piątek, 17 września 2010

Początek niezwykłej przygody




Wigilia Bożego Narodzenia Roku Pańskiego 2009.
- Łukasz, zróbmy sobie Antka, co????

Już na etapie poprzedniej ciąży zostało ustalone , że jeśli chłopiec to tylko Antek. Mały łobuz o wielkim uśmiechu- bo takich właśnie Antków poznaliśmy. W toku późniejszych działań wychowawczych zostało ustalone że Hania musi mieć rodzeństwo. Pozostało dograć szczegóły, czyli KIEDY...

- Ale co , teraz, dzisiaj, znaczy się...ciąża już?
- No, a czemu nie?
- No a odpowiednia różnica wieku, warunki bytowe, praca???
- Robimy tego Antka czy nie?
- Robimy!!!

Tydzień później wiedzieliśmy już lokator jest. Nastąpiło składanie życzeń do wszechświata. Niech będzie zdrowe, charakterne i jeśli nie przesadzamy z roszczeniami fajnie by było gdyby był to chłopiec. Antek. 

Jeśli wierzyć w znaczenie imion sami się doigraliśmy. Antek w narzeczu Pragi Północ miasta stołecznego Warszawa oznacza łobuz, gagatek, urwis ( typ wyraźnie niepokorny).
Jeśli zaś sięgnąć do panteonu świętych okaże się że Św. Antoni występuję albo jako Św. Antoni Wielki- patron życia pustelniczego albo jako Św. Antoni z Padwy- patron osób i rzeczy zaginionych, opiekun poszukujących.

Chcieli? No to mają!!! Wtedy jeszcze nie wiedziałam że sfera sakrum tak doskonale spoi się z obszarem profanum i rośnie sobie pustelniczy i zagubiony łobuz na potęgę!!!

17 września 2010 roku poprosiłam Tatka żeby może nie szedł dziś do pracy , jeśli oczywiście jest w stanie to załatwić.
- A czemu?
- a bo chyba rodzę
- Co????!!!!! Jak to chyba???!!!
- A skąd ja mam to wiedzieć Łukasz? Przecież pierwszy raz rodzę ( Hania przyszła na świat za pomocą genialnego wynalazku cesarskich lekarzy). 
- Ale co ?! Już?!
- No wiesz...w końcu na dziś jest termin , może chłopak jest dobrze wychowany i wie że nie wypada się spóźniać?

Oczka w pogoni za rozumem poszły dzwonić w rozpaczliwym poszukiwaniu zastępstwa. 
Okazało się , że owszem Antoni chłopcem jest punktualnym ale nie miłosiernym! Miał przyjść na świat 17 września? No miał! To przyszedł , ale  poczekał sobie cierpliwie do wieczora i już wtedy okazał nam swojego ducha przekory.

Mama zaplanowała poród naturalny? Hola hola, mili państwo, a guzik z pętelką! Nie wyjdę!.Pierwsze zderzenie planów mamy z rzeczywistością Antosia:) 
Cóż było robić? Wyciągnęli!!!

Czytaliście " Ogniem i mieczem"? Pamiętacie pierwszy akapit??
" Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia".
Potem było coś o dziwnych zjawiskach przyrodniczych , nadzwyczajnym poddenerwowaniu ludzi itd.
Ano właśnie!
Na kilka minut przed przyjściem na świat Antoniego pogoda znacząco się zmieniła. Piękna złota polska jesień w sekundę zamieniła się z groźne granatowe niebo, wichurę. A dokładnie o 19.47 strzelił taki piorun że wszystkie samochody na szpitalnym parkingu zaczęły wyć. O tym opowiadał mi Antosiowy Tato, bowiem ja w tym czasie byłam zaaferowana czymś zupełnie innym.
W tym momencie przyszedł na świat Antoni B.
Nie był potrzebny żaden klaps. Swoim krzykiem jasno określił że co jak co, ale płuca to on ma zdrowe i wyjątkowo wydolne:)
Chwilę później okazało się że nasze życzenia zostały wysłuchane.
Zdrowy ( 10 punktów Apgar).
Chłopiec... a więc Antoni.
No i charakterny.

4 dni pobytu w szpitalu spłynęły na nieustannym kombinowaniu. O co Ci Maleńki chodzi?!
Chyba nie spodobało się Antosiowi w szpitalu bowiem na każdym kroku okazywał swoje niezadowolenie. Pociągi do pustelniczej natury też od razu się uaktywniły, na nic tulenie, głaskanie, lulanie i moc maminych starań. Z jakiegoś powodu wśród pań położnych Antoś szybko został nazwany Krzykaczem. 
W noc przed wyjściem do domu urządził zieloną noc:) Po tysięcznym przemierzeniu szpitalnego korytarza na trasie tam i z powrotem z Małym Awanturnikiem przestałam już liczyć kilometry. Ale tej nocy nie zdrzemnął się ani na minutę. 
Następnego dnia wniesiony do naszego ogniska domowego również nie był zachwycony. Jego wzrok przystanął na chwilkę tylko na widok własnej siostry. Resztę - w przenośni i dosłownie- olał. 
Jeszcze nie wiedzieliśmy wówczas że nastał dla nas zupełnie wyjątkowy czas.Że odtąd całe nasze życie się zmieni, że nic nie będzie takim jakim się wydaje. Wtedy myśleliśmy że trafił nam się po prostu charakterny egzemplarz, taka odmiana po spokojniutkiej Hani, która okazała się w porównaniu do brata " marketingiem" niemowlęcym. 


Pierwsze 4 miesiące z Antosiem na pokładzie wróżyły ( pomimo naszej ogromnej miłości i starań) rok klęski.
Na szczęście później okazało się że czeka nas nadzwyczajne zdarzenie. 
Jeszcze później okazało się że to nadzwyczajne zdarzenie wcale nie będzie trwało rok( jak u Sienkiewicza) tylko " ciut" dłużej.
A potem  dowiedzieliśmy się, że nadzwyczajne zdarzenie wcale nie jest synonimem klęski, że może być też radosne, zabawne, pełne nadziei. I zupełnie absolutnie wyjątkowe i nadzwyczajne. Ani lepsze ani gorsze od innych zdarzeń - po prostu kompletnie inne.
Okazało się że dostaliśmy dokładnie to czego pragnęliśmy: zdrowego , charakternego chłopczyka. Tylko nad uśmiechem musieliśmy trochę popracować.



Ale to już inna długa historia:)

1 komentarz:

  1. Czytam tego posta i nie dowierzam. Ja również od zawsze chciałam nazwać swoje dzieci Antoś i Hania. Antoś już jest. Nad Hania z mężem również Łukaszem za nie długo zaczniemy starania. Jeszcze jak powiesz mi, że jesteś Kasia to padnę ;)

    OdpowiedzUsuń

Pozostaw po sobie ślad. Razem przecież raźniej...