego, ludzkiego SZCZĘŚCIA.


Wesołych Świąt! Bez zmartwień,

Z barszczem, z grzybami, karpiem,

Z gościem co niesie szczęście!

Czeka nań przecież miejsce.

Wesołych Świąt! A w święta

Niech się snuje kolęda. 

I gałązki świerkowe

Niech Wam pachną na zdrowie.

Wesołych Świąt! 

A z Gwiazdką- pod świeczek łuną jasną

Życzcie sobie jak najwięcej

Zwykłego , ludzkiego SZCZĘŚCIA.



Chorobowy półmetek

Nasz Doktorre powinien dostać nobla za bez antybiotykowe leczenie zapaleń dróg wszelakich.
Z Antosiem naprawdę nie było dobrze, bardzo ciężko się Malutkiemu oddychało, słychać było rzężenia..
Dlatego wkroczyliśmy z intensywnymi inhalacjami, zestawem syropków wszelakich i ostrym monitoringiem stanu Antulka. Udało się...
Malutki powoli dochodzi do siebie. Już nie gorączkuje, katar odpuszcza. Ale co najważniejsze płucka wracają do formy, Antoś już swobodnie oddycha.

Niestety jest to półmetek naszej choroby bo z Hanią już tak dobrze nie poszło.
Widać nasza nienormalna rodzinka nie reaguje na konwencjonalne leczenie antybiotykiem. Już było wczoraj fajnie, ale dziś niestety znów wróciła gorączka, znów Maleńka płuca wypluwa...Wkracza więc i u niej inhalator na główną arenę...

Wobec powyższego jesteśmy z akcją " Święta" w czarnym lesie.
Nie ugotowane jest absolutnie nic. Ale najważniejsze że przynajmniej na chwilę obecną jesteśmy w domu, obyło się bez szpitala.
Dziś z odsieczą przybyli Babcia i Dziadek. Święta spędzimy u Prababci, więc z głodu nie pomrzemy. Nie ma takiej możliwości.

Żeby brzdącom w opałach sprawić przyjemność między inhalacjami a gorzkimi syropkami pozwoliliśmy odpakować jeden z prezentów od Aniołka.
Antosiowy Tato pół dnia mordował się z instalacją( że niby IKEA jest zawsze prosta w montażu???)
I oto jest. Huśtawka.
Zajmuje prawie cały pokój Antosia. Zamawiana była u Aniołka nie tylko dla frajdy dziatwy , ale też dla poprawy czucia głębokiego i układu przedsionkowego Antosia.
Efekt osiągnięty.

Od dwóch dni dziecięcia me huśtają się nieustannie. Leją się i biją, kłócą czyja kolej ( JUPI!!!). Huśtają razem i pojedynkę. Zapraszają do huśtania mamę, lecz ten no.... nośność stropów jednak nie teges...
A dziś Antoni podszedł do Taty i władczym tonem pogonił go w kierunku pokoju pokrzykując " UŚTAJ MNIE!!!!".
No i proszę!!!!Miała być huśtawka sensoryczna a poprawa jest logopedyczna:)
Nie zdziwiło mnie że Antoś domagał się huśtania, szaleństwo jest takie że spodziewałam się że prędzej czy później jakiś komunikat nawołujący się pojawi.
Ale że pojawił się taki wyraźny to się nie spodziewałam.
A że użył Mały Gaduła zaimka... Ho ho, mili Państwo, czapki z głów, buty z nóg a zęby do podłogi:)

Jeszcze jedna sytuacja zamurowała mnie dziś w podłogę. Dziadkowie Hani i Antosia mieszkają w Radomiu. Nie mogą przyjeżdżać bardzo często, choć starają się każdą możliwą  wolną chwilę spędzać z dziećmi. Jednak każdy ich przyjazd do nas to święto i szał u dzieciaków.
Tu rywalizacji nie ma , nie biją się o Dziadków jak o huśtawkę.
Hania wybrała za przewodnika stada Babcię- w końcu są tocka w tockę identyczne.
Antoś ukochał Dziadka.
I dziś właśnie podczas obiadu wpatrywał się w Dziadka jak w obrazek.Zaczepiał go, przesyłał zniewalające uśmiechy.
Nauczony doświadczeniem Hani- skrajnego niejadka, Dziadek na zaloty Antosia starał się  nie reagować  oj bardzo, bardzo ciężko było zachować powagę) .
Wszak jedzącego dziecięcia zaczepiać nie można bo w sekundę może zmienić zdanie i zaniechać tej jakże nudnej czynności.
A tu zonk.
Co jak co ale jeść Antoś nie zaprzestał- tu musiałaby walnąć na środku pokoju bomba atomowa, albo wjechać pociąg Tomek.
Ale między łyżkami strawy pożywnej uśmiechnął się zalotnie..i spod rzęs długaśnych przemówił " DZIA DE"

O kurde blaszka... Do Wigilii pozostało 19 godzin. Jeśli będzie przyswajał słownictwo w tym tempie to przy łamaniu się opłatkiem nieźle mi jegomość wygarnie:)

czwartek, 20 grudnia 2012

I znowu chorzy...

Srodek nocy. Nie spie. Hania ma 40 stopni goraczki, Antos 38... Z pokoikow dobiega charakterystyczny kaszel krtaniowy. Zmieniam oklady. Podaje nowa porcje leku przecigoraczkowego. Daje pic.... Szykuje sie ze przy stole wigilijnym znow pojawi sie nasz tradycyjna juz, 13 potrawa wigilijna- inhalacja.
Za dwie godziny zbieram sie na pociag. Musze odebrac skierowanie Antosia do Centrum Zdrowia Dziecka. Antosiowy Tato musi przez pare godzin zostac sam na posterunku. Co jest o tyle trudne ze musi maluchy zabrac do Ulubionej Przychodni. A Antos konta Doktorre to zawsze trudne spotkanie.
Za stacja Opole Zachodnie sa jakies awarie na trakcjach, pociagi maja pol godziny opoznienia. Pod Zdzieszowicami pociag potracil dwa konie i tez sa jakies perturbacje kolejowe.
Nie wiem czy larum zwiazane z Kolejami Slaskimi juz zostalo opanowane.
Jeszcze nie wyjechalam a juz sie martwie czy uda mi sie szybko wrocic.
Nie znosze takich sytuacji, kiedy musze dzieciaki zostawic chore.
Wiem ze przeciez zadna krzywda im sie nie stanie, ze Tato zrobi kakao, otuli, poda syrop...
A jednak...martwie sie o te kaszlace szkodniki...
U Hani choroba bardzo dlugo przebiega bezobjawowo, zwykle objawy pojawiaja sie wtedy gdy dzieje sie juz cos bardzo powaznego. Tak przeszla zapalenie miesnia sercowego rok temu. Od tamtej pory kazde przeziebienie jest dla nas grozne.
Antos znowu choruje blyskawicznie. W ciagu 3 godzin ze zdrowej dziecka mamy w pelni zgoraczkowanego i zainfekowanego Malucha. Rok temu rano badal go doktor i byl zdrowy...a wieczorem mial juz obustronne zapalenie pluc.
Potrzebujemy bardzo dobrych fluidow na szybkie ozdrowienie.
A ja bezproblemowego polaczenia kolejowego na trasie Opole-Chorzow- Opole...

wtorek, 18 grudnia 2012

Klocki

A ponieważ dostęp do komputera należy wykorzystać bo nie wiadomo kiedy znów się okazji trafi szybciuteńko przedstawiam nowy sukces Antosia.
Klocki specjalną pasją Malutkiego nie były. Wieże wolał budować w warunkach naturalnych, z krzeseł i stołu. A już układanie klocków z siostrą to dotąd była kompletna nuda.
Ale już nie, w Antosiu odezwał się architekt. Ułożył wieżę z 11 klocków!!! Z Hanią!!!A jak się przy tym cieszył, a jaki był skupiony.
Jakaż duma małego konstruktora rozpierała!!!
Zobaczcie sami:
                                          Siostra mi pomoże

                                                       Ale sam też dam radę

                                            Zdolny jestem  prawda?


A na koniec zdjęcie z Opolskiego Rynku z wystawy fotograficznej Fundacji Dom. Antosiowa Mama nadal nie dotarła by podziwiać medialnego syna. Na szczęście Antoś ma jeszcze Tatę:


Choinka piękna jak las!!!

Ponieważ chwilowo wydębiłam komputer bez dotykowej klawiatury szybko napiszę co u nas.

W niedzielę rano Hania i Tato dostali prościutkie zadanie. Mieli kupić MAŁĄ choinkę. Dlaczego małą? To przecież oczywiste jest. Na choince wiesza się przedmioty okrągłe i błyszczące, kolorowe i szklane. Nie trzeba więc być Inspektorem Gadżetem by wiedzieć że choinka na pewno zainteresuje Antosia i jeśli jego zachwyt okazał by się nad wymiar duży zawsze byłaby opcja podwieszenia choinki pod sufitem.

Tato i Hania wykazali się inwencją twórczą własną, kreatywnością oraz wyjątkową wiarą w Antosia.
Nasze mieszkanie mierzy 250 cm. Kupili choinkę o wysokości 238 cm.
                                                             Pierwsze wrażenie
Zalała mnie wściekłość  Hania uparcie tłumaczyła mi że wszystkie małe choinki były strasznie krzywe. A Tato profilaktycznie schodził mi z pola rażenia.
                                                            Ale numer! Jadalne!!!!

Ubraliśmy drzewo świąteczne. Założyliśmy że cenne bombki i szklane wędrują na górę a dół będzie przestrzenią dla Antosia. Nie doceniliśmy małego odkrywcy.
Bombka ścieliła się równo.
Zerwanie 16 bombek zajęło mu 7 minut. Przy czym bombki uznawane przez nas za plastikowe nie zawsze takowymi się okazywały i Mały dwa razy zakrztusił się czerwoną bombką która okazała się piankowa.
Łańcuch choinkowy jak wiadomo najatrakcyjniejszy jest w formie poszatkowanej.
Zdenerwowany faktem iż choinkowego jabłka nie można zjeść Antoni zaczął rzucać owockami po całym domu. Mamie dwa razy nogi rozjechały się na tej ozdóbce niczym kaczce na lodzie. A choinka straciła kilka gałązek.
                                          Można też w choinkę wjechać autkiem.


 I rowerkiem. I pociągiem!!!
Ciut igliwia zaplątało się do Antosiowej pieluchy. No cóż...sama natura!!!
Po 6 godzinach pobytu choinki w domu Antosiowy Tato zapowiedział zrezygnowany, że za rok choinkę to se namalujemy farbą na ścianie a ozdoby to gwoździem do ściany przybijemy!!!
Skoro tak szybko doszedł do wniosku że pomysł ogromnej choinki był chybiony to sami pomyślcie co się dzieje wokół drzewka.

Tymże choinkowym akcentem rozpoczęliśmy przygotowania naszego domu do Świąt.
Jeśli spodziewacie się że w domu pachnie igliwiem, jest czysto, pięknie i kolorowo a z piekarnika rozprzestrzenia się cudowny zapach piernika....to niestety trafiliście nie do tej Opowieści Wigilijnej.Bynajmniej w wannie nie pluska uroczo karp. A dzieci w czerwonych czapeczkach nie dopytują się " jak możemy Ci pomóc mamusiu" - takie rzeczy to tylko w reklamach Jacobsa.
U nas jest ciut inaczej.


Jeśli tradycji ma stać się zadość i ma się pojawić biały obrus na stole to należy... przybić go gwoździami do stołu. O właśnie tak:


Jeśli odliczamy radosny czas do Świąt to za pomocą kalendarza adwentowego wypełnionego...gruszkami. Pomysł z czekoladkami na wysokim poziomie się nie przyjął, Mały Skubaniec przysunął sobie krzesło i precyzyjnie ukradł wszystkie cukierki ... a potem cierpiał okrutnie.
                                                        Kalendarz adwentowy w wersji Antoś


Jemioła...nie, jemioły lepiej nie zawieszać. Po jemiole Antoś wymiotuje.

Niech ręka boska broni świec używać  I najlepiej ich nigdzie nie stawiać  Nie wiadomo czemu parafina i wosk bardzo Antosiowi smakują.

Z owoców z Kuby najlepiej prezentują się pomarańcze i mandarynki w ramce. Jako zdjęcie powieszone na ścianie. Antoś bardzo lubi pomarańcze. Ale nie może. Tylko za nic na świecie nie chce tego faktu zaakceptować i nie ma takiego miejsca w domu do którego by po nie sięgnął.

Wszystkich okien na razie nie udało się umyć, ale udało się zdrapać warstwę kulturową kaszy jaglanej oraz freski Antonia z Opola datowane na zeszły tydzień a wykonane techniką nakrapiano-drapaną z użyciem ciastoliny, pisaków do kąpieli oraz kredek świecowych.

Podłogi nie są wypastowane, ale udało się odnaleźć przestrzeń bez zabawkową. Ba, bo odszorowaniu z zupki  brokułowej okazało się że nasze panele są w innym kolorze niż dotąd przypuszczaliśmy.

Kafelki nie błyszczą się jeszcze w łazience ale udało się odnaleźć zaginione 11 brakujących do pary skarpetek.

Zza kabiny odzyskano również utraconą wieki temu broszkę mamy i lalkę Hani.

Spod łóżka Antosia wygrzebano 7 szczoteczek do zębów. Stan ich nadgryzienia dowodzi że Antonio paszczękę ma w idealnym zdrowiu.

Firanek nie pierzemy gdyż nie posiadamy. Niekoniecznie z ekshibicjonizmu, raczej z lenistwa. No bo komu by się chciało kilkadziesiąt razy dziennie wieszać je pozrywane?
Ze świątecznej listy zostały jeszcze zakupy świąteczne, ale wobec okrojonej diety Antosia szaleństwa nie będzie.Koniec boju o ostatnią masę makową w markecie. W sklepie ze zdrową żywnością nie ma gigantycznych kolejek:)

A jak tam Wasze przygotowania do Świąt? Równie wesołe?
Jeśli jednak się spinacie i szczoteczką do zębów szorujecie fugi to u nas po Wigilii rok temu wyglądało tak:



Może więc lepiej zawczasu odpocząć? Albo pobawić się z dzieckiem w chowanego za choinką?

sobota, 15 grudnia 2012

Z powodu awarii cisza w eterze

Mialam dzis napisac piekna relacje co to pociecha ma druga wyczyniala z Padre swym gdy my sie z Antosiem lekarzowalismy w Gliwicach.
Mialam dzis opisac wrazenia z dekorowania piernikow w "Kafce".
 Plany mialam arcyambitne ale zawinely mi sie konczyny dolne w kabel zasilajacy od kompa, salto mortadelka cudnej klasy wykonalam i zasilacz kabelka skutecznie poznawilam na wieki wiekow.
W wyniku owej glupoty i niezbornosci ruchowej Pani matki do czasu uciulania grosza na nowy zasilacz oglaszam cisze w eterze. Niestety pisanie dluzszych wiadomosci na telefonie dotykowym przekracza granice mojej cierpliwosci oraz umiejetnosci technicznych.
Wybaczcie zatem, ale chwilowo dlugasnych relacji nie bedzie. Zdjec niestety tez. Ze o planowanym filmiku na ktorym Haniszcze spiewa w przedszkolu ode do Mikolaja nie wspomne.

Jedynie na koniec  pochwale sie lotnoscia corki swej Hanny Marii Przemadrzalej I. taki ot dialog sie dzis wytworzyl:
- haniu, czy Ty musisz zabierac Antosiowi zabawki wlasnie wtedy kiedy on je wezmie do reki??
( bo aktualnie toczyla sie wojna domowa o drewniana kolejke z klockami ktora Antos uwielbil w minute a ktora Hanusienka wlasnie mu zakosila z wyrazem nieprzywzoitego wrecz samozadowolenia na twarzy).
- mamusiu, ale ja sie juz nia dawno nie bawilam wiec chcialam sobie tylko przypomniec....
- Haniu, a czy nie mozesz sobie przypominac jak juz Antos skonczy sie bawic, slyszysz jak placze za tym pociagiem, pewnie mu przykro jest ze mu zabralas...
Pomyslala,pomyslala rezolutna 4-latka, loczka na paluszku podkrecila i tak do mnie rzecze
-mamo, ja Ci nie chcialam tego wczesniej mowic bo by Ci tez przykro bylo ale to jest moj drewniany pociag. Kupilas mi go kolo stawu w Bieszczadach( staw- Solina...przypomna mama) i potem sie gdzies zgubil. To chyba moge sie chwile pobawic SWOIM pociagiem, prawda???


Upssss, jajo ma pamiec lepsza od kury.

Pokornie zamilklam i odciagnelam zawytego Antosia od lokomotywy.
A Wam dobrze radze, jesli bedzie ksztaltowac w dziecku poczucie wlasnosci...to robcie se notatki co czyje we wlosciach co by na kompletnego barana nie wyjsc jak ja dzisiaj....

czwartek, 13 grudnia 2012

Wieści z Gliwic

Musieliście trzymać kciuki!!! Tego się inaczej po prostu nie da wytłumaczyć!!!DZIĘKUJĘ!!!!

Najważniejszy punkt wyprawy zrealizowany. Wyszliśmy z gabinetu bez leków przeciwpadaczkowych.
Na razie trudno określić czy mały padaczkę ma czy jej nie ma. Wg. Pani Doktor raczej nie...ale głowy nie da- w tej kwestii czeka nas jeszcze diagnostyka. Natomiast na pewno póki napadów nie uda się upolować na video EEG, określić ich charakteru i zasięgu nie ma żadnej opcji żeby podać leki.
Pani Doktor nie uznaje leczenia farmakologicznego " na zapas". Kocham ją!!!

Kocham ją po wielokroć gdyż w lutym kładziemy się do Centrum Zdrowia Dziecka na diagnostykę metaboliczną i genetyczną!!!!Ja nie wiem jak Nasza Kochana Pani Doktor to załatwiła, ale zatkało mnie gdy się dowiedziałam że uda się Antosia przebadać nie w 2014 jak wstępnie samodzielnie ustaliłam...tylko za 2 miesiące!!!

A powody do badań jednak są. Okresowe napady, regresy, zaburzenia motoryki niepokoją. Wcześniejsze wyniki badań metabolicznych są niejednoznaczne. Wykluczają istnienie u Antosia którejkolwiek z 30 wrodzonych chorób metabolicznych, ale prawidłowe też nie są.

Pani Doktor pomierzyła dziś Antosia, policzyła, porównała parametry i jednak dyskretne cechy dysmorfii są, zwłaszcza w obrębie zbyt dużego tułowia w stosunku do reszty ciała. To co my nazywaliśmy dotąd żartobliwie " nieformnością" wymaga jednak konsultacji fachowca. Bo może być oczywiście urodą Antosia samo w sobie- ot, taki sobie śmieszny wielkolud na krótkich nóżkach i z małymi rączkami.Ale w połączeniu z innymi objawami Antosia nasila jednak czujność.

Ale najpiękniejsze słowa które padły podczas wizyty to " Pani mi przywiozła jakiegoś innego Antosia, przecież to nie jest to samo dziecko!!!!".
A i owszem, nie jest:)
Oczywiście po wejściu do Przychodni Antonio się zbuntował- na recepcji pani miała kitel, a biały kitel to ZŁO.
Po wejściu do gabinetu też zlustrował otoczenie i wnikliwie Panią Doktor i na jego twarzy nie malował się spokój. Więc jak zwykle w takich sytuacjach zaczęłam go uspokajać i tłumaczyć mu co my tu będziemy robić  I wiecie co??????
Antoś po raz pierwszy posłuchał. Usiadł na podłodze, poprosił o autka i książeczki i zajął się sobą a my z Panią Doktor mogłyśmy porozmawiać  Potem błyskawicznie przypomniał sobie topografię gabinetu, odwiedzając wszystkie wcześniej interesujące go punkty programu- a był tam tylko raz, w marcu!!!
Ma skubaniutki pamieć- po mamusiu oczywiście:)
Dwie tylko były salwy głośnego protestu. Gdy pomimo maślanych oczu i wszystkich możliwych form komunikacji( słowo, gest, uśmiech, wskazanie palcem) nie otrzymał do zabawy pieczątek Pani Doktor ni młoteczka neurologicznego.
Ale trwały one zadziwiająco krótko.
Pozwolił się zbadać. Zaśmiewał się w głos przy opukiwaniu młotkiem i łaskotaniu. Nadstawił głowę do mierzenia.
A na koniec z własnej nieprzymuszonej woli oddał zakoszony wcześniej długopis, pomachał rączka pa-pa, podszedł do Pani Doktor i podał rączkę na znak " cześć  i strzelił taki oszałamiający uśmiech że nie tylko ja się roztopiłam:)

A trzymane kciuki przez Was zaowocowały nie tylko udaną wizytą! Cała wyprawa to był naprawdę udany wyjazd i powiem szczerze że dawno nie widziałam Antosia tak szczęśliwego.
Na widok pociągu on nie szedł, on biegł jak szalony z uśmiechem na twarzy. W przedziale król komunikacji- zagadywał, zaczepiał, rozsiewał uśmiechy. Nawet popcornem się podzielił, a Antoś nie oddaje zwykle jedzenia po dobroci.
Pociąg do Gliwic przyjechał o czasie. Ba, przesiadka w Kędzierzynie odbyła się bez najmniejszych perturbacji.
Konduktor był sympatyczny.
No dobra, taksówkarz w Gliwicach powiedział że zdejmie pas i tak przyłoży że Antoś się uspokoi( a Antoś się tylko wkurzał bo minęliśmy pięknie oświetloną 2 metrową lampę i zdenerwował się że nie mógł dotknąć . Ale po prawdzie o grzecznego taksówkarza nie prosiłam wczoraj więc nie ma co się skarżyć:)
Zresztą szybko sobie z impertynentem poradziłam- zwykle wtedy nawet nie staram się być kulturalną kobietką:-).
Antoś podczas podróży zaprezentował dobry humor którego nawet w najpiękniejszych snach nie mogłam sobie wymarzyć.
Pociąg powrotny był tylko 30 minut spóźniony, co jak na Koleje Śląskie bez prezesa, rzecznika prasowego i marszałka województwa śląskiego ale za to z nowym rozkładem jazdy rzecz niepojęta i niespotykana.
Ba, i tak nie uwierzycie...ale pociągi były nowoczesne i czyste!!! Przecież to się nawet najwybitniejszym wizjonerom nie śniło!!!
To był wspaniały dzień.
Nie wiem czy zawdzięczam go losowi/przeznaczeniu/ szczęściu czy Bogu.
Ale na pewno zawdzięczam go wyjątkowym ludziom- Wam którzy przesyłaliście nam dobre fluidy i Naszej Kochanej Pani Doktor.
A najbardziej to zawdzięczam go Antosiowi.
Ciągle zadziwia mnie jak wspaniałego i fajnego mam syna( córkę też - jutro będzie Post Scriptum jak świetnie spożytkowali czas Hania i Antosiowy Tato gdy my się wojażowaliśmy).
Wiem, wiem...chwalipięta jestem. No ale ja, no jak się takim Antosiem nie chwalić????

Rozpoznawalny Antoni

Wbiegam sobie dzis do Fundacji a tu szczerzy sie do nas buzka Antosia z fotosow mikolajkowych.Super, Antos zalapal sie na fotke z Mikolajem:-).


Wpadam do Pogotowia Terapeutycznego a p.Agata pyta mnie czy widzialam Antosia na Krakowskiej...No nie, a czemu? Bo jest wystawa zdjec propagujaca dzialanosc Fundacji na Rynku i Antos jest na dwoch zdjeciach. No to pieknie! Syn kariere robi, stawia pierwsze kroki w modelingu a matka jak zwykle nie widziala, nie slyszala, nie pochwalila. Trza sie bedzie wybrac na rynek, poogladac syna swego skoro buzinke do Opolan wystawia:-).                                  
A już tak powaznie to jesli Wasze nogi zaprowadza Was w kierunku Rynku opolskiego i ul. Krakowskiej to spojrzyjcie prosze na wystawe poswieconej Fundacji Dom. Przyjrzyjcie sie prosze rozesmianym dzieciom, poznajcie wybitnych teraputow, spojrzyjcie laskawym okiem na starszego pana o ogromnym usmiechu-p. Kazimierza Jednoroga.
Zobaczcie jak wyglada Dom, czyli zupelnie wyjatkowe miejsce w ktorym kazde dziecko zostanie przytulone i otoczone opieka. I pomozcie, jesli mozecie. Bo Fundacja konczy wlasnie budowe Osrodka Wczesnej Interwencji, miejsca ktore potrzebne jest nam wszystkim, nie tylko rodzinom dzieci niepelnosprawnym ale kazdym rodzicom w tym miescie. Miejsca ktore powstaje z wielkiego serca wielkich ludzi, by pomagac najmlodszym i najslabszym. Miejsca, na ktorego dokonczenie potrzeba jeszcze duzego worka pieniedzy....

A tymczasem my sie zbieramy do Gliwic, Antonio zaraz wstanie z drzemki. Plecak z racjami zywnosciowymi zapakowany, telefony do Kolei Slaskich wykonane- oficjalnie pociagi jezdza. Nieoficjalnie dowiemy sie na miejscu. Stresik urosl juz do calkiem pokaznego rozmiaru, ale to zadna nowosc ze matka panikuje przed podroza.
Bedzie dobrze. Bo musi byc dobrze. No jak nie jak tak?:-)

środa, 12 grudnia 2012

Wiśta wio i...łatwo powiedzieć!

Dziś wybraliśmy się- jak co tydzień na koniki do Zawady. Odkąd jeździmy do stadniny jest to prawdziwa wyprawa, zwłaszcza że my nie zmotoryzowani ( prawo jazdy pani matki powstaje w bólach i znoju).

Śniegu po kolana, mróz niezły, ale Antulkowi paszczęka się ucieszyła od razu na widok koników.
To mnie w sumie zawsze zastanawia. Mały lubi konie, pamięta o marchewce dla Baśki, nie boi się ich ( JUŻ!!!) i sam do nich podchodzi. Wybrał sobie nawet swojego pupila w stadninie- Paulę, nomen omen najszybszego konika.
Lubi też stadninę bo tam zawsze coś się dzieje. Po prawej dzieci ujeżdżają- to znaczy dzieci na koniach, nie odwrotnie:), po lewej kotek przemknie. Od czasu do czasu traktor zapyrka. Autko przejedzie. Ptaszek zaśpiewa. Przestrzeni do biegania mnóstwo.
Lubi mały padalec tam jeździć.
A jednak jak tylko się go posadzi na Baśkę to zaczyna się aria operowa. Lamentów moc w najwyższych tonach się uaktywnia. Na nic czar wielki p. Magdy- hipoterapeutki.
Na nic atrakcje jakie zapewnia Baśka- tu pryknie, tam podskoczy.
Pierwsze 10 minut Antoś musi przewyc. Bo ponieważ. Bo tak. I już!
Potem zwykle już się cieszy o ile nikt nie próbuje mu poprawić postawy.
Antulek narcystyczne ma nastawienie- bosko jeżdżę i tyle, nikt mnie tam poprawiał nie będzie.
P. Magda pogląd ma tę kwestię zgoła inny więc dochodzi do wymiany zdań, przy czym Antonio jest dość monotematyczny " nie! nie! nie!".
Dziś jednak do standardowego układu terapii doszły atrakcje. Otóż Antulek po raz pierwszy kłusował!
O jak było fajnie!!!! Tak szybko! I mama biegła za koniem- zacny widok! I p. Magda się śmiała.
No byczo było!
Ale tylko pierwszy raz.
Bo za drugim już się nie podobało i lamenty zawadzkie Antoniusz długo uskuteczniał.
A podobno kobieta zmienną jest...Nie to nie- wydawało by się . A rączki wio pokazują. No to wiśta wio!!!
Trzecia próba- co by nie mieć wątpliwości w kwestii upodobań Młodzieńca- złudzeń nie pozostawiła.
Albo jedziemy naprawdę poooowoooli, równiutko, albo popękają Wam bębenki w uszach!!!

I już , już myślałam że dzisiejszy dzień nie będzie zbyt udany dla Młodego Jeźdźca, gdy Antosiek znów postanowił nas zaskoczyć.
P. Magda okazała tak wielkie serce nam , że zawsze po terapii podwozi nas do Opola. A Antek jak to Antek z przyjemnością biegnie do auta bo jednak koń- koniem, ale z wszystkich koni na świecie Antoni najbardziej kocha te mechaniczne.
A tu zonk.
My sobie spokojnie karmimy marchewką uroczego kucyka Kasię gdy p. Magda idzie do swojego auta.
Sama.
Bez Antka.
I nawet go nie weźmie.
No skandal!!!! ( bo tego że kochana p. Magda poszła zamontować fotelik to już chłopaczyna nie zakodował ).
Wkurzył się!!!!
 Na tych krótkich nóżkach przemierzając śnieg do kolan zaczął bieg za p. Magdą.
A ona nieczuła nie wróciła, nie padła mu do nóg.
To co było robić, Antoni użył głosu- a głos swój ma donośny i całkowicie niepowtarzalny.
Tylko tym razem zamiast standardowego zestawu pisków i krzyków w narzeczu Suahili pojawiło się wyraźne " MAgDDDA!!!!!!".
Marchewka mi wypadła z ręki. Pani Magda stanęła jak wryta. Antek powtórzył zawołanie , podbiegł , wziął p. Magdę za rękę i poszli se tak do samochodu.
Nie mam omamów słuchowych- jeszcze!!!
Jeśli kiedyś p. Magda wejdzie na naszego bloga na pewno wyczyn Antosiowy potwierdzi.
No i powiedzcie, powiedzcie sami.
Jak ja się mam z zapalenia spojówek wyleczyć skoro codziennie ryczę i chlipię ze szczęścia?;-)


                                             Po-konikowy relaksik!!! Traumy jakoś nie widać;-)

I w tym amoku upraszam Was bardzo Mili Przyjaciele o mocne trzymanie kciuków za jutrzejszy dzień. Jutro jedziemy do Gliwic do naszej pani doktor neurolog na konsultację. Mam więc parę życzeń do losu/przeznaczenia/szczęścia/ Boga:
- chciałabym wrócić z Chorzowa bez recepty na leki przeciwpadaczkowe- da się wymodlić??
- chciałabym żeby Koleje Śląskie które paraliżują ruch kolejowy jutro wzięły sobie wolne od tego wzniosłego zadania i żeby pociągi jeździły. Nie muszą punktualnie, ale choć trochę
- wobec powyższego oraz cudnej aury pogodowej chciałabym żeby nasza jutrzejsza wycieczka nie zakończyła się ( jak zwykle) chorobą. Skoro tyle cudów nas ostatnio spotyka to może i ten???
- chciałabym żeby konduktor otworzył przedział dla matki z dzieckiem. Nie musi pomagać wtarabanić wózek- mam już wprawę. Ale gdyby nie kwestionował orzeczenia o niepełnosprawności Antosia i ważności biletu na podstawie wyglądu Antosia byłoby niezwykle uprzejmie. A gdyby jeszcze nie kazał się Antkowi " zamknąć bo go porwą Cygani" to już w ogóle wyrzeźbiłabym mu order z ziemniaka " kulturalny konduktor Kolei Polskich".

Zdaję sobie sprawę że moja prośba obejmuje wiele aspektów. Dołącze 3 zdjęcia i worek świątecznych pierników do podania.
A poważnie to stresika mam....takiego ciut ciut. Więc trzymajcie za nas kciuki, dobrze???



wtorek, 11 grudnia 2012

Mikołaj- jak wiadomo- trzyma z dziećmi...

Tak naprawdę to Mikołajki trwały u nas od czwartku do dzisiaj.
Takie przedłużone, a co!
W końcu niecodzienna rodzinka, to co się terminami będziemy ograniczali. A i staruszek leciwy jest, kości ciut sfatygowane to pozostawiał dla dzieciaków prezenty tu i ówdzie.
List Hani ewidentnie został przeczytany a potrzeby dzieci zaspokojone ponad normę.

Już myślałam że się na Czerwonego Staruszka pogniewam!!! Naprawdę przegiął szalenie! I posłuchał rzecz jasna dzieciaków- nie starszyzny domowej.
Antoś dostał autka i to w arcywypasionej formie i wściekle czerwonej wyścigówy i grająco- spiewającego wozu strażackiego.
Oj, cóż to była za radość!!!Niemy zachwyt początkowo, a potem salwa pisków ze szczęścia.
A biada jak tylko podeszłam!!!
Antonio czuje dokładnie że ja tam taką fanką samochodów jak on nie jestem , więc profilaktycznie wrzucił wsteczny i uciekł, co by matka nie zakosiła cudnej zdobyczy.

Już myślałam że rodzicom rózgi w tym roku przypadną. Chyba jednak takimi grzecznymi rodzicami nie byliśmy jak nam się wydawało. Regularnie chowaliśmy Antosiowi autka ( bo wg. nas Antonio przy nich fiksuje). Torturowaliśmy jakimiś ćwiczeniami  I uparcie wymagaliśmy komunikacji. Nieczułe z nas były dranie, bo na płacze i wymuszenia nie reagowaliśmy.
Kazaliśmy czytać książeczki.
Pozbawiliśmy malutkiego ukochanego łóżeczka ze szczebelkami.
Nie zawsze mieliśmy czas.
Brakło też czasem cierpliwości.
Kreatywność w nas też raczej poniżej poziomu " Pomysłowego Dobromira".
Ja to już w ogóle sobie nagrabiłam punktów karnych karmiąc Antonia jakimiś ciecierzycami i kaszą jaglaną zamiast pyszniutkiej kanapki z szynką.

Więc tylko czekałam kiedy Ostatni Sprawiedliwy w postaci Czerwonego Pana z Czapką postanowi nas już totalnie pogrążyć w oczach naszych pociech i spod ziemi wyrosną dwie dorodne rózgi- takie na cały salon, za całoroczne przewinienia.

I kiedy tak sobie analizowałam moje marne postępowanie w ubiegłym roku i wiosłowałam z Antonim kolację...Mój Maleńki Mikołaj przyciągnął moją rękę, pogłaskał nią sobie po wychudzonym policzku.
Popatrzył głęboko w oczy...
Przyciągnął mi moją twarz, objął rączkami i wyszeptał " OCHAM CE"

I dalej nic więcej nie napiszę bo ryczę jak bóbr i paluchy mi się ślizgają po zamoczonej klawiaturze.

To były najpiękniejsze Mikołajki w moim życiu. Dostałam najcudowniejszy prezent.
Proszę mi tu analiz nie prowadzić czy było wyraźnie, celowo, wyuczenie czy spontanicznie:-)
Bo cudnie było:-)
I wiecie co? Ja wiem że ten prezent się nie zepsuje jak zabawka, nie wyląduje w kącie pokoju. Będzie używany cały rok i w ogóle się nie zużyje.
Takie to czary dla nas przyniósł św. Mikołaj w tym roku..
Chlip, chlip...

środa, 5 grudnia 2012

Dziwny jest ten...śnieg!!!

Wczoraj wieczorem przepięknie padał śnieg. Leciały wielkie płatki a nieprzyzwyczajeni do tego zjawiska Opolanie zatrzymywali się by popatrzeć- wszak w Opolu nigdy nie ma pewności czy śnieg się jeszcze powtórzy.
Dziś oczywiście z cudnego krajobrazu pozostały pomarznięte nędzne, białe popłuczyny.
Jednak nawet taka garstka śniegu wystarczyła by Antulka wprawić w osłupienie. A razem z nim jego matkę.
Śnieg spodobał się Antosiowi od razu, zaczął deptać swoimi małymi nóżkami i dziwić się swoim odciskom stóp. Ależ było radochy!!!
W pewnym momencie Antoś zaczął się pochylać nad śniegiem i dotykać go twarzą.
I nagle mój niewiele mówiący syn powiedział " achnie!!!".
Przesłyszałam, nieeee no, wydawało mi się... Przecież śnieg nie pachnie,a poza tym Antoś nie mówi najbardziej podstawowych słów to dlaczego miałby powiedzieć " pachnie".
A gucio prawda mamuśka!!!
Antoś powtarzał wiele razy " achnie" ale widząc moją konsternację wkurzył się sromotnie i z wyrzutem użył gestu MAKATON " wąchać".
No to już nie było wątpliwości...Malutkiemu śnieg pachnie- lub śmierdzi. W każdym  razie śnieg ma zapach!!!
Następnie Antoś trafił na połac wyjątkowo zmrożonej brei. Tu już się tak fajnie nie tuptału, po mimice widac było że Krasnoludkowi się nie podoba. W końcu zasłonił uszy i odszedł. Czyli było mu za głośno. A przecież miał czapkę!!!!
Co to za śnieg bez śnieżek???Postanowiłam syna dokształcić i ulepiłam mu kulkę. Antoś ma słabość do przedmiotów okrągłych więc ochoczo wziął do ręki. I jak szybko chwycił tak szybko wyrzucił. Z miną bardzo, bardzo niezadowoloną. Doświadczanie świata Antoni postanowił zakończyć  Natychmiast skierował kroki do klatki dobitnie dając mi do zrozumienia że na dzisiaj nie wyjdzie.
Trudno synku, wcale śniegu nie musisz lubić- może jazdę sankami pokochasz. A jak nie to też się nic nie stanie.
Przecież nie musisz się bawić z Antosiowym Tatą w odtwarzanie bitwy pod Stalingradem. Widocznie lepiej Ci będzie jako Lis Pustyni, w ciepełku:)
Dla mnie z dzisiejszej przygody wynikneły nauki.
Ewidentnie po chorobie sensoryka Antosia wymaga ostrego dopieszczenia. Na szczęście już w piątek p. Gosia dopieści Antosia na zajęciach z SI i pewnie też zaczniemy naszą dietę sensoryczną. Naprawdę bardzo nam to teraz potrzebne.
Ale też powoli dociera do mnie jak niesamowity jest świat osób z autyzmem. Wiem od samego naszego początku, że osoby z kręgu ASD zupełnie inaczej pojmują zmysły. Wiem, ale tego nie czuję!
Nigdy , przenigdy nie pomyślałabym że śnieg może miec zapach!
Pozostałe dwie sytuacje były do przewidzenia, nie wprowadziły mnie w takie zdumienie.
Ale pachnący śnieg...naprawdę się zdziwiłam.
I tak sobie myślę, że już chyba nigdy dziwić się nie przestanę.
To oczywiście też trochę przerażające, bo zwykłe i codzienne sytuacje mogą przerodzić się w bardzo trudne sytuacje.Ale...to też chyba wyjątkowe doświadczenie, poniekąd zaszczyt obserwować jak inny potrafi być świat, który przecież znam od 30 lat, który niczym nie potrafi mnie zadziwić.
Potrafi...i to każdego dnia.
To uczy i pokory i tolerancji i...rodzi ciekawość:)
A wiecie co jest w tym wszystkim najfajniejsze?
Nie to że taki " inny świat" istnieje. Ale to, że Antulek chce mi pokazać, podzielić się nim. Właśnie ze mną.
To chyba jest zaszczyt, prawda?

Antulek kontra zlodowacenie:)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

List do Świętego...

Dziś zakończyła się kwarantanna Hani. Dumna i zdrowa czterolatka pobiegła jak na skrzydłach do przedszkola a mnie naszło na rekapitulację....
Spędziliśmy rodzinnie chorując nieprzerwanie 13 wzniosłych dni.
Przez 13 dni rytm dnia określało siorbanie, kichanie, prychanie, smarkanie, podawanie lekarstw, mierzenie temperatury, smarowanie, inhalowanie, oklepywanie.
Robienie kakao: za zimnego, za ciepłego i za małego.A potem za dużego.
Przebieranie przepoconej piżamki w zbyt różową, zbyt ciepłą, zbyt kwiatkową i w ogóle zbyt...
Podawanie soczku, herbaty ( herbata miała być z miodzikiem Mamusiu. O teraz lepiej,fuuuuj, ale nie tyle miodziku Mamusiu).
Smażenie jajeczniczki dla Jajecznicowego Potwora.
Rysowanie, kolorowanie, wycinanie, czytanie , malowanie, puszczanie bajek- nie tych bajek, tych innych Mamooo.
Mierzenie temperatury lali, smarowanie lali, wycieranie lali i w ogóle całodobowa opieka nad trzecim obłożnie chorym dzieckiem w postaci lalki Karolinki.
Szlachetne zdrowie...itd.
Hania jest już zdrowa. Na szczęście. Nie tylko tak ogólnie, ale też dlatego że Hania chora jest 5 milionów razy bardziej absorbująca niż Antoś. A Antoś też jest chory. I Antosiowy Tato. I mama też chyba...nawet nie umiem do tylu milionów liczyc...

Pisaliśmy dziś list do Świętego Mikołaja. Hania zażyczyła sobie koniki. Potem chciała też koniki, zabawkową kuchnię dla koników, i farbki dla koników i salon fryzjerski też.
Miała też troskliwa córa ma skrobnąc małe co nieco dla brata, mamy i taty. Jej rozpiska wygląda następująco
1) dla taty jeszcze więcej narzędzi
2) dla mamy nowe rzeczy od kuchni
3) dla braciszka-kochanego robaczka jeszcze więcej autek i dinozaur.

Tytułem dementi: tata nienawidzi majsterkowac, mama nie znosi kucharzenia. A Antoś nie powinien dostawać więcej autek, bo jak ma ich kilka to fiksuje i zamyka się w swoim świecie sensoryzmów.
Troskliwiec nam rośnie:)

Mama więc postanawia napisac własny list do Świętego Mikołaja, uwaronkowany traumatycznymi doznaniami podczas kwarantanny:

Kochany Święty Mikołaju!

Cały rok byłam bardzo grzeczną mamusią. Karmiłam, myłam i głaskałam na żądanie dwójkę moich dzieci, chodziłam do przychodni częściej niż do sklepu, upiekłam 700 pierniczków na jarmark mikołajkowy w grupie mojej córki i wymyśliłam, jak zrobić szopkę na warsztaty plastyczne bez użycia kleju.

Mam nadzieję, że mógłbyś wykorzystać mój list na kilka Wigilii, bo pisałam go czerwoną kredką mojego syna na paragonie, czekając, aż pralka odwiruje, i nie wiem, czy znajdę jeszcze chwilkę wolnego czasu w ciągu najbliższych 18 lat.

Oto moje świąteczne życzenia:

Chciałabym dostać parę nóg, które nie bolą po całym dniu uganiania się za dziećmi (w dowolnym kolorze poza filetowym, bo takie już mam), i ręce, które nie zwisają bezwładnie, ale są wystarczająco silne, żeby wynieść wrzeszczącego dzieciaka z alejki ze słodyczami w markecie. Chciałabym mieć również talię, bo moja zniknęła gdzieś w siódmym miesiącu ostatniej ciąży.

Jeśli w tym roku spełniasz również duże życzenia, to chciałabym
dostać samochód z oknami odpornymi na odciski palców, i radio, które puszcza tylko muzykę dla dorosłych, telewizor, w którym nie ma żadnych programów z gadającymi zwierzętami, i lodówkę z sekretną szufladą za zamrażalnikiem, gdzie mogłabym się schować, żeby porozmawiać przez telefon.

Z rzeczy praktycznych, przydałaby mi się lalka, która mówi „Tak,
mamusiu”, żeby podnieść moją samoocenę rodzicielską, dwójka dzieci, które się nie biją, i trzy pary dżinsów, których zamek zapina się na całej długości bez użycia siły i narzędzi. Fajnie byłoby mieć nagranie mnichów tybetańskich, mamroczących „Nie jedz w salonie” i „Nie bij brata”, dlatego że mój głos jest chyba poza zakresem odbioru moich dzieci i słyszy go tylko królik.

Proszę, nie zapomnij też o podróżnym zestawie ciastoliny, prezentu pożądanego najbardziej przez wszystkie matki przedszkolaków. Robią ją w trzech żarówiastych kolorach i gwarantują, że rozkruszy się na każdym dywanie, sprawiając, że dom teściów będzie wyglądał tak samo jak mój.

Jeżeli nie zdążysz już załatwić któregoś z tych produktów, poproszę o parę minut, żeby wyczyścić zęby i rozczesać włosy w ciągu tego samego poranka, albo o luksus zjedzenia obiadu o temperaturze wyższej niż pokojowa, podanego w czymś innym niż opakowanie styropianowe.

Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, mógłbyś dokonać kilku cudów
Bożonarodzeniowych. Czy byłoby wielkim problemem, żeby oficjalnie uznać keczup za warzywo? Uspokoiło by to znacznie moje sumienie.

Nie byłoby też źle, gdybyś mógł skłonić moje dzieci do pomagania w domu bez żądania zapłaty, jakby były szefami rodziny mafijnej, albo żeby mój maluch nie wyglądał tak słodko skradając się w piżamce o północy do kuchni, żeby zjeść l ubisiowąkontrabandę.

Cóż, Mikołaju, za dwie minuty odblokują się drzwiczki pralki, a mój syn dojrzał już moje stopy przez kratkę wentylacyjną w łazience. Chyba chce swoją kredkę. Bezpiecznej podróży i pamiętaj, żeby zostawić mokre buty w przedpokoju! Wejdź i napij się herbaty, żebyś się nie zaziębił (zostawiam Ci też aspirynę). Poczęstuj się ciasteczkami ze stołu, ale nie zjedz za dużo i nie nakrusz na dywanie.

Z wyrazami szacunku

Mamusia  

( krążące gdzieś po fejsie, ale nieustannie aktualne)

Dorzuciłabym jeszcze żeby mój syn zaczął mówic, a córka na chwileńkę przestała:)