wtorek, 9 grudnia 2014

Mikołajki

Jak zapowiedzieliśmy tak się stało.
Choć serducho się ściskało na wszystkie strony.
Antoś prezentów na mikołajki nie dostał.

Upewniłam się , że gdziekolwiek nie pójdziemy tam co najwyżej dostanie słodycze.
Rodzina uprzedzona, że w przypadku niezaakceptowania rodzice dokonają konfiskaty mienia prezentowego. Ciotki postawione na nogi, w przedszkolu też rozmawiałam i na ile dało się uzyskać informację to zaplanowane były głównie słodycze.
Dzień przed mikołajkami w przedszkolu Antosiowi hardość puściła i się złamał.
Przeprosił i obiecał , że już nigdy nie skrzywdzi żadnego zwierzęcia.
Dziś już wiemy, że choć pewnie była to szczera obietnica z głębi Antosiowego serduszka to przywiązywać się do niej nie możemy , bo Antoś nie do końca może za siebie w tej kwestii odpowiadać( a tym za chwilę).




piątek, 5 grudnia 2014

Piekło

Od niedzieli wspominałam na naszej facebookowej stronce , że stało się COŚ. Emocje oklapły na tyle na ile mogą opaść w zaistniałej sytuacji. Spróbuję więc opisać to co się wydarzyło. W niedzielny i leniwy poranek życie zawsze toczy się wolniej. To jedyny dzień gdy jemy śniadania z Tatą, pielęgnujemy więc leniwe i piżamowe poranki. I w tę niedzielę wszystko zapowiadało się " po bożemu".



wtorek, 25 listopada 2014

Truizmy i banały.

Stało się!
Od pewnego czasu się na to zbierało.
Najpierw Antoś zaczął nosić spodnie rurki z niemiłosiernie wąskimi nogawkami. Bo przy jego chudości przynajmniej nie wyglądał w nich jak Alladyn.
Potem zaczął nosić koszule, bo uznał , że jest " piękny" w koszulach.
Następnie zaczął z szacunkiem odnosić się do koloru różowego ( zgubny wpływ starszej siostry).
Aż w końcu różową koszulę w gwiazdki połączył z zieloną motocyklową " skórzaną" kurtką.
Gust dość specyficzny, ale co zrobić?
Do kompletu brakowało kujonek na oczętach.
I oto są.
I oto Antoś stał się hipsterem!

Jestem piękny, Mamo??


Z okularami to w ogóle był szał ciał. Przyjęliśmy , że skoro syn dołączył do zaszczytnego grona okularników to pierwsze " bryle" wybiera sobie sam. Żeby mu się absolutnie podobały i nie było potem larum z noszeniem.
I usiadł Antonio na krzesełku u optyka, a trzy panie koło niego biegały," ochując" i "achując" nad nim w ilościach nieprzyzwoitych. Radża siedział, a panie podawały kolejne oprawki.
Matka tylko zasugerowała żeby były możliwie najbardziej pancerne i wtrząsoodporne jakie mają.
I choć Matka prosiła, błagała, żeby może jakieś bardziej stonowane, dyskretne...syn wybrał.
Motywując , że ma  być " moc". No to jest , bez dwóch zdań.



Problemów z zaakceptowaniem okularów nie było w ogóle. Antoś czuje się wyróżniony, że może mieć oprawki na nosie ( od razu wymienił mi najlepszych którzy noszą: Gosia, Marlena, Babcia Beata, Tata). A jak jeszcze dostał etui w kształcie garbusa w rażącym kolorze czerwonym to już w ogóle poczuł się jak ktoś zupełnie wyjątkowy. 
Zresztą do noszenia okularów był przygotowywany dwa tygodnie. " Było sobie życie" o oku obejrzane, działanie oka, okularów przerobione, rozrysowane i w ogóle wiedza taka, że młody może rozpoczynać staż u optyka:)
A jednak szok zaliczyliśmy. To znaczy Matka zaliczyła.
Bo co tu nie gadać denka od słoików Antoś ma konkretne:(
Niestety, astygmatyzm i dość poważna wada wzroku.
Już dla nas w ogóle nie jest zastanawiające dlaczego rysunki Antosia są bardzo..nikiforowe i nijak koła czy auta nie przedstawiają, choć autor upiera się , że tak jest.
No i właśnie po kilku godzinach noszenia okularów Matka zapytała czy Antoś lepiej widzi, niż bez okularów.
Odpowiedział, że dużo...
No w sumie nic dziwnego.
I Matka, nim pomyślała wystrzeliła najgłupszym pytaniem na świecie.
" Antosiu, a dlaczego nam nie powiedziałeś, że słabo widzisz?".
Na co Antoś pokręcił się niespokojnie na krzesełku, zadumał, widać było, że brakuje mu słów oddających myśli i takoż Matkę zastrzelił:
" Ja nie wiedziałem że mam popsute oczy".

No jasne. Matka zbłaźniła się zupełnie.
Bo w zasadzie skąd on miał wiedzieć, że można widzieć inaczej?
Że istnieje inna perspektywa, optyka?
No skąd , skoro tego nie doświadczył?

I tak sobie Matka pomyślała ile razy sądziła, jak w przypadku rysunków, że Antosiowi nie chce się, jest leń , nie potrafi się starannie przyłożyć???
A ile razy Antoś stanął w sytuacji w której jego deficyt ( jakikolwiek) utrudniał mu wykonanie jakiegoś zadania, czynności i nawet nie wiedział, że ten deficyt ma???
Antoś jest jeszcze maleńki, wiele dostrzega, wiele widzi ale nie ogarnia jeszcze mechanizmów dlaczego rówieśnikom coś przychodzi łatwiej niż jemu. Bo skąd ma wiedzieć, że oni mają np " zdrowe oczy"?

Truizm, prawda? A Matkę te okulary olśniły w kwestii samoświadomości Antosia, nie tylko na płaszczyźnie optycznej, ale właśnie bardziej tej autyzmowej.

Bo wczoraj Matka wyszła z psem na wieczorny spacer. Banał taki.
A bo właśnie , mamy psa, uroczego Aldiego.



No więc idzie Matka nocą z tym psem po schodach, ciemno jak diabli i nagle pies zaczyna bardzo szczekać. Jakby się czegoś wystraszył. Matka wzrokiem powiodła gdzie pies ujadał i okazało się , że psina szczeka na własne odbicie w lustrze.
Matka w śmiech, bo tylko nasz - Aldi the brave- może bać się samego siebie.
Bo z naszego psa to prawdziwa dzielniacha, Dał się pobić jeżowi na działce, zwiał przed kotem i wyskoczył na 1,5 metra wzwyż na widok kupki liści wiatrem poruszanej.
Więc Matka się tak śmiała i śmiała z psiny , aż do Matki jej własna głupota nie dotarła.
A w zasadzie to skąd taki kundelek śliczny miał wiedzieć , że to jest jego własne odbicie a nie jakiś inny pies wieczorową porą się wałęsający a więc potencjalny agresor???
W domu lustra w zasięgu wzroku psiny nie ma, przecież ponad dwa lata temu zostały zdjęte gdy Antoś tak strasznie płakał gdy je widział i natychmiast uderzał główką w podłogę lub lustro.
Jezus Maria!!!
Nagle Matkę olśniło.
A skąd miał to wiedzieć Antoś???? Że to on w lustrze???
Bo mu mówiliśmy???
Wielkie rzeczy, mnóstwo rzeczy mu mówiliśmy, a on przecież wówczas nawet własnego imienia nie ogarniał. Mowa płynęła do niego jak kakofonia dźwięków z której przecież nic nie rozumiał. Bo mu pokazywaliśmy paluszkiem?
No i?
Ciekawe czy faktycznie to wyłapał, czy strach wywołany obcą osobą w domu ( własnym odbiciem) nie zatarł zupełnie kontaktu z otoczeniem.
A zresztą skąd mam wiedzieć co naprawdę widział Antoś w lustrze???
Przecież to , że ma wadę wzroku wiemy dziś. Może postać w lustrze była straszna bo rozmyta, krzywa?
Jeśli widział siebie płaczącego to mina tego kogoś po drugiej stronie mogła przerazić. Zwłaszcza dziecko które nie ogarnia emocji ( również swoich), nie radziło sobie z interpretacją mimiki.
To co wówczas wydawało nam się bzdurą, kolejnym wymysłem Antosia mogło być realnym problemem dla niego. Lustro mogło go przerażać. W sposób namacalny, rzeczywisty i uzasadniony.
Tylko my wtedy o tym nie mieliśmy pojęcia.
Tak jak pies nie wiedział, że to jego odbicie...

Intuicyjnie pozdejmowaliśmy wtedy lustra ze ścian. Bynajmniej nie rozumiejąc tego strachu, dla nas był irracjonalny i tak bardzo " autystyczny", że pewnie chętnie zwalczalibyśmy go. Tylko strach Antka był tak silny, na wielu płaszczyznach , że po prostu nie mieliśmy siły walczyć z nim kilkadziesiąt razy na dobę z powodu lustra. Więc zdjęliśmy dla świętego spokoju.
Ale tak naprawdę w zrozumieniu potrzeb Antosia wówczas byliśmy rodzicami okrutnymi.
No dobra, może nie okrutnymi z wyboru a z nieświadomości.
A jakie to miało znaczenie dla Antosia?
Żadne.
Za strachami, lękami, autoagresją, krzykiem, płaczem i " histeriami" zawsze stoją prawdziwe powody u dziecka z autyzmem. Ono nie zachowuje się tak z wyboru tylko ponieważ tylko taką ma możliwość reakcji i komunikacji na coś co go przerasta.
Nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć. Do nas pewne rzeczy docierają teraz, po 2,5 roku. A o ilu nie mamy nawet bladego pojęcia?
Natomiast zawsze można potraktować je serio i próbować znaleźć rozwiązanie. Choćby poprzez likwidację czynnika wywołującego lęk, gdy nie jesteśmy w stanie tego jakoś zracjonalizować, rozłożyć problemu na czynniki pierwsze.
Dziecko wie czemu się boi. Nie ma tylko żadnej możliwości by nam to przekazać. I nie ogarnia dlaczego my się nie boimy. Bo przecież nie wie, że można inaczej.
Bo skąd ma wiedzieć, że inni widzą wyraźniej?


niedziela, 2 listopada 2014

Nic się nie stało

Nie, nie. Tytuł nie nawiązuje do mojej dotychczasowej absencji na blogu. Bo stało się na pewno. zniknęłam bez uprzedzenia w kwietniu i słowem nie napisałam dlaczego.
Trochę zadziałał w tej kwestii Antoś, uśmiercając Matce komputer, który dopiero teraz Matka odzyskała.
Ale tez trzeba było przemyśleć wiele spraw, poukładać sobie w głowie, zastanowić się jak ma wyglądać ten blog w przyszłości. I po co ma być.
Odpoczynek też był nam bardzo potrzebny.
Ale życie Bajek przez te pół roku toczyło się dalej. Jak to u Bajek dość żywiołowo o czym pisałam na naszej stronie na facebooku -->Bajki Sp ZOO.

Blog będzie się zmieniał. Pierwsze zmiany już są widoczne, lojalnie uprzedzam to nie koniec.
Bo bardzo zmienił się Antoś, Hania , nasza rodzina. Matka też wie, że nic nie jest dane raz na zawsze i blog będzie przyjmował bardziej osobistą formę pamiętnika, który mam nadzieję za kilka lat dzieci przeczytają jak swoisty list od Matki.

Ale jednak dziś chciałabym zastanowić się , czy faktycznie nic się nie stało.
Dzień dziś był wyjątkowo piękny, pewnie ostatni z takich tej jesieni więc postanowiliśmy go spędzić aktywnie.
Najpierw rolki, rower i deskorolki w naszej ukochanej Labie.






A wracając szatańska myśl, że to może ostatni moment przed zimą, żeby jeszcze dotknąć gór.
I Matka wrzuciła lewy kierunkowskaz , zamiast do domu kierując się do Jarnołtówka.
Krótki spacer między jesienną ferią barw i obowiązkowy punkt programu: połów ryb.
Mamy takie swoje ukochane łowisko w Pokrzywnej, gdzie góry dookoła i najlepsze pstrągi w okolicy. I dzieciaki uwielbiają łowić ryby z Tatą.
Więc o zmroku łowiliśmy ryby. Tym razem poszczędziło się Antosiowi, Hania niestety nic nie złowiła.



Z rybnym łupem udaliśmy się do smażalni na obiadokolację.
I Antoś , jak to Antoś, mimo upomnień wiercił się przy stole, żartował , żywo gestykulował.
I stłukł szklankę z sokiem.
Matka natychmiast wyszła z Antosiem, Tato ogarnął zniszczenia.
Antos przestraszony, zapłakany, z poczuciem winy.
Rozmawiamy.
Matka tłumaczy dlaczego się tak stało.
Uspokaja.
Ale w jednym jest nieugięta. Trzeba iść i przeprosić.
Antoś w panice, nie chce, boi się , że pani kelnerka będzie się gniewać.
Tłumaczę, że nawet jeśli to ma prawo. Ale jeśli się przyzna i przeprosi i zaproponuje pomoc w sprzątaniu gniew będzie znacznie mniejszy.
Po jakichś 10 minutach udało się uspokoić i idziemy  z przeprosinami.
Antoś smutny ale dzielny. Podchodzi, przeprasza za stłuczoną szklankę, mówi  że to jego wina bo się wygłupiał i prosi o ścierkę do wytarcia stołu.
A pani kelnerka uśmiecha się promieniście i mówi, że nic się nie stało.
Nosz jasna cholera!!!!

Identyczna sytuacja była jakiś czas temu w kawiarni gdy Antoś wylał kawę. Matka musiała wręcz stanowczo prosić kelnera o ścierkę, podkreślając że to jest dla niej ważne, a pół sali patrzyło na Matkę jak na największą jędzę po tej stronie globu.

Dokładnie to samo było gdy w bibliotece Matka na sekundę spuściła syna z oka i powybierał on kamyczki z wielkiej donicy. Matka kazała synowi natychmiast posprzątać , a pani pracująca w bibliotece, zgięta przy podłodze nad tymi kamykami zapewniała że absolutnie nie trzeba, bo to jej praca.
Czyżby???

Ja oczywiście rozumiem, że to taki zwrot grzecznościowy " nic się nie stało". Rozumiem też, że w zakres pracy obsługi lokali wchodzi i sprzątanie po niesfornych klientach. Pracowałam jako studentka w różnych punktach to pamiętam . Ale...
Nie, to nie jest tak , że praca pani bibliotekarki polega na sprzątaniu po rozwydrzonym bachorku, który zdemolował kwiatka. Przynajmniej nie powinna. Powinna pilnować go matka, a jeśli nie dała rady to matka z tym dzieckiem powinna posprzątać. Żeby dzieciak wiedział , że ludzka praca jest cenna i nie należy jej niszczyć
Kelner oczywiście pościera wylaną kawę, ale delikwent rozlewający powinien choć wykazać minimum skruchy i chęci pomocy.
Bo ja myślę, że mimo wszystko, mimo nastawienia " klient nasz pan" to jest kwestia kultury.
Nie jest łatwo dziecko nauczyć kultury. Każde.
Nie jest łatwo przepraszać. Każdemu.
Ale czasem trzeba.
A już w ogóle nie jest łatwo tego nauczyć dziecko z autyzmem.
Wyjaśnienie Antosiowi w smażalni ryb co się stało, dlaczego i co należny teraz zrobić zajęło mi 10 minut z długopisem i kartką w ręku.
I nie, nie jest tak, że nic się nie stało.
Doceniam dobre serduszko pani tam pracującej ale nie ułatwia sprawy. Takie sytuacje pokazują Antkowi, że można olać, można pójść dalej i do tego pokazują, że mam " ględzi" bez powodu, bo przecież pani się nie gniewa.
Nie musi się gniewać, to jasne.
Rozumiem, że widok skruszonego czterolatka może poruszać serce.
Ale może dać choć częściowo ponieść konsekwencje czynu mojemu dziecku.
Bo jeśli posprząta, pomoże posprzątać czy zapłaci ze swojego kieszonkowego za stłuczony słoik w sklepie to zapamięta , że sklep czy kawiarnia nie jest miejscem na wygłupy. Bo wiąże się to z poniesieniem konsekwencji bezpośrednio przez niego.
Rzecz dotyczy i drugiej strony. Rodzice też powinni się czasem zastanowić dokąd zmierzają.
Rozumiem permanentne zmęczenie i to, że można przywyknąć do zachowań własnego dziecka na tyle, że się go już nie dostrzega.
No rozumiem naprawdę.
Ale...tłumaczenie autyzmem dziecka, które nie jest pobudzone tylko z nudów w poczekalni przed zajęciami kopie sobie uroczo białą ścianę, jest słabe.
Autyzm, srautyzm chciało by się w tym momencie powiedzieć. A co to ma do rzeczy?
Jakby synuś z mamusią wzięli białą farbę i pomalowali ścianę to motoryka by u młodego została poćwiczona, a mama zrozumiała by że nic na świecie nie usprawiedliwia demolki.
Ja oczywiście zdaje sobie sprawę z tego,  że zdarza się że nasze dzieciaki z różnych powodów zachowują się bardzo niestandardowo i czasem wynikają z tego materialne konsekwencje ale zwykła przyzwoitość wymaga, żeby choć zapytać czy można jakoś naprawić szkodę.
Ciekawe czy mama z synkiem tak radośnie i beztrosko powitali by traktowanie w ten sposób ścian  w swoim domu.
Albo czy pani kelnerka chciałaby Antosia zaprosić do swojego domu?
Dziś Antoś ma 4 latka i wiele uchodzi mu płazem ze względu na wiek i śliczne niebieskie oczka. Za 10 lat w najlepszym wypadku spotka się z nieprzychylnymi pod jego adresem komentarzami.
A autyzm zmienia tutaj jedynie tyle, że trudniej nauka konwenansów przychodzi wobec czego trzeba i wcześniej zacząć i intensywniej ten trening prowadzić.
Bo taryfa ulgowa nawet jeśli jest ( kłóciłabym się) to niebawem zniknie.
Więc, nie, wcale się nic nie stało.
Stało się i proszę, błagam i zaklinam, dajcie i dzieciom szansę ponieść konsekwencje i spróbować naprawić wyrządzoną szkodę.
Dziś na szklance, z czasem na poważniejszych sprawach.


Synku, masz wredną matkę, ale może będziesz szanował czyjąś pracę czy mienie w przyszłości. Chciałabym. I żebyś Ty szanował, i żeby Twoją pracę szanowano. 

sobota, 19 kwietnia 2014

Autystyczna wielkanocna babka i święta u Bajek

No więc przyszły święta. Niezależnie od tego jak bardzo ten fakt od siebie odsuwaliśmy. Na tą okoliczność nawet odkurzacz z wrażenia, że go wreszcie wyciągnięto ...się spalił:)

Niezależnie również od mojego BEZtalentu cukierniczego dzieci ( sztuk dwie) zażądały babki.
Trudna sprawa, bo jedną epokę lodowcową temu podejmowałam niezliczoną ilość prób i zawsze ale to zawsze starcie wygrywała babka z zakalcem. Kiedy więc Mama Cysi udostępniła dość ciekawy przepis ucieszyłam się bardzo. Albowiem chyba wreszcie znalazłam przepis na babkę dla autystów. Dlaczego?Zobaczcie sami:

Składniki:

• 200 g masła
• 1 i 1/4 szklanki cukru
• 4 jajka
• 1 i 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
• 4 łyżki mąki pszennej
• 1 pełna łyżeczka proszku do pieczenia
• 4 łyżki śmietanki kremowej 30% (płynnej)
• 1 łyżka soku z cytryny

• opcjonalnie - 1 łyżka alkoholu (np. likieru pomarańczowego, rumu, wódki)

Polewa i dekoracja: np. cukier puder lub lukier cytrynowy z kawałkami smażonej skórki pomarańczowej lub polewa z białej czekolady i likieru jajecznego.

Przygotowanie:

Składniki na babkę (masło, jajka i śmietankę) wyjąć znacznie wcześniej z lodówki aby się ogrzały. Formę na babkę z kominem o pojemności minimum 2,5 litra (u mnie o średnicy 22 cm) wysmarować grubą warstwą masła i oprószyć mąką. Piekarnik nagrzać do 180 stopni C (góra i dół bez termoobiegu). Mąkę ziemniaczaną wymieszać z mąką pszenną i proszkiem do pieczenia. Masło ucierać mikserem na wysokich obrotach razem z cukrem przez minimum 10 minut. Stopniowo po jednym dodawać jajka cały czas dokładnie i długo miksując (po minimum 3 minuty po każdym dodanym jajku). Do ubitej masy dodać połowę mieszanki mąki oraz połowę śmietanki, zmiksować mikserem na średnich obrotach do dokładnego połączenia się składników, dodać resztę mąki i śmietanki, wlać sok z cytryny, alkohol jeśli używamy i zmiksować dokładnie na jednolitą masę (nie dłużej niż kilkanaście sekund). Wylać do formy (powinna wypełnić ją do połowy), wyrównać powierzchnię i wstawić do piekarnika. Piec przez 35 - 40 minut (po tym czasie wetknięty patyczek w środek ciasta powinien wyjść suchy). Wyjąć i studzić przez około 10 minut, wyłożyć na paterę do góry dnem i udekorować dowolną polewą lub cukrem pudrem.



Mało, że jak chłop krowie na rowie, na szklanki nie gramy to jeszcze z użyciem jednego z najważniejszych sprzętów w naszym domu: timera!!!
Miało to ważny wymiar w kwestii produkcji babki z punktu widzenia pomocników. Raz Czepiak był Wielkim Strażnikiem Timera (" mama!!! już pipka!!!"), raz Antoś. A potem zmiana, raz jedno miksuje trzy minuty, raz drugie. W przepisie jest również sprawiedliwa ilość jajek, po dwa wbijane na każde dziecko, bez wojen i kłótni kto teraz( to reguluje timer:)

Zaszczytna funkcja mieszacza składników suchych

Dla matki to praktycznie niebo się rozstąpiło i chóry anielskie zaśpiewały alleluja. Bo matka wreszcie wiedziała ile ma miksować. W każdym innym przepisie jest " do uzyskania właściwej konsystencji". No własnie, czyli jakiej? Bo skąd ja mam wiedzieć jaka ma być właściwa konsystencja dla tego właśnie ciasta skoro dotąd żadne mi nie wyszło???
A tu bziuuuum, bziuuuum, timer zapipkał i koniec dylematów.

Gdy jedno miksuje...

Drugie hipnotyzuje wzrokiem timer


Po raz pierwszy robienie ciasta z naszymi słodkimi pociechami nie było polem bitwy. Jasno rozdzielone role, jasno określony czas. Uporządkowana przestrzeń, plan aktywności i uporządkowana struktura czasowa. Babka dla autystów:))
matka zauważyła też progres, Czepiaczek już nie naucza Matki, że wylizywanie miski jest niehigieniczne oraz niezdrowe. Razem z Antulkiem wylizywali aż się włoski na głowie posklejały.
Baba wyszła pierwszorzędna. Duma Antosia który klepiąc formę pękał z dumy , że " cała babka, nie pół" to komplement lepszy niż z ust Amaro:)
A bo właśnie, Antoni od pewnego czasu zasuwa nam z ilościami. Mamy więc całe, pół, część, puste. Jeszcze trochę i w ułamki chłopina pójdzie.

Po babie pora na strojenie koszyczków. Pisanki zrobione zostały już wczoraj , jak to u nas bywa szalenie tradycyjne:

Tatko ma talent!!!


Matka poszła po rozum do głowy pomna zeszłorocznej walki wręcz pod kościołem i naszykowała dwa koszyczki. Oczywiście drobnych tarć nie udało się uniknąć, bo niebieskie jajko Antosia jest bardziej niebieskie od niebieskiego Czepiaka, a bukszpan u Hani w koszyczku jest bardziej gęsty niż w Antosiowym...ale ostatecznie nawet sprawnie poszło.

No to wychodzimy, oczywiście Antoś koszyczek musi nieść sam i oczywiście już przed klatką wywinął orła wielgachnego, tak że zawartość trzeba zbierać z chodnika.
Nic to, nastroje nadal optymistyczne. W kościele wielkie zaciekawienie. W sumie dorośli sami sobie winni, bo rzadko w kościele bywamy to się dziwić , że dzieci nienawykłe do cichego zachowania ( Antoś) czy też nie gadania ( Czepiaczek).
Panna Czepiak ciekawa rozpoczęła rundkę pytań teologicznych w wyniku której Matka prowadziła mini -wykładzik z dziejów biblijnych przy każdej stacji drogi krzyżowej ku jawnemu oburzeniu zakonnicy.
Wysiłki Matki Hania skwitowała dość krótko: " feeee, nie lubię martwych człowieków".
Tak...no to by było na tyle ewangelizacji.
W tym czasie Antoniusz obiegł trzy razy Kościół, raz wybiegł na ' siusiu" a ostatecznie wyżarł cała zawartość swojego koszyczka, łącznie z chlebem i kiełbasą nim ksiądz zdążył w ogóle wejść do prezbiterium. Doczekał we względnej ciszy do czasu kropienia wodą tylko dzięki obietnicy lodów po kościele ( tak, wiem, że szantaż emocjonalny jest nieetyczny...oczywiście, że wiem...ale jaki skuteczny w sytuacjach kryzysowych).
Własnie dzięki lodom truskawkowym na horyzoncie tylko nasza ławka słyszała jak Antoś po cichu skanduje " nudzi , nudzi". Wcześniej słyszał cały kościół:)

Hanka w tym czasie nie skandowała, no skąd, w końcu to dobrze ułożona panienka. Tylko po każdym , KAŻDYM słowie koronki do miłosierdzia pytała co to znaczy. Konia z rzędem kto potrafi to krótko i cicho wytłumaczyć ciekawej świata sześciolatce:)

Warto również wspomnieć o przygotowaniach do świąt, które wprawdzie nie trwały długo...ale jednak były dość charakterystyczne dla dzieciaczków. Oczywiście, że Hanna wiedziała, że porządki świąteczne wymagają solidnego wysprzątania, ba nawet z gorliwością zaoferowała pomoc. Antulek też wyjątkowo veta nie wnosił. Dostali więc mali państwo szlachetną misję posprzątania swoich zabawek. Świetnie im poszło, nawet ich Matka pochwaliła...Póki nie usiadłam na łóżku Antulka ...gdzie pod kołdrą skryły się wszystkie auta oraz kilkadziesiąt stron zgrabnie pociętych w centymetrowe kosteczki.
Na tym zakończyliśmy świąteczne porządki.

W ramach polityki prorodzinnej odbyliśmy wczoraj wspaniałe zakupy ze świąteczną listą. Serdecznie odradzam, choć doceniam dzieci za niesamowitą łatwość w nawiązywaniu relacji społecznych. Tak, ta półgodzinna krótka pogawędka z panem na stoisku rybnym była urocza i kształcąca. Pan był sympatyczny, dzieci poznały nazwy KAŻDEJ leżącej na lodzie ryby oraz dowiedziały się jak się taką rybkę zabija. Cudownie.
Podobnie rzecz się miała na stoisku mięsnym, znowu dzieci spędziły urocze pół godziny wypytując panią o sposoby ćwiartowania świnki i krówki. To było fantastyczne. Na pewno ten tłum stojący za nami w kolejce też chętnie dowiedział się nowych informacji w zakresu ćwiartowania i uboju. Bez tego przecież nie ma świąt.
Hanna postanowiła również dać upust swojej pasji plastycznej rysując paluszkiem po cukrze pudrze na blasze jakiegoś sernika. Matki wina, nie dopilnowała, broniła wówczas bagietek przed skomasowanym atakiem entuzjasty pieczywa- Antulka. Tylko dzięki miłosierdziu pani z działu cukierniczego matka nie zakończyła zakupów z dziećmi nabyciem tego plastycznego dzieła Hani, czyli na oko jakimś trzykilowym sernikiem po 28 złotych za kilogram. Do domu powróciliśmy gdy już było ciemno, dzieciom szalenie się podobało...a matka zaklina się, że choćby następne święta miały być o chlebie i wodzie NIGDY WIĘCEJ!!!

Mimo tych drobnych perturbacji w Bajkowym Domu święta zaczynają się całkiem sympatycznie. Wprawdzie Hanka się odgraża, że chce jutro jechać na rezurekcję zobaczyć jak Jezusek wstaje z grobu , ale Matka ma nadzieję, że zmienna natura sześciolatki uchroni ją przed wstawaniem z kurami.

Niezależnie od perturbacji w Waszym domu z całego serca życzymy Wam doświadczenia Zmartwychwstania- czymkolwiek ono dla Was jest:)
Wesołych Świąt!!!

Wesołych Świąt życzą Bajki!








niedziela, 9 marca 2014

Poturnusowo



Już odetchnęliśmy , nawet powoli wdrażamy się w nasz domowy system. Pora więc na relację poturnusową.

Z każdej strony turnus ten był wyjątkowy. Pierwszy raz byliśmy na Zimowisku, nie do końca wiedziałam jaką ono ma formę. Jedyne czego oczekiwaliśmy to rozwijania relacji społecznych i komunikacji, jak zwykle nie zawiedliśmy się.

Dla Antosia to był trudny czas. Okazało się bowiem, że wreszcie , mając 3,5 roku Antoś ma narzędzia by wyrażać tęsknotę. A tęsknił bardzo. Za Tatą, za domkiem, za Marleną, za Gosią...Każdego dnia tęsknota się nasilała, lista osób i obiektów do których Mały tęskni sie wydłużała, a z tej gigantycznej tęsknoty Antoś nauczył się migać " Opole". 
Oliwy do ognia dolewał fakt, że Antoś tęsknił za Hanią. To w sumie nawet śmiesznie brzmi, że brat tęsknił za siostrą, która mieszkała za ścianą z Babcią, ale rzeczywistość turnusowa ma to do siebie , że dzieci były w innych grupach , nieustannie się mijały i de facto najwięcej wspólnego czasu spędzały na posiłkach i na basenie. 
I choć trudno było patrzeć na tęskniąceo smutaska, choć nie raz po kryjomu wycierałam łezkę to jednak duma mnie rozpiera. Antulek nie tylko silnie przeżywa różnorakie emocje ale jeszcze potrafi je wyrazić!!!!

Na szczęście nie tylko na tęsknocie upływał Antosiowi czas. Na pewno było mu łatwiej wejść w system zajęć, bo znał terapeutki( i codzienne, głośne " Asiaaaaa" na korytarzu:)

Ogromnym uczuciem obdarzył p. Dorotkę. Już pierwszego dnia zajęć na terapii p. Dorotka wkupiła się w łaski poprzez budowanie zjeżdżalni dla aut z taśmy malarskiej. Antek tak się pracą zachwycił , że zapomniał w ogóle o autach które przytaszczył na zajęcia i z gigantyczną frajdą bawił się szyszkami!!! Musiało mu się naprawdę podobać, skoro na spacerach zbierał szyszki z osobistym przeznaczeniem " dla Dorotki". Pękałam z dumy gdy na tych swoich krótkich nóżkach biegł potem przez całą stołówkę, z reklamówką pełną szyszek by dać " prezent".

Sysunia pysności:)


Z p. Dorotką nawiązać jakąś taką tajemną więź, bliskość. Tulił się do niej przy każdej okazji i uznał za prawdziwy autorytet: cokolwiek p. Dorotka powiedziała Antulek przyjmował bez sprzeciwu, co jest przecież rzadkie , bo krakowski targ to przecież dyscyplina w której Antoś już dawno zdobył złoty medal.

Odpoczynek?Oczywiście! Nie ma to jak wyłożyć się na p. Dorotce


Czy te oczy mogą kłamać?



I " wejść w cudze buty" nabrało nowego znaczenia:)


To jest moje ukochane zdjęcie. Chyba podejrzewam dlaczego ono stało się " banerkiem" Zimowiska. Dla mnie oddaje ono to co w relacji najważniejsze; zaufanie, bezpieczeństwo i bliskość. Oczywiście z p. Dorotką:)


Z p. Ulą wiążą się radosne próby słowotwórcze Łobuza. Antonio bardzo chciał powiedzieć" Ula" , ale za nic mu to z paszczęki nie wychodziło. Wykoncypował sobie więc, że można to trudne słowo obejść. Jak? Pani Ula została ochrzczona " Ola Uuuuuu":)
Rozbawiłam i ja p. Ulę niemało, gdy p którychś zajęciach nieśmiało zapytałam czy Antoś w ogóle coś mówi , rozmawia...no bo wiecie, w końcu to zajęcia z komunikacji. Mówi? Okazało się, że Antek nawija jak najęty, a czego powiedzieć nie umie to miga, pokazuje, wskazuje wykazując cierpliwość komunikacyjną na najwyższym poziomie:)))

Gadam, śpiewam , migam...full serwis!


A zajęcia grupowe? A całkiem, całkiem nieźle. Wprawdzie Antoniusz zaprezentował swój ośli upór i charakterek ale okazało się, że gdy tylko terapeuta mu wytłumaczył w czym rzecz, a najlepiej rozrysował Antek spokojnie dał się przekonać do cudzej koncepcji na zabawę i jakichś wyjątkowych scenek buntów nie było. Były za to wymiany autami z bracią zmotoryzowaną, radosne i wspólne szarże w kulkach, bieganie i zabawy w chowanego a nawet - jak na Antka bardzo długa- zabawa naprzemienna piłką.

Sala zabaw to zawsze jest hit!

Ale z dziećmi to już w ogóle radocha:)


Co ja się pochwal nasłuchałam!!! Że radosny , że w niesamowitym kontakcie!!! Że konkretny1 bo wie czego chce i jeszcze zupełnie dbrze potrafi to wyrazić , nawet gdy ktoś go nie rozumie. 
Zalecenia do dalszej pracy? Nihil novi...Należy odraczać gratyfikację i pracować nad naprzemiennością, wymienianiem się( Antek nadal często sądzi, że w chwili w której przekaże przedmiot w cudze ręce traci on właściwość" moje"). No i plany aktywności, uporządkowana struktura....

Za to Hania po raz pierwszy stanęła w roli turnusowicza- uczestnika terapii. I poradziła sobie na szóstkę!!! Okazało się, że przy jasnych zasadach, konsekwencji, czytelnym planie aktywności Hania jest fantastycznie współpracującą dziewczynką, która nie tylko nie rozsadza grupy swoją żywiołowością , ale potrafi czekać, podporządkowywać się i jednocześnie dać grupie wiele od siebie. Byłam w szoku gdy terapeuta prowadzący grupę Hani pokazał mi filmik na którym dzieci przygotowały przedstawienie teratralne z pacynkami w roli głównej. Szok!!! Dzieciaki od samego początku do końca wszystko wymyśliły same! Rozdzieliły role, wymyśliły scenariusz, wspierały się w próbach( Alek, teraz Ty!!! Hania, Ty jesteś Czarodziejką!!!). I wystawiły na stole naprawdę niezłą sztukę!!!!

Hania aka  Czarodziejka:) Ważna rola w teatrzyku kukiełkowym

A w tym wszystkim mój Czepiaczek kochany , który zadziwiająco mało się czepiał, nie biegał , nie wciągał ( ponad normę) dzieciaczków w szaleństwa.

Czepiaczek tylko kilka razy się czepiał...Tym razem ofiarą padła p. Karolina.


Poryczałam się jak bóbr gdy terapeutka opowiadała o samopomocy dziecięcej. Jak to bywa, i dzieci mają swoje nastroje i dobre czy średnio dobre dni. I właśnie któregoś dnia jedna z dzieczynek miała smutny nastrój i zamiast bawić się z grupą płakała na dywanie. I co??? I teraz trzymajcie się Państwo krzesła, bo ja prawie spadłam gdy usłyszałam. 
I Hania wraz z kolegą podeszła do tej dziewczynki i zaczęli ją pocieszać. Hania głaskała koleżankę po plecach, kolega po nóżkach i po kilku minutach koleżanka pocieszona wstała i obwieściła , że już jest pocieszona i chce się bawić!!!
Mój wrażliwy i empatyczny Czepiaczek:)


Nie, to nie bunt podłogowy. I wcale nie pora na południową modlitwę. To Hania jest " niedźwiedziem", a w zasadzie to różowym słoniem:)


Na zajęciach indywidualnych z p. Dorotką Hania robiła prawdziwe cuda plastyczne. I fantastycznie łapała kontakt z terapeutami.



Na tej koronie była cała historia z udziałem naszej rodziny:) Made by Hania rzecz jasna.


Jeśli nie widzicie tu...kucyka to znaczy, że w ogóle nie znacie się na sztuce z igliwia:)


Z rozmów z terapeutami wynika kilka ważnych kwestii. Ogranizacja przestrzeni , jasne zasady, plany aktywności są dla Hani równie niezbędne do życia jak i dla Antka. Wszystkie zachowania trudne wynikające z Czepiaka nadpobudliwości i przeładowania sensorycznego znikają, gdy wprowadzi się w życie kilka prostych zasad. To wiedzieliśmy, plany aktywności w domu to przecież codzienność. Ale dotąd sądziliśmy, że w grupie Hania szaleje bo chce zwrócić na siebie uwagę. Okazuje się , że wcale nie, po prostu w grupie jest mnóstwo bodźców które odciągają jej uwagę i jeśli je zminimalizować Hani jest dużo, dużo łatwiej. 
P. Ula i p. Dorotka potwierdziły i moje niepokoje w sprawie wiary w siebie Hanulki. Bo jest...słabo. Wiele powodów się na to składa, my- rodzice też niemałą cegłę pod ten fakt podłożyliśmy, koncentrując się na Antku a uznając że Hania, jako to dziecko w " lepszym stanie" radzi sobie...
Ale też samo ADHD sprawia , że Hania profilaktycznie wycofuje się z aktywności w której sądzi , że sobie nie poradzi. A jak ją podejmuje nieustannie upewnia się, czy na pewno dobrze robi , czy sobie poradzi. 
Hania jest diablo inteligentna, szalenie spostrzegawcza i widzi, że niektóre zadania przychodzą jej trudniej niż rówieśnikom. To przecież nic poważnego , każdy tak ma że na jednych płaszczyznach jest lepszy niż w na innych. Ale Hania do tego jest ambitna, bardzo ambitna. Więc przeżywa bardzo gdy jej nie wychodzi.
Mamy nad czym pracować. I w ramach zaleceń po turnusowych mam jechać obejrzeć balet:) Takie zalecenia terapeutyczne to ja kocham:)

Prawdziwą atrakcją turnusu okazał się basen. Antulek nauczył się skakać do basenu!!!

Tu pływam, ale nauczyłam się nurkować!!!

A ja głównie skakałem, najlepiej na głęboką wodę. Bo pływam już doskonale od dawna!


...edit.Tego posta zaczęłam pisać 10 dni temu. Z braku czasu nie ukończyłam. Teraz przez kłopoty z ręką raczej nie zanosi się bym szybko skończyła...
Niech resztę o turnusie dopowiedzą zdjęcia Tomka Olesińskiego. 

Bajki w ZOO

Matka uczy się pisać krótkie posty. Musi, bo się znowu uszkodziła i łapa lewa jakby matce nie działa( a jutro kurs migowego, ajć!!).

Więc matka skoro pisać nie może to pokaże co dzieciaki dziś wyczyniały.

Bajki sp ZOO w środowisku naturalnym. Urocze z nich małpiatki:)

Co nas bardzo zdziwiło, Antoś na wyprawę do ZOO bardzo się cieszył. Wierni czytelnicy bloga wiedzą już , że zwierzęta to nie jest to co Antulki lubią najbardziej. A jednak gnał na rowerku przez Wyspę jak szalony i  cud!!! Wołał " ZOO"!!!

Akurat załapaliśmy się na karmienie uchatek. I tu znowu szok. Antoś patrzy, patrzy...i nagle wypala " oooo, fo ka". A później z ciekawości i " lama" się wyrwało:)

"lama" wyrwało się, bo lamy mają ciekawą umiejętność bliską Antosiowi- celnie plują:)


Aż mnie korci, żeby nagrać te wyczyny zoologiczne Antosia i podesłać tym 10 poprzednim logopedom, co to Antka torturowali odgłosami zwierząt i prorokowali, że on się tego nigdy nie nauczy.
Za to nauczył się nazywać zwierzęta. Gdy się zainteresuje i odgłosy naśladuje, jak wczoraj w stadninie gdy się ganiał z psiakiem i nawoływał go " hau hau".

Mimo, że domagał się ptaków jakoś nie zrobiły one szczególnego wrażenia. Większą frajdą były małpy, a już surykatki które same podbiegały do szyby i zaczepiały okazały się hitem. Hanię rozczuliły surykackie niemowlaki. Ale hitem wśród zwierząt były żyrafy, dumnie od jakiegoś czasu nazywane przez antka " fa fa". Akurat niedawno urodził się mały żyrafek i Antoś bezbłędnie pokazywał, że mama ' fa fa" i " dzidziuś".

" fa fa!!"


Ale potem zwierzęta odeszły na bok, a Antulek oddał się pasji crossowej na rowerku. Za nim pędził struś pędziwiatr na hulajnodze i dzieciaki w ten sposób dobre kilkanaście kilometrów objechały. Stylem dowolnym, z driftami w piachu a raz nawet o mały włos z parkowaniem w strumyku:)






Hitem okazał się plac zabaw w ZOO, gdzie Antulek kolejny raz udowodnił, że obcy jest mu strach. Zjechanie na rolce wymagało i niemałej odwagi i świadomości ciała. Mało, że nie uciekł gdy poczuł niestabilność, to jeszcze bezpiecznie dojechał do końca trasy i żądał jeszcze!!!!






Swoją drogą taka ekstra wypasiona zabawka na placu zabaw może być cudownym narzędziem do wypracowywań zachowań, które zwykle przychodzą Antosiowi diablo trudno.
Bo prócz niego koneserów owej atrakcji było wielu. i trzeba było stać w kolejce. W relacji " raz ty, raz ja", gdy wspomaga dorosły potęgą spokoju Antoś radzi sobie coraz lepiej, ale puścić przed sobą 5 dzieci???
Tego w spokoju jeszcze nie było!!!


Owszem na początku był mini- buncik.Taki ciut, ciut i ociupinkę, ale gdy tylko zobaczył Malutki, że i na niego przychodzi pora szybko załapał zasadę i w sumie z dobre 15 minut oczekiwał, by w sumie 3 razy zjechać!!!
To na kominie trzeba zapisać!!!

Fajnie dzieciaki szaleją same ze sobą, coraz mniej potrzebują naszej moderacji. Zresztą zobaczcie sami:



Fajna, rodzina niedziela. Takie dni możliwe są tylko gdy Tata ma wolne, ale wolne ma tylko w niedzielę. Dlatego maluchy cały tydzień ustalają jak tą następną niedzielę spędzimy i chociaż to jedyny dzień kiedy można odpocząć, bo nie ma zajęć , terapii, gonitwy( a daje nam to ostatnio w kość, oj daje) to jednak niedziela zawsze jest aktywna. A dzieci szczęśliwe.



piątek, 7 lutego 2014

Bratersko- siostrzana współpraca.

Od kilku dni obserwuję bardzo ciekawy proceder. Antoś docenił wartość pieniądza. Gmera w skarbonce i słoiku z miedziakami, wyciąga, liczy namiętnie. Póki majstrował przy miedziakach nic w tym zdrożnego nie widziałam, ba, nawet się cieszyłam , że dziecko liczyć zaczyna i to z efektami( dodawanie i odejmowanie w zakresie pięciu ma opanowane). Ale mały szubrawiec dobiera się do mojej torebki. Notorycznie podbiera mi z portfela pieniądze, co mnie doprowadza do szewskiej pasji bo moja torebka jest dla mnie jak szczoteczka do zębów. MOJA!!!!
Antoś więc w mniej lub bardziej zakamuflowany sposób czyści mi finanse. I co z nimi robi???
Ano własnie nie chomikuje, nie oczekuje korzyści własnych! Skrupulatnie zasila zasoby skarbonkowe Panny Czepiak, dzięki czemu w tym tygodniu skarbonka zapełniła się po brzegi. Czepiak- regalista jak tylko dojrzy protestuje, nie wolno wyciągać mamie pieniędzy!!!!Ale nie zawsze widzi- taki to sprytny Antulek.

I wczoraj własnie nastąpiło przeliczanie czepiakowej skarbonki. Nieletni fan systemu oszczędzania został poinformowany o możliwości dokonania dowolnego zakupu w granicach lokaty oszczędnościowej.
I wtedy Czepiak podrapała się po główce, pomyślała i stwierdziła z wielką radością, że chce kupić Antosiowi autko. Mnie się oczka zaszkliły , bo dobre pół roku zbierała snując ambitne plany kucykowe, a nagle okazało się, że ważniejsza od kucykowych pragnień jest chęć zrobienia Antosiowi frajdy. Takie mam kochanego Czepiaczka.
A Czepiak jak to Czepiak , niecierpliwy jest więc zażądał by natychmiast po auto jechać. Antkowi jak wiadomo wiele razy słowa " auto " powtarzać nie trzeba, pomysł podchwycił w minutę. Tyle, że ze względu na późną porę wynegocjowałam , że Antek z Tatą zjedzą kolacje a baby pojadą na shoping:)

Przysięgam, żadna kobieta w salonie jubilerskim nie przeżywała takich dylematów jak Hanka w markecie na dziale z autami. Chyba ze sto ich obejrzała dokładnie dobierając kolory pod gusta Antosia.

I choć pora była naprawdę późna Antoś czekał, Hani pięknie za prezent podziękował, wycałował i odtańczył dziki taniec radości. Żaden to mercedes, nie, nie. Zwykły blaszak za 7 złotych, ale z serca dany to i Antoś z nim spał i rozstawać się nie chciał na chwilę:)

Dziś w Prodeste od razu pokazał p. Monice z dumą obwieszczając że Ania, że siostra, że auto i " z mamom". Oczywiście identyczną relację zdał Marlenie w szatni przedszkola. A potem grzecznie odłożył swoje autko do szafki w szatni i poszedł do swojej grupy. Zuch chłopak.
Gdy przyszłam po Antka popołudniu spodziewałam się, że relacja z dnia będzie...se taka. Po przerwie chorobowej Antoś miewa problemy z readaptacją, a i ostatnio ma nieco trudniejszy czas.
Nic takiego, p. Ania powiedziała że było całkiem fajnie, o niebo lepsza reakcja na powrót niż po świętach. A Antoś z dumą prezentował mi pieczątkę z kotkiem na swojej ręce- nagrodę za grzeczne zachowanie:)
I było by całkiem fajnie , gdyby w szatni nie wydarzył się DRAMAT. Od razu Antoś skierował się do swojej szafki do autko od siostry...a tu zonk. Auta nie ma. O matko i córko co się działo!!!
Nawet w okresie największej miłości do Złomka, gdy ten się gdzieś zagubił rozpacz nie była tak wielka. Łzy lały się jako grochy a Antoś w spazmach płakał  "Aniaaaaaa"( tu pragnę zasygnalizować postęp werbalny, już nie ' niania" ,ale ' Ania"- brakuje trudnej głoski 'h" i będzie perfekcyjnie!). Dzielnie szukał ze mną po całej szatni. Lecz nie było. Zadzwoniliśmy do Marleny na wywiad autowy- lecz nie, auto nie było wniesione do sali. Jechaliśmy po Hanię do przedszkola a Antoś rozpaczał. To nie był gniew, frustracja, złość. To był autentyczny żal i zawiedzenie. Na nic moje tłumaczenia, że widocznie jakiś chłopiec się pomylił i niechcący pożyczył. Żal narastał. W przedszkolu Hani rozpacz podwójna, bo Hania oczywiście popłakała się jak się dowiedziała o zgubie. Siała też defetyzm na potęgę sugerując, że autko było tak świetne, że ktoś na pewno zabrał i już nie odda(  nie ma to jak skromność u Czepiaczka).

Na nic rysowanie planu, że chłopiec jutro odda autko. Na nic tłumaczenie pożyczki. Rozpacz się szerzy...
A okoliczności ku rozpaczy umiarkowanie sprzyjające, bo zaraz z przedszkola jechaliśmy do Prababci, wszak dziś ma nie byle jaki jubileusz- 80 urodziny. I tak szedł Antoś ulicą, z bukietem kwiatów w rączkach i płakał. Podwójnie zresztą płakał, bo brak auta i prezentu dla babci. Eh, trochę nam jeszcze zejdzie nad instruktażem uroczystości, nijak kwiaty dla Antosia nie są prezentem. A bez prezentu urodziny są do bani...

I gdy Antoś osiągnął już czarną otchłań rozpaczy cichuteńko zakradła się Hania. Nachyliła się mi nad uchem i zapytała czy nie mogłabym jak już będą spali pojechać do sklepu i kupić Antosiowi takie same auto. Bo przecież nie wiadomo, czy chłopiec jutro odda, a jak nie odda to Antosiowi pęknie serduszko. I ona wie, że teraz jej skarbonka jest pusta, ale jak się zapełni to ona mi odda pieniążki za nowe auto. Bo przecież Antosiowi nie może być tak długo przykro...

Oczywiście pojechałam. Oczywiście zgrabnie to jutro rozegramy by rozpacz Antosia nie trwała już dłużej.
Ale jestem w szoku.
Pierwszy raz widziałam u Antosia tak silne emocje nie ze względu na samo auto( ma ich mnóstwo i to bardziej odjechanych w dizajnie), tylko ze względu na fakt podarowania, prezentu od bliskiej osoby.
Rozłożyła mnie kompletnie empatia i czułość Hanulki, nigdy wcześniej nie spodziewałabym się, że może tyle poświęcić z własnej woli dla brata.W sumie nie bardzo przypominam sobie, by była tak mocno zaangażowana w prezent dla kogokolwiek, jednak dotąd swoje potrzeby stawiała na pierwszym miejscu bijąc się z Antosiem na każdym kroku o " swoje".
Widzę, że ich relacje wkraczają w nowe stadium . Dalej się kłócą na potęgę- jak to rodzeństwo...Ale Antoś świata nie widzi ponad Hanię a Hania coraz częściej stara się zrozumieć Antosia, wczuć w jego myśli co przecież nie jest takie łatwe, bo komunikacja z Antosiem nie zawsze bywa łatwiutka. Ale oni mają swój język, migowo-mówiony oparty na minach, ruchach które interpretują wobec siebie bezbłędnie. I coraz częściej traktują się po partnersku, zaciera się bardzo powoli ta granica między Hanią- dostojnym już przedszkolaczkiem a Antosiem- nieporadnym berbeciem. Antoś jest starszy, więcej potrafi, więcej czuje i rozumie. Ale Hania też, jest w takim fajnym okresie bacznego przyglądania się innym i analizowania ich zachowań pod kątem jak ona by się czuła w danej sytuacji. Rok temu miałam ogromne wątpliwości czy teoria umysłu działa u Hani jak powinna. Dziś zastanawiam się czasami czy jak na 5,5 latkę Hania nie jest zbyt dojrzała emocjonalnie. Mądra,ciepła i wrażliwa dziewczynka. I wpatrzony w nią jak w obrazek braciszek.

Dziś miałam podły dzień, niefajna stłuczka samochodowa i awantura z mopsem podniosły mi ciśnienie. A jednak w bilansie zapisuje się tylko ten obrazek gdy Hania szepcze mi na ucho jak pomóc Antosiowi a Antoś sądząc, że nie widzę znowu mknie z dwuzłotówką do skarbonki Hani.
Fajne, współpracujące i myślące o sobie rodzeństwo.
Kto by pomyślał?


niedziela, 2 lutego 2014

Nocne Polaków rozmowy i nieład

Aaaaaaaaaaaa!!!!!
Czy ja tu jakiś czas temu pisałam , że proces dzielenia się jedzeniem ze sprzętami domowymi osłabł u Antosia???? Cofam!!! Wszystko cofam!!

Wiecie jakie to ekstremalne przeżycie prać trzy godziny dywan włochacz by usunąć z niego nutellę śliwkową i ziarenka ryżu?
Po prawdzie to matka sama sobie winna z tym dywanem. Bardziej niefunkcjonalnego pomysłu dla rodziny z dziećmi ( TAKIMI dziećmi) niż włochata płachta na podłodze nie ma. I matka wie, że już dawno temu dywan trza było zwinąć i wynieść co najmniej do piwnicy bo on nie ma racji bytu w naszym domu. A jednak matka broni dywanu niczym niepodległości. Dlaczego?
Żaden to pers, gobelin czy arras, ot zwykły dywanik z IKEI, zresztą nie pierwszej nowości ( i czystości). Ale jest to ostania pozostałość z poprzedniej epoki. Taka odmiana zbieractwa sentymentalnego u matki, nie mającego nic wspólnego z rozsądkiem czy ekonomią czasu. Bo ten dywan to ostatni element z czasów gdy w domu było ...jak w domu. Czysto, pachnąco, z serwetkami, nastrojowym światłem, herbatą w filiżance i świeczkami...


Był czas kiedy krzesła musiały w domu wisieć na ścianie


I chociaż matka wie, że taki urok dzieci, że popisane ściany, że ustawienie mebli nie ładne a funkcjonalne( żeby samouszkodzeń nie było czy dalszej demolki), że Antoni bałagani z prędkością ponaddźwiękową... to jednak matce czasem tęskno. I dlatego ten dywan taki ważny, mimo, że obiektywnie rzecz ujmując już brzydki:)

I czas gdy każdy przedmiot musiał być na wysokości 2 metrów, bo jak nie to...


Antulek chory od środy , nudzi mu się w domu okrutnie to i życie sobie urozmaica. Dziś na przykład dzwonił do Cioci Agaty. To szalenie uprzejme z jego strony i w ogóle w duchu relacji społecznych , problem w tym , że dzwonił dokładnie 10 razy. I dokładnie między godziną 5.13 nad ranem a 5.24. Dialog wyglądał mniej więcej tak:
Rozmowa nr 1:
Ciocia: halo????
Antoś: auto?
Ciocia: cześć Antosiu, nie śpisz?
Antoś: nie!
Ciocia: a dasz mamę do telefonu?
Antoś : nie
Ciocia: Mama śpi?
Antoś: tak
ciocia: to idź spać też bo jest noc
Antoś: nie, auto!!!
Ciocia: no pobawisz się autami jak do nas przyjdziesz następnym razem, tak?
Antoś: taaaaak!!!

Rozmowa nr 2:
Ciocia: Antoś, dalej nie śpisz?
Antoś: nie
Ciocia: a pójdziesz spać?
Antoś : nie
Emil( syn Cioci Agaty ,śpiący nieopodal): OOOO, Antoś do nas dzwoni?
Ciocia: No Antoś
Antoś TAAAAAAAK!!!
Ciocia: to my idziemy spać Antosiu
Antoś: nie!

W tym momencie Ciocia wyłączyła dźwięk w komórce i Antonio musiał zaprzestać kontaktów towarzyskich. A teraz didaskalia Matki: ilekroć idziemy w odwiedziny do Cioci Agaty Antek cieszy się, gdy tylko słyszy  " Agata" czy " Emil, bowiem w Ciociowym domu jest nieprzyzwoita wręcz ilość autek.
Czy Antek przeczytał w komórce " Agata" , czy zadzwonił na chybił trafił i poznał głos Cioci, czy też tak se chciał z kimkolwiek pogadać o autach?Czort wie. We wszystko jestem już skłonna uwierzyć.

Nie mam pojęcia jak on to zrobił, chyba pora zahasłować telefon.
Kto jak kto, ale matka doskonale wie, że sen jest najwyższą wartością, zwłaszcza w niedzielę.
Więc Ciociu...najmocniej przepraszam za towarzyskiego Antka. Obiecuję, że to się już nigdy nie powtórzy( będę chować telefon w betonowym schronie, obiecuję).

Pomimo przemawiania do Antosia rozlicznymi sposobami, przekonywania że to jest TEN ostatni moment, żeby posprzątał swoje wszędobylskie autka...Antek matkę olał. A że matka miała po praniu dywanu duszę na ramieniu i akceptacja nieładu była u matki na poziomie ujemnym to matka posprzątała. Wszystko jak leżało na podłodze do worka na śmieci i za drzwi wystawiła. O matko i córko co się potem działo!!!
Taka moc histerii to obserwowalna była gdzieś z dwa lata temu, prawie już zapomniałam , że Antek potrafi z siebie wydobywać takie dźwięki.
Po mniej więcej 2 godzinach przyszedł przeprosić. Przynajmniej tak się wydało, ale naprawdę przyszedł odzyskać mienie zagrabione, wpierw przepraszając a sekundę później prosząc ( wielokrotnie) o zwrot autek. Jako , że matka się nie ugięła i przy zasadzie " nieposprzątane- do kosza" się ostała mieliśmy remake filmu akcji " Foch roku, z przytupem i melodyjką".

Jednak wszystko mija. Zatem i Antoni się uspokoił i nawet jako tako sprawiał wrażenie osoby która zasadę pojęła, bo nawet nawet po sobie te Złomkowate i Zygzakowate truchło odkładał. Aż tu matka zagląda pod łóżko a tam kolekcja na czarną godzinę, imponująca i całkiem niemałe mienie zagrabione matce( zszywacz, kilka długopisów, zapasy napojów i bez liku piłek).

O żesz Ty Orzeszku!!!!!!

W tym samym momencie Hania opowiada, że w nocy narysowała śliczną wróżkę, tęczę i kucyki. Tak własnie, w nocy. Gwoli sprawiedliwości o 5 nad ranem, ale zdecydowanie bardziej prawdziwe jest stwierdzenie, że w nocy. Bo Antośko wstaje w nocy, budzi Hanię i harcują razem budząc cały blok. Niedawno sąsiadka pytała Antosiowego Tatę czy u nas wszystko dobrze, bo o której by w nocy nie wyszła ze schorowanym psem u nas zawsze się świeci światło. Hm, no świeci, bo Pan i Władca Czasu jak choruje śpi w dzień a w nocy dokazuje.
To i tak była sąsiadka z górnych partii naszego bloku. Te z niższych już nie rozmawiają z nami. Nawet się nie dziwię. Jestem pewna , że wcześniej czy później pojawi się takie ogłoszenie w agencji nieruchomości:

" Sprzedam mieszkanie trzypokojowe w Śródmieściu Opola. Mieszkanie ładnie położone, z balkonem, wokół bogata infrastruktura. Mieszkanie dla ceniących spokój w godzinach 20-8, oraz muszących wcześnie wstawać do pracy. Mieszkanie z żywiołowymi sąsiadami , gwarancja pobudki o 5 bez budzika".

Nie istnieje żadna moc ( nawet piekielna) by utrzymać nasz dom choćby we względnym porządku i ładzie. Czepiak - fakt faktem posprzątać po sobie potrafi i to ostatnio chętniej niż Antulek...ale w zakresie robienia bałaganu i hałasu jest stuprocentowym partnerem dla Antosia. I od poniedziałku do soboty jest to siła złego na jednego ( ich jest dwoje , matka tylko jedna). Antoni- iskra zapalna, Pan Nieperfekcyjnego Domu sieje chaos w każdej minucie swojego dnia.  Szlachetne zdrowie przybywaj, bowiem jeśli Antulek szybko nie wyzdrowieje i nie powróci do placówek przedszkolno- terapeutycznych dom nasz popadnie w ruinę zupełną, a nasi znajomi wykasują nas z telefonów.

Jeden z nocnych fresków Antosia. 


A jeśli chcecie przekonać Perfekcyjną Panią Domu, że perfekcyjny dom to nudny dom to wysyłajcie SMSy. Najlepiej o treści A00420 na numer 7122 ( konkurs blog roku). Bo naprawdę chcieć to wcale nie zawsze znaczy móc. I wcale nie w każdym domu rządzi Pani domu. Czasem Mały Pan jest znacznie skuteczniejszy niż tysiąc Perfekcyjnych Pań Domu:)

Kredki nadal nie kochają się z kartkami papieru


A mazaki oraz żywność najlepiej prezentują się na ścianie